Jej liderzy będą opowiadali, że 4 czerwca na marszu było im fajnie, ale właśnie wzięli udział w świetnym spotkaniu z wyborcami w Mędrcach Górnych, a teraz jadą do Ważnych Klusek Dolnych.

Staram się trzymać zasady, aby nie chodzić „jako obywatel” na organizowane przez partie marsze. Jako dziennikarz polityką się zajmujący nie powinienem afiszować się z poparciem dla jakiegokolwiek ugrupowania. Nie, żeby moi koledzy i koleżanki tak nie robili; nie, żeby było to gdzieś zabronione; ani żeby w ogóle popieranie partii było naganne – bo aktywność polityczna jest godna pochwały.

Skoro jednak doszliśmy w Polsce do niezasypywalnych podziałów środowiskowych, to nie chcę dać pretekstu do ataków, że jestem „upartyjniony”, a powinienem być „obiektywny”. Oczywiście, można być obiektywnym i niezaburzonym politycznymi emocjami w pracy, a zaangażowanym poza nią. Tysiące nauczycieli, dziennikarzy, sędziów czy policjantek ćwiczy te cnoty właściwie codziennie (zdarzyło się wam, by policja drogowa najpierw pytała o wasz stosunek do Tuska, a potem liczyła punkty karne?), ale... Licho nie śpi, dmucham na zimne.

Nie pisałbym tyle o sobie, gdyby nie to, że pewnie sporo z was – zdenerwowanych szkodami, które Polsce wyrządził PiS – wahało się, czy 4 czerwca pójść na marsz. Marsz urządzany pod hasłami dość uniwersalnymi, ale organizowany przez szefa PO i formatowany jako wielki pokaz siły opozycji pod przewodnictwem Donalda Tuska. Nie każdemu, kto chciałby wysłania PiS na ławkę rezerwowych, akurat kapitanat Tuska czy też baner jakiejkolwiek partii politycznej specjalnie się podoba. Ale tenże PiS, występując z lex Tusk, przeszedł sam siebie. Ustawa może być wykorzystywana, jak w Polsce czasów Piłsudskiego, do szkodzenia opozycji pod płaszczykiem państwa prawa – a jeżeli może, to będzie. Czego, jak czego, ale prawdziwości tej zasady PiS zdążył przez tych ponad siedem lat swoich rządów dowieść.

Rezultat? Część wahających się uznała, że marsz Tuska jest jednak marszem w obronie podstawowych wartości. Magda Rigamonti, pochodów unikająca, powiedziała Press.pl, że pod wrażeniem lex Tusk zaczyna się wahać („W tej sytuacji bardzo poważnie rozważam udział”). Komentator polityczny Jacek Nizinkiewicz przełamał się – z tego samego powodu („Andrzej Duda przekonał mnie, co dotąd nie udało się nikomu (...) Nie chcę, żeby Polska była drugą Turcją, a w tę stronę zmierzamy również w związku z podpisem prezydenta pod ustawą o powołaniu komisji weryfikacyjnej”). Agnieszka Wiśniewska, związana ze środowiskami lewicowymi i do PO podchodząca z dystansem, wahań nie miała („Donald Tusk dawno stracił ten marsz w momencie, gdy dołączyły tam inne środowiska i partie polityczne. To już nie jest marsz Tuska”). Podobnie myślało wielu przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, w tym wzór rozsądku, prezes (do niedawna) Izby Karnej Sądu Najwyższego i czynny sędzia Michał Laskowski, który już po marszu mówił Agacie Łukaszewicz: „Nie byłem po to, aby popierać jakiegoś lidera opozycji czy jakieś konkretne ugrupowanie polityczne (...) Wspólne, demokratyczne państwo prawne jest w tej chwili zagrożone”).

Jednak nie można mieć złudzeń: to był marsz Tuska i PO. To Tusk otwierał marsz, a kolejnych mówców, począwszy od zachwyconego tylko sobą Wałęsy, zapraszało PO. Prowadzący imprezę Bartosz Arłukowicz pytał tłum, czy „Wszyscy się zjawili?”, a kolejne województwa odkrzykiwały, że są. I był to dialog między jednym z liderów Platformy a manifestantami ze struktur PO z 16 regionów. Najdłuższą mowę wygłosił jeden polityk – oczywiście szef Platformy Obywatelskiej, który monarszym gestem złożył „ślubowanie Tuska”.

Nawet Włodzimierz Czarzasty, lojalnie zachowujący się ostatnio wobec PO, niewiele dla siebie ugrał – jechał autobusem, ot, jechał platformą, wraz z innymi nie tak ważnymi. I mówił po marszu: „Żeby była jasność: zmądrzałem przez ostatni czas mocno. Wiadomo, kto jest organizatorem marszu i trzeba mu podziękować. To Donald Tusk i Platforma Obywatelska. Najlepiej jest nazywać sprawy po imieniu, bo jak się idzie trzecią drogą, to różnie z tym wygląda”. Kosiniak-Kamysz i Hołownia, którzy zmądrzeli nie za bardzo i do marszu przystąpili w ostatniej chwili, mogli tylko pomachać autobusowi z tłumu. Może nawet pomachali Tuskowi, ale on był tak daleko, że nawet ich nie widział. Dowiódł tego swoim przemówieniem – znalazł w nim miejsce na ciepłe słowa o wyborcach PiS, ale nie o wyborcach Trzeciej Drogi.

Nie ma powodu, by zdominowanie wielkiego zgromadzenia opozycyjnego przez Tuska krytykować. Od powrotu z Zachodu nie ukrywał, że chce rozdawać karty w każdej opozycyjnej sprawie. Nie udało się drzwiami, to wszedł oknem. Czy na wezwanie Hołowni przybyłoby kilkaset tysięcy ludzi? A prezesa PSL? Nowoczesnej (aż musiałem sprawdzić, kto jest teraz jej przewodniczącym)? Lewicy? Agrounii? Artura Dziambora? To pytania retoryczne.

Pytanie, które prowokuje do myślenia, jest inne: a gdyby tak wszyscy oni organizowali marsz wspólnie, to czy 4 czerwca przyszłoby jeszcze więcej osób? Tak, lekko licząc, ze dwa razy? Trudno uwierzyć, żeby w kraju, w którym prawie połowa ankietowanych odpowiada, że na wybory nie pójdzie albo raczej nie pójdzie lub po prostu nie wie, czy pójdzie (?), schowały się gdzieś jeszcze nieprzebrane tłumy opozycyjnych, niedoszłych uczestników marszów opozycji, których akurat zniechęcił do 4 czerwca nadmiar Tuska. To PO kieruje tym ruchem – i nic dziwnego, bo w największym stopniu jest przyswajalna dla środowisk maszerujących przeciwko PiS i jako jedyna daje gwarancje dobrego (co nie znaczy zwycięskiego) wyniku wyborczego. To zresztą jedyna partia, która ma jednocześnie stosunkowo silne struktury (chociaż 24 tys. członków, którymi chwalą się peowcy, to w skali kraju szczupłe grono; inna sprawa, że PiS ma raptem dwa razy więcej) i dobre wyniki w sondażach. Reszta opozycji ma albo słabe struktury i niezłe wyniki sondażowe (Polska 2050), albo silne struktury i kiepskie notowania sondażowe (PSL), albo takie sobie struktury i takie sobie wyniki (Lewica), albo nic.

Można pytać dalej: czy „przełamywanie się” sędziów, dziennikarzy i innych obywateli, którym zasady utrudniały dotychczas angażowanie się w działania, na których widniał proporczyk PO, nie obejmie też wyborców i aktywistów innych ugrupowań antypisowskich? Ich sytuacja jest trudna, bo PiS może przynajmniej dostać swojego klasycznego małpiego rozumu i przedstawiać Tuska jako nieślubne dziecko Hansa Klossa (jakby ktoś z młodzieży nie znał – rosyjski agent niemieckiego wywiadu dla niepoznaki mówiący świetnie po polsku). I bić na alarm, że PO POżera Polskę.

Opozycja tak łatwo nie ma, walenie w Tuska jak w bęben może zniechęcić wyborców w ogóle do pójścia na wybory („bo wszyscy łżą...”), a walącym może odebrać sporo wiarygodności, bo w końcu i Lewica, i PSL, i Hołownia (który poparł gorączkowo Trzaskowskiego w wyborach parlamentarnych) dawali liczne przykłady kooperacji z Platformą. A przede wszystkim jednoczesna walka z PiS i PO to grząski grunt, bo PiS realnie ma władzę i wykorzystuje ją do rozdawania ciosów. Tusk może co najwyżej coś zjadliwego powiedzieć czy napisać na Twitterze (bo, niestety, według niektórych, nie ma mu go kto odebrać). Jak „symetrystycznie” walczyć z bokserem będącym jednocześnie sędzią uzbrojonym w gazrurkę oraz z gościem krzyczącym coś z widowni?

Nietuskowa opozycja poniosła 4 czerwca porażkę. Jej liderzy będą robili dobrą minę do złej gry, opowiadali, że na marszu było im bardzo fajnie, ale po marszu to dopiero wzięli udział w świetnym spotkaniu z wyborcami w Mędrcach Górnych, a teraz jadą do równie ważnych Klusek Dolnych.

Naprawdę jednak widzieliśmy w niedzielę słabość projektu innej opozycji niż tego zrealizowanego przez największą partię. Merytorycznie PSL, Polska 2050, Agrounia czy Lewica (która zbiorowo „mocno już zmądrzała” w sprawie Tuska) mają zwykle do powiedzenia ciekawsze rzeczy niż bajkopisarz Tusk. Wydaje mi się, że już widać, jak Lewica mająca w swoich szeregach partię Razem właśnie „razemicko” zainfekowała treść przekazu PO (o czasy!). Z kolei długofalowe przemyślenia Polski 2050 trafnie definiują kierunek koniecznych przemian w polityce – i pewno będą wprowadzane przez intelektualnie niemrawą PO.

Tyle że w nadchodzących tygodniach problemem liderów nietuskowej opozycji będzie przekonanie głosujących i wahających się, że są oni nie tylko intelektualną, lecz także realną i skuteczną alternatywą dla partii Tuska. Partii ani silnej, ani ciekawej, ale partii, której lider zwołuje marsz opozycji – i na koniec ściąga tłumy ludzi i niemal wszystkich liderów opozycji, łącznie z tymi, którzy zarzekali się, że nie przyjdą. Tak, spora w tej kwestii „zasługa” PiS, ale przecież PiS jeszcze niejednokrotnie będzie się chciał zasłużyć polskiej demokracji i jego specyficzne wspomaganie przywództwa Tuska nie skończy się aż do wyborów.

Nie byłem na tuskowym pochodzie, lecz go obserwowałem. I mogę porównać go z Błękitnym Marszem Platformy (też obserwowałem) z 2006 r. Pewne sprawy się nie zmieniają. Tak samo najwięcej radości wywoływały wtedy miraże rozliczenia pisowców. Tak samo drwiono z prezydenta. I tak samo PO dominowała w pochodzie – tyle że wtedy przybyło kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w sporej mierze partyjnego aktywu, a teraz kilkaset tysięcy, z których członków partii była znikoma mniejszość. Wtedy antywiec z koncertem urządzał Michał Kamiński z PiS, a kontrmanifestację robił Roman Giertych z LPR – na jego Marszu Białej Róży (obserwowałem) obecnych było ok. 2 tys. ludzi. Został nakryty czapkami przez PO, ale przynajmniej spróbował. 4 czerwca 2023 r. nikt nawet nie spróbował. ©℗