Od spotkania europejskich przywódców w Białym Domu minęło kilkadziesiąt godzin. Nagłówki światowych mediów prześcigają się w informowaniu o kolejnych szczegółach przygotowywanych gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy, o pakiecie amerykańskiej broni wartej 90 mld dol. czy stworzeniu ochrony na wzór art. 5 Traktatu północnoatlantyckiego. – Nie wyobrażam sobie, by następne spotkanie odbyło się bez zawieszenia broni. Pracujmy nad tym i nałóżmy presję na Rosję, bo wiarygodność tego procesu, tego przedsięwzięcia, które podejmujemy dzisiaj, zależy co najmniej od zawieszenia broni – mówił kanclerz Niemiec Friedrich Merz. Tymczasem polska debata publiczna skupia się na zupełnie innym elemencie poniedziałkowych rozmów – na tym, kogo na nich nie było.
Faktem jest, że długa dyskusja w Białym Domu toczyła się w rozszerzonym gronie. Oprócz prezydentów Stanów Zjednoczonych i Ukrainy byli obecni przywódcy NATO, Unii Europejskiej, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii i Włoch. W powyższym gronie brakowało natomiast przedstawiciela Polski – ani prezydent Karol Nawrocki, ani premier Donald Tusk nie polecieli do Waszyngtonu.
Czy w ustaleniach dotyczących pokoju za wschodnią granicą naszego kraju winien uczestniczyć Polak? Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Jesteśmy jedynym państwem graniczącym jednocześnie z Ukrainą, Rosją i sprzymierzoną z nią Białorusią. Podczas wojny staliśmy się logistycznym hubem dla dostaw broni, a przez terytorium naszego kraju przewinęły się miliony uchodźców wojennych. Mamy więc żywotny interes w tym, jak zakończy się trwająca inwazja. Nie dziwią mnie więc głosy, że przy stole brakowało Polaka.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.