Reklama

Stała komentatorka gazety Iryna Chalip, żona białoruskiego opozycjonisty Andreja Sannikaua, przypomina, że do protestów przeciwko Alaksandrowi Łukaszence dochodziło również wcześniej. Jednakże wtedy "na protestach funkcjonowała formuła opozycja przeciwko władzy, a teraz naród jest przeciwko władzy" - ocenia publicystka.

"Wydawałoby się, że rezultaty roku po protestach są smutne, a nawet tragiczne. Ponad dziesięcioro zabitych w czasie akcji protestu, setki wyroków skazujących, tysiące represjonowanych, dziesiątki tysięcy tych, którzy odsiedzieli wyroki administracyjne w słynnym areszcie przy ul. Akreścina (w Mińsku) i przeszli tam tortury" - wylicza Chalip. Przypomina o wyrokach i procesach sądowych byłych kandydatów na prezydenta i aresztowaniu ich bliskich. Teraz jednak - jak zauważa - na Białorusi "nie ma już więcej pochodów z udziałem setek tysięcy ludzi".

Mimo skali represji, którą komentatorka porównuje do lat 30. XX wieku w ZSRR, warto było - jej zdaniem - wychodzić na ulice. Doszło bowiem, jak ocenia, do "rewolucji horyzontalnej": pojawienia się solidarności pomiędzy ludźmi, dzięki której "nikt już więcej nie czuje się samotny". Czaty na komunikatorze Telegram łączące mieszkańców jednego domu stały się - pisze Chalip - "swoistymi organami samorządu i kasami samopomocy". Na tych czatach ludzie umawiają się, "kto nakarmi kota i wyprowadzi psa w razie aresztowania (właściciela)", uzgadniają wysłanie paczek i listów aresztowanym.

"Teraz każdy wie, że jeśli zostanie aresztowany, to jego rodzina otrzyma pomoc", dlatego "pójście do więzienia nie jest już tak straszne" - podsumowuje komentatorka. Na określenie tej solidarności używa hasła "Białorusin Białorusinowi Białorusinem", które - jak pisze - pojawiło się jako mem internetowy "jesienią zeszłego roku, czy też wiosną tego roku na portalach społecznościowych". "To bardzo słuszne sformułowanie. Warto było to wszystko przeżyć po to, aby się ono pojawiło" - ocenia autorka "Nowej Gaziety".