Reklama
Chiński gigant e-commerce, do którego należy m.in. platforma zakupowa AliExpress, ma zapłacić 18,2 mld yuanów kary (ok. 3 mld dol.). Rodzimy urząd antymonopolowy uznał, że od 2015 r. nadużywa on pozycji dominującej, uniemożliwiając sklepom korzystającym z jego platformy współpracę z innymi serwisami tego typu.
Rekordowa w historii Głównego Urzędu Nadzoru i Zarządzania Rynkiem (SAMR) kara jest efektem śledztwa, które regulator wszczął wobec Alibaby w grudniu ub.r. W cytowanym przez CNBC oświadczeniu SAMR stwierdził, że działania technologicznego giganta dławią konkurencję na chińskim rynku handlu internetowego i „naruszają interesy handlowców działających na tych platformach oraz uzasadnione prawa i interesy konsumentów”.
– Myślę, że kara nałożona na Alibabę ma podwójny wymiar – komentuje Jakub Jakóbowski, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich. – Z jednej strony jest sygnałem dla całej branży e-commerce w Chinach i wszystkich działających tam platform cyfrowych, że muszą się podporządkować zasadom ustalanym dla tego sektora przez Pekin, bo inaczej spotka je podobny los. W tym sensie jest posunięcie o wymowie gospodarczej. I ma podziałać na inne firmy zgodnie z chińskim przysłowiem „zabić kurczaka, by przestraszyć małpy” – stwierdza.
Przy czym chodzi tu o inne rodzime platformy, bo to one dominują na rynku w Państwie Środka, które żyje we własnym ekosystemie cyfrowym. – Drugim graczem po Alibabie jest JD, a do tego działa wiele mniejszych serwisów e-commerce. I wszystkie mają jakieś zaczepienie polityczne, taka jest chińska specyfika – wskazuje Jakub Jakóbowski. Wprawdzie gigantyczna kwota prawie 3 mld dol. przy obrotach Alibaby nie wygląda już tak imponująco, bo stanowi ledwie 4 proc. przychodów spółki, jednak dla mniejszych platform podobna byłaby poważnym problemem.
Zarządzający Alibabą Daniel Zhang deklarował wczoraj, że nie spodziewa się, by wymiar kary – na który spółka przystała – miał istotny wpływ na firmę. Według relacji CNBC poinformował też, że platforma wprowadzi środki obniżające barierę wejścia i koszty dla sprzedawców.
– Z drugiej strony to, co spotkało Alibabę, ma też wymiar polityczny – podkreśla Jakub Jakóbowski. – Stanowi bowiem czytelną wiadomość dla właściciela firmy Jacka Ma i popierającej go frakcji partyjnej, że władze w Pekinie nie zamierzają odpuścić i żadna niesubordynacja nie będzie tolerowana. To ciąg dalszy trwających od kilku miesięcy perturbacji wokół Jacka Ma i jego sprzeciwu wobec sposobu, w jaki władze Chin regulują rynek, szczególnie w odniesieniu do bankowości – uważa ekspert z OSW.
Jack Ma znalazł się na celowniku władz po tym, jak w październiku ub.r. na forum w Szanghaju skrytykował ingerencje regulatora w sektorze finansów. Po tym wystąpieniu założyciel Alibaby zniknął z przestrzeni publicznej.
Sprawa odbiła się na finansowej części imperium chińskiego miliardera – regulator zablokował wejście na giełdę spółki Ant Group, które było planowane na listopad ub.r.
Jakie mogą być kolejne kroki chińskich władz? – Sądzę, że można się spodziewać zaostrzenia prawa, szczególnie w odniesieniu do fintechów, bo właśnie w sferze cyfrowych finansów toczy się gra o główną stawkę – odpowiada Jakub Jakóbowski. – Jack Ma rzucił wyzwanie kontrolowanemu przez państwo chińskiemu systemowi bankowemu. Zarzucał władzom, że działają w starym trybie i nie rozumieją nowych technologii. Chciał mieć wpływ na zarządzanie cyfrowymi finansami w Chinach. Najwyższe czynniki w Peknie powiedziały wtedy: stop, fintechy nie będą się rządzić w bankowości. Obecne wydarzenia świadczą, że ten kurs się nie zmieni, a metody trzymania fintechów w ryzach mogą być drastyczne – ocenia.
Dowodzi tego wczorajszy komunikat chińskiego banku centralnego w sprawie Ant Group. Reuters relacjonuje, że między regulatorem a fintechem Jacka Ma została zawarta ugoda. Przewiduje ona, że Ant Group zostanie zrestrukturyzowana i poddana dodatkowym ograniczeniom. Agencja podaje, że zmiany, jakich wymagają władze w Pekinie, zmniejszą rentowność i wycenę spółki.
Także eksperci rozmawiający z Reutersem spodziewają się teraz zaostrzenia kursu wobec innych rodzimych big techów. „Jest prawdopodobne, że wyrządzą szkody innym chińskim gigantom internetowym” – powiedział m.in. o zamiarach władz w Pekinie dyrektor generalny GEO Securities w Hongkongu Francis Lun.
Co więcej, znające sprawę anonimowe źródła Reutersa wskazują, że chiński urząd antymonopolowy szykuje się do intensywnych działań. Planuje bowiem zwiększyć liczbę pracowników o ok. 20–30 osób (obecnie zatrudnia ich ok. 40). Ponadto zamierza przekazać uprawnienia do rozpatrywania spraw antymonopolowych swoim biurom poza Pekinem i pozyskać do współ pracy inne agencje rządowe. Ten ostatni zabieg miałby umożliwić zajmowanie się sprawami wymagającymi szeroko zakrojonego dochodzenia.
Zwiększone zostaną również budżety przeznaczone na działalność urzędu anty monopolowego, zarówno na codzienne operacje, jak i projekty badawcze. Reuters podkreśla, że te strategiczne plany pojawiają się niedługo po tym, jak prezydent Chin Xi Jinping publicznie rozważał potrzebę „wzmocnienia uprawnień antymonopolowych”, aby powstrzymać gigantów technologicznych dominujących w krajowym sektorze konsumenckim.
Na rosnącą rolę SAMR wskazuje także nowy obowiązek dla dużych firm internetowych – składania temu regulatorowi raportów np. w przypadkach fuzji, akwizycji i strategicznych inwestycji. ©℗
Eksperci spodziewają się zaostrzenia kursu wobec rodzimych bigtechów

Brytyjczycy mają nowy oręż do walki z bigtechami

W przeciwieństwie do Chin na Starym Kontynencie na celowniku regulacji w sektorze cyfrowym nie znajdują się rodzime platformy, lecz giganci ze Stanów Zjednoczonych.
Aby skuteczniej wywierać presję na spółki technologiczne zza oceanu, Wielka Brytania powołała niedawno specjalny urząd – Digital Markets Unit (DMU), czyli jednostkę ds. rynków cyfrowych. W rządowym komunikacie został on określony mianem „twardego regulatora”, który zadba o to, żeby „giganci technologiczni, jak Facebook i Google, nie mogli wykorzystywać swojej dominacji na rynku” brytyjskim wobec słabszych podmiotów, w tym krajowych wydawców prasowych. Jednostka – tymczasowo działająca w ramach urzędu anty monopolowego – ma bowiem doprowadzić do wyrównania sił w sporze między platformami cyfrowymi a wydawcami co do tworzonych przez redakcje treści, które giganci wykorzystują w swoich serwisach, nie płacąc za to. Brytyjski sekretarz ds. cyfrowych Oliver Dowden zapowiedział ponadto, że DMU zajmie się uregulowaniem relacji między platformami internetowymi a reklamodawcami, którzy obecnie stoją na straconej pozycji wobec globalnych potęg.
– Utoruje to drogę do rozwoju nowych usług cyfrowych i niższych cen, da konsumentom większy wybór i kontrolę nad swoimi danymi oraz wesprze nasz sektor informacyjny, który ma kluczowe znaczenie dla wolności wypowiedzi i naszych wartości demokratycznych – tak Oliver Dowden uzasadnia pierwsze kroki DMU.
Precyzując swój stosunek do Google’a, Facebooka i innych koncernów będących w centrum jego zainteresowania, nowy urząd stwierdził w inauguracyjnym komunikacie, że platformy cyfrowe „przynoszą ogromne korzyści przedsiębiorstwom i społeczeństwu”, ułatwiają i przyspieszają pracę, a także pomagają w utrzymaniu kontaktów międzyludzkich. Jednak „koncentracja siły” w tak wąskim gronie firm „ogranicza wzrost i ma negatywny wpływ na konsumentów i przedsiębiorstwa”.