Reklama
Nadchodzący tydzień w Irlandii Północnej miał upłynąć pod znakiem sukcesów w walce z koronawirusem. Pierwszą dawkę szczepionki otrzymało tutaj już milion osób, co oznacza, że preparat trafił do ponad połowy ludności (obecnie szczepią się mieszkańcy w grupie 40‒44 lata). Na dzisiaj władze zaplanowały poluzowanie obostrzeń – wrócą m.in. sklepy ogrodnicze – a na środę decyzje odnośnie do kolejnych kroków. Niespodziewanie jednak oprócz koronawirusa muszą teraz mierzyć się z zamieszkami na ulicach.
Od ponad tygodnia w Irlandii Północnej dochodzi do zamieszek i starć z policją, w których obrażenia odniosło już prawie 100 funkcjonariuszy. W przeciwieństwie do Holandii powodem nie jest jednak niezadowolenie ludności z powodu przedłużającego się lockdownu. W Belfaście i paru innych miejscowościach na ulicach zaczęli siać chaos zwolennicy pozostania Irlandii Północnej w Zjednoczonym Królestwie (tzw. unioniści) niezadowoleni m.in. z wpływu na region brexitu.
Symboliki całej sprawie nadaje to, że zamieszki wybuchły w okolicy 23. rocznicy podpisania porozumień wielkopiątkowych (wypadła w sobotę), które zakończyły trwający trzy dekady konflikt w Irlandii Północnej, znany do dzisiaj w Wielkiej Brytanii jako „The Troubles” (czyli „kłopoty”).
Dlaczego brexit porusza lokalną społeczność cztery miesiące po wyjściu z UE? Ponieważ zawierał zgniły kompromis: dla potrzeb celnych Belfast i okolice dalej są traktowane jak część Unii Europejskiej. Dzięki temu udało się uniknąć wprowadzenia kontroli na granicy między Irlandią Północną a Irlandią (zachowując ustalenia wspomnianej umowy pokojowej), a procedury celne „zepchnięto” do portów. Niemniej jednak te muszą się odbywać, co na początku roku doprowadziło do przestojów w wymianie towarowej z resztą Zjednoczonego Królestwa, a także przejściowych problemów z zaopatrzeniem sklepów.
Unioniści poczuli więc, że jedność ich regionu z brytyjską koroną jest zagrożona oraz że na Morzu Irlandzkim de facto została wzniesiona niewidzialna granica. Wściekli są również na Borisa Johnsona, który obiecał, że wyjście z UE nie będzie wiązało się dla nich z żadnymi problemami, a także na lokalnych polityków, którzy wspierali brytyjskiego premiera i dążyli do wyjścia z UE. W zamieszkałych przez nich miejscowościach na murach pojawiły się napisy, że region został „sprzedany” w brexicie.
Na to nakładają się sentymenty historyczne i wzajemna niechęć unionistów (głównie protestantów) do zwolenników przyłączenia Irlandii Północnej do macierzy (czyli nacjonalistów lub republikanów, głównie katolików). Niesnaski wyszły na jaw podczas pandemii, kiedy władze zezwoliły w ubiegłym roku na publiczny pogrzeb jednej z ważnych figur Irlandzkiej Armii Republikańskiej, podczas gdy zakazano organizacji tradycyjnych parad unionistów.
Początkowo policja była zdania, że za organizacją zamieszek, w których prowodyrami jest głównie młodzież, a czasami nawet 12-letnie dzieci, stoją paramilitarne organizacje skupiające unionistów. Teraz jednak coraz częściej słyszy się, że zamieszki są po prostu inspirowane przez przestępczość zorganizowaną, która wykorzystuje sentymenty społeczne do zemsty na policji za niedawną obławę na handlarzy narkotykami. O taką manipulację w regionie, który nie jest gospodarczą potęgą i gdzie brak perspektyw jest realnym problemem, nietrudno.
Bez względu na to, kto inspiruje zamieszki, mogą one eskalować w coś bardziej poważnego. Jak doniósł wczoraj dziennik „The Guardian”, na razie premier Boris Johnson traktuje jednak problemy w Irlandii Północnej jako wewnętrzną sprawę regionu. To dlatego premier odmówił w ubiegłym tygodniu propozycji rządu irlandzkiego zorganizowania dwustronnej konferencji poświęconej sytuacji w Irlandii Północnej. Nie chciał w ten sposób wysyłać znaku unionistom, że pozwala wtrącać się Dublinowi w sprawy regionu. Jeśli jednak sytuacja się nie uspokoi, to presja na Londyn, żeby zabrał głos w tej sprawie, będzie tylko mocniejsza.