Patrzymy fragmentarycznie, nie składając proponowanych rozwiązań w całość. Stosujemy dopłaty do działań, które szkodzą środowisku - mówi prof. dr hab. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery, założyciel i redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl.

Za nami najcieplejszy rok od ponad 100 tys. lat.
ikona lupy />
prof. dr hab. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery, założyciel i redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dyrektor Instytutu Geofizyki na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, szef Komitetu ds. Kryzysu Klimatycznego przy Prezydium PAN / Dziennik Gazeta Prawna / fot. Wojtek Górski

Może nawet od paru milionów. Warunki, jeśli chodzi o stężenie gazów cieplarnianych, mamy takie jak co najmniej 5 mln lat temu.

Jesteśmy więc coraz bliżej przekroczenia progu wzrostu temperatury o 1,5 st. C, o którym mowa w porozumieniu paryskim. W 2015 r. niemal 200 państw postawiło sobie za cel, żeby do tego nie dopuścić. Według aktualnych szacunków Copernicus opartych na dotychczasowym trendzie taki wzrost w długookresowej perspektywie nastąpi w 2033 r.

Najgorsze, że jeszcze w momencie podpisywania porozumienia paryskiego szacunki czynione w ten sam sposób wskazywały, że nastąpi to o 19 lat później. Widać więc, że estymacje na podstawie prostych trendów są zawodne.

Zmiany już zachodzą. Wszystkie procesy w przyrodzie reagują z pewnym opóźnieniem, więc skutki naszych działań zauważamy często długo po ich wywołaniu. Tak jest też z naszymi emisjami. Ich skutki widzimy po jakimś czasie, na razie fragmentarycznie i głównie w postaci zjawisk ekstremalnych.

Cieplejszy klimat to więcej zdarzeń ekstremalnych, jednak nie zauważamy, że nasza wrażliwość na nie bardzo wzrosła. Kiedyś brak prądu na dużym obszarze przez trzy dni nie był rzeczą niemożliwą i dotkliwą. W tej chwili nasza zależność od zasilania w energię infrastruktury krytycznej stała się dużo większa. Przez złą gospodarkę przestrzenną stajemy się bardziej zależni od różnych drobnych zjawisk – byle burza potrafi zatopić pół miasta po tym, jak je wybetonowaliśmy i zniszczyliśmy naturalną retencję. Proszę sobie wyobrazić duże miasto, w którym przez tydzień nie ma wody i prądu – to może nastąpić po coraz bardziej ekstremalnych zdarzeniach czy ich sekwencji, ale jesteśmy słabo przygotowani na takie sytuacje.

Obecny kierunek, m.in. unijnego Zielonego Ładu jest taki, żeby odbetonowywać, przywracać bioróżnorodność, powracać do rolnictwa ekologicznego, renaturyzować. Czy to znaczy, że poszliśmy z postępem o parę kroków za daleko? Czas się cofnąć?

Nie chodzi cofanie się, tylko o zmianę kierunku. Największym problemem jest nasza mentalność – przeświadczenie, że człowiek jest cały czas atakowany przez naturę, więc musi z nią walczyć. Dotychczas rozwój polegał na próbach opanowania natury i to nam się udawało, ale bez pełnej świadomości tego, co to dla nas oznacza. Dziś de facto zarządzamy klimatem i naturą, czego świadomości nie mamy, więc działamy jak słoń w składzie porcelany. Skutki tego będziemy odczuwać z opóźnieniem. W dyskusji, także nad Zielonym Ładem, cały czas panuje przekonanie, że możemy wszystko robić podobnie jak do tej pory, wprowadzając tylko drobne korekty.

Ale nawet te „drobne korekty” spotykają się ze sprzeciwem. W ostatnich dniach obserwowaliśmy protesty rolników w Polsce i wielu krajach Europy związane m.in. z elementami Zielonego Ładu.

No właśnie - z pewnymi elementami. Zamiast rozwiązywać problem systemowo, staramy się to robić fragmentarycznie.

Powinniśmy udokumentować, że działania, które podejmujemy globalnie, a nie sektorowo, prowadzą nas w dobrym kierunku. Tymczasem działamy wycinkowo i wydaje się, że jest to dobre rozwiązanie. Jednak gdy patrzymy na całość, okazuje się, że jeden element nie pasuje do drugiego.

Parlament ma czteroletnią kadencję, a za poszczególne elementy transformacji odpowiadają różne ministerstw.?

Być może częściowo właśnie z tego poszatkowania wynika brak dalekowzroczności i myślenia systemowego oraz syntetycznego. Patrzymy na świat fragmentarycznie, nie składając proponowanych rozwiązań w całość. Stosujemy dopłaty do działań, które szkodzą środowisku. W efekcie litr mleka sojowego jest droższy od krowiego, mimo że krowa, żeby ten litr wyprodukować, musi zjeść wielokrotnie więcej soi. To efekt złych dopłat do rolnictwa. Przez dopłaty do paliw kopalnych, których skala to 7 proc. produktu globalnego brutto, energia z nich jest tania, więc nie opłaca się jej oszczędzać. Panuje przekonanie, że budownictwo energooszczędne jest droższe, mimo że sprawia, że rachunki za ogrzewanie w kolejnych dziesięcioleciach będą dużo niższe.

Nasz system ekonomiczno-społeczny powinien współpracować z naturą. Tego nie wymusimy deklaracjami. A próbujemy to zrobić – deklarujemy, o ile wzrośnie temperatura, ale przecież nie w taki sposób działa świat.

A deklaracje dotyczące ograniczenia emisji dwutlenku węgla? Czy są lepsze?

To też są słabe deklaracje - tym bardziej, że mamy narzędzia, które ograniczyłyby emisje w błyskawicznym tempie. Po rozpoczęciu wojny w Ukrainie, Międzynarodowa Agencja Energetyczna zrobiła analizę, z której wynikało, że import ropy z Rosji zostałby znacząco ograniczony, gdyby na drogach europejskich ograniczono prędkość do 100 km/h. Tylko że to budziło bardzo silny opór społeczny – wystarczyło spojrzeć na komentarze, które się wtedy pojawiły. Pomysły nie zostały nawet podchwycone, bo nie starczyło odwagi żeby o nich dyskutować.

Wiele osób obawia się spadku poziomu życia. Bo czy możliwe jest utrzymanie go przy jednoczesnym ograniczeniu zmian klimatu?

Zależy, co pani rozumie przez poziom życia.

Poziom zdrowia, szczęścia, dobrobytu, bezpieczeństwa żywnościowego...

Jest to możliwe. Obecny poziom marnotrawstwa w zakresie zużycia zasobów naturalnych, przestrzeni czy energii, jest niewyobrażalny. Przyczyną jest eksternalizacja kosztów - przesuwamy je na następne lata i pokolenia. Nie ma finansowego czy prawnego odróżnienia działalności gospodarczej przynoszącej rzeczywistą wartość dodaną od tej, która przerzuca koszty środowiskowe czy inne koszty zewnętrzne na innych.

Powoli wprowadzana jest jednak zasada „zanieczyszczający płaci”, m.in. poprzez rozszerzoną odpowiedzialność producenta.

To działa jak system podatkowy – daje zanieczyszczającemu możliwość „optymalizacji”. Raportowanie śladu węglowego wymaga wykonania skomplikowanych i niekoniecznie jasnych obliczeń, w wyniku których prowadzący je będzie następnie w jakiś sposób obciążony. Zamiast tego, lepiej byłoby obciążyć bezpośrednio „na wejściu” paliwa kopalne i wprowadzić podatek węglowy i środowiskowy.

Są tzw. offsety.

Offsety działają jak odpusty w średniowieczu. Nagrzeszyliśmy, więc mówimy, że posadzimy drzewa i w ten sposób za drobne pieniądze odkupimy nasze grzechy. Tak się nie da. Rekompensata śladu węglowego jest niełatwa i bardzo kosztowna, zwłaszcza w zmieniającym się klimacie.

Mamy kryzys - nie tylko klimatyczny, ale też bioróżnorodności i środowiskowy. Dotychczas proponowane rozwiązania to malutki kroczek w dobrą stronę, a my musimy pędzić susami i oddawać duże obszary przyrodzie. Obecnie na przykład w ogóle nie bierzemy pod uwagę fragmentacji ekosystemów.

Czyli?

Budując kolejne autostrady czy linie kolejowe, przecinamy drogi, na których mogły następować naturalne migracje czy przepływy w ekosystemach. Prowadzimy takie działania, ignorując i dominując przyrodę. Ona jednak nie może protestować.

Dla wielu ludzi nie jest to problem, dopóki nie wpływa to na nich bezpośrednio. Traktują to jako normalny etap rozwoju.

Dopóki nie muszą zapłacić wysokich cen za żywność, nie brakuje im wody w kranie i nie mają problemu z dojazdem do pracy przez zalaną drogę. Jeśli tak się dzieje, są wściekli na władze, że nie zapewniają im komfortu. Ale świat nie służy do zapewniania komfortu, a ignorowanie granic planetarnych nie jest możliwe na dłuższą metę.

Jeśli przyjdzie fala upałów i zapłonie Puszcza Kampinoska, a wiejący stamtąd wiatr sprawi, że w Warszawie będzie trudno oddychać, zabraknie prądu i klimatyzacja nie zadziała, ci ludzie nie będą wiedzieli, skąd to się wzięło. Będą pretensje do straży pożarnej, że nie ugasiła pożaru czy do energetyków, że nie zapewnili zasilania. Ludzie nie będą mieć pretensji do siebie. To też jest rodzaj eksternalizacji, tym razem odpowiedzialności, która jest związana z eksternalizacją kosztów – jeśli nie musimy za coś zapłacić, nie widzimy, ile jest to warte.

Dobrym przykładem są torfowiska, które są magazynami węgla.

W Polsce są pojedyncze osoby, które mówią o tym od lat i powoli odnoszą pewne sukcesy. Gdybyśmy odtwarzali torfowiska, zamiast je niszczyć i osuszać na wielką skalę, to problem z emisjami trochę by się zmniejszył.

Torfowiska są też ważnymi „gąbkami”, pomagającymi w coraz bardziej dostrzegalnym kryzysie wodnym. Obecnie trwają dyskusje nad Niebieskim Ładem, który miałby być równoległy do Zielonego Ładu i skupiałby się na kryzysie wodnym.

Kolejny oksymoron. Na hasła typu „zielona energia”, „błękitne paliwo” czy „błękitna infrastruktura” reaguję wysypką. Czy pani wie, skąd pochodzi najwięcej tzw. zielonej energii w Europie?

Z biomasy.

Tak, w Europie biomasa stanowi prawie 60 proc. odnawialnej energii. A przecież to w niewielkim stopniu odpady rolnicze, w większym - wykorzystanie pól do tego, żeby produkować coś do spalenia zamiast żywności, a w bardzo dużym - wycinanie lasów, nie tylko w Europie, ale też w wielu innych miejscach. Najpierw wprowadzamy oksymorony, potem podpinamy pod to system prawny, a sposób działania natury zostawiamy zupełnie obok.

Jak w to wszystko wpisuje się energetyka jądrowa?

Dużo obecnie mówi się o tym, że powinniśmy realizować założenia gospodarki obiegu zamkniętego - budować trwale i nie wprowadzać ciągle nowych produktów. Energetyka jądrowa jest właśnie takim trwałym i stabilnym rozwiązaniem, w dodatku bardzo przydatnym na obszarach takich jak Polska – gdzie mamy zimę, podczas której nie świeci słońce, i długie okresy, w których nie wieje wiatr. Energetyka jądrowa generuje też nieporównywalnie mniej odpadów niż jakiekolwiek inne źródło energii, nie potrzebuje też dużej przestrzeni.

Każda działalność ludzka generuje koszty środowiskowe. Chodzi o to, żeby je ograniczać żeby nie przekraczać granic, poza którymi natura nie może się odtworzyć. Bo my żyjemy dzięki naturze.

Rozmawiała Aleksandra Hołownia