Z Katarzyną Gaber i Bogną Kuk rozmawia Paulina Nowosielska
Skąd się znacie?
Katarzyna Gaber: Z fundacji „Drzewo życia”, która w Malawie pod Rzeszowem stworzyła ośrodek leczenia zaburzeń odżywiania. Prowadzę tam m.in. zajęcia z istoty choroby będące uzupełnieniem terapii grupowej.
Reklama
Bogna Kuk: Ja trafiłam tam jako pacjentka. Tak się poznałyśmy w 2020 r.
I obie macie za sobą własne doświadczenia walki z anoreksją?

Reklama
k.g.: Tak. Jestem psycholożką. Gdy rozpoczynałam pracę w ośrodku, miałam już za sobą lata zmagań z chorobą. A zachorowałam jako nastolatka. Miałam 12 lat. Dziś mam 26.
b.k.: Ja mam 16 lat i jestem jeszcze w procesie leczenia. Ale mam też wrażenie, że zyskałam już duży stopień samoświadomości.
Mówimy o latach i datach. W leczeniu czas ma znaczenie?
k.g.: Owszem, ale w tym sensie, że nie można ulegać jego presji. Jestem już zdrowo funkcjonującą osobą. Zdecydowałam się pomagać innym, przekazywać swoje doświadczenie. Dzięki temu rozumiem tych ludzi lepiej, ale wypracowałam też zdolność emocjonalnego odcięcia się, by nie utożsamiać się z pacjentem.
Co to znaczy „zdrowo funkcjonującą”? Czy jak siedzimy przy jednym stole, a ja postawiłam na nim ciasto, to nie masz z tym problemu?
k.g.: Nie mam problemu z tym, że stoi przede mną ciasto, pachnie, jest w zasięgu ręki. I gdy mnie najdzie ochota, to go skosztuję. I nie będę przeliczała na kalorie tego, co znajdzie się na moim talerzu. Nie będę się nerwowo zastanawiała, co zjadłam w ciągu dnia i ile. I co będę jadła później. Bo jak się choruje na zaburzenia odżywiania, w głowie ma się nieustannie uruchomiony kalkulator, który każe przeliczać i ważyć każdy kęs.
b.k.: We mnie ten kalkulator wciąż jeszcze tkwi. Może nie zawsze uruchomiony, ale w gotowości. Na co dzień funkcjonuję normalnie, czyli uprawiam sport, który bardzo lubię. Robię to w zdrowy sposób, trzy razy w tygodniu chodzę na siłownię, mam plan treningowy. To pozwala mi się rozładować w niedestruktywny sposób. Wagę mam dziś w normie i jem prawie wszystko, ale nadal migają mi w głowie myśli, co dziś zjadłam, choć nie przeliczam już każdego kawałka na kalorie. Jednak tyle czasu trwałam w zaburzeniach, że nie mogę w ciągu kilku tygodni zrezygnować ze złych nawyków.
Kiedy zachorowałaś?
b.k.: Miałam niecałe 13 lat, czyli w dość typowym wieku, kiedy gros osób zaczyna mieć takie problemy. Choć nie jest to wyłącznie choroba młodych osób i tylko kobiet. Pracuję dziś nad podejściem do własnego ciała, by je akceptować, ale nadal jest dla mnie otoczką, z którą nie potrafię się pozytywnie utożsamić. Wciąż martwi mnie to, jak wyglądam, ile ważę. Ciągle jestem przekonana, że przez ten pryzmat będę oceniana. Choć jednocześnie jestem już świadoma, że zapewne postrzegam siebie inaczej, niż robią to inni. Funkcjonuję na tyle normalnie, że poszłam do liceum, jestem w drugiej klasie. I nikt, kto mnie nie zna, nie mógłby stwierdzić, że miałam kiedykolwiek problem. Na pierwszy rzut oka nic nie widać.
A na drugi?
b.k.: Mam zachowania, które mogą zastanawiać. Na przykład to, że za każdym razem, gdy ktoś mnie częstuje jedzeniem, odmawiam. Mam zawsze swoje, nie próbuję niczego spontanicznie. Albo to, że piję niemal wyłącznie wodę. W anoreksji włącza się silna chęć bycia perfekcyjnym. To chora perspektywa, która obejmuje nie tylko wygląd, lecz także i inne sfery. Choćby szkołę, naukę.
Skąd się bierze? Kto lub co ją wywołuje?
k.g.: Pierwsze, co mi przychodzi na myśl, to społeczeństwo. Z rozmów z młodymi ludźmi, z mediów społecznościowych mam poczucie, że świat wymaga od nas tej perfekcji. Trzeba wszystko robić szybciej, mocniej, lepiej. To przekonanie trafia na podatny grunt osoby, która wchodzi w okres dorastania. Nakłada się na dysproporcje, które są naturalną częścią społeczeństwa, ale w tym momencie są przysłaniane rozpędzającym się wyścigiem ku doskonałości. Jedna dziewczyna szybciej dostaje miesiączkę, jej ciało zaczyna się zmieniać, odstawać od innych. Ktoś ma lepsze wsparcie w domu, ktoś inny nie ma go wcale. Kogoś stać na więcej, kogoś na mniej. Trzeba wielkiej dojrzałości, by zrozumieć, że jesteśmy różni i nie każdy może wyglądać tak jak postać z Instagrama. Na tej bazie kiełkują zaburzenia odżywiania.
Jak to jest, że u jednych kończy się na epizodzie odchudzania, a u innych przeistacza się on w chorobę?
k.g.: Dla niektórych szczególnie kusząca jest świadomość, że mają na coś absolutny wpływ. Ograniczając jedzenie, powodują, że ich ciało się zmienia - w kierunku, jaki sobie zakładają. Pojawia się poczucie sprawczości, z którym człowiek czuje się lepiej. Tak wpada się w pułapkę zaburzeń odżywiania. Nie tylko anoreksji, także bulimii. Czyli gdy jest mi ciężko, doświadczam trudnych, nieraz niezrozumiałych emocji - zajadam, a potem zwracam.
b.k.: Aspekt kontroli jest bardzo istotny. U mnie było tak, że moja rodzina się przeprowadziła spod Warszawy do stolicy. Zmieniłam szkołę z publicznej na społeczną i zaczęłam się tam w pewnym momencie czuć gorsza od pozostałych. Bo miałam np. mniej zajęć dodatkowych, bo nie miałam jakiejś oryginalnej pasji. A brak kontroli? Dowiedziałam się, że moja mama poważnie zachorowała, na co oczywiście nie miałam żadnego wpływu. Obszarem mojego życia, nad którym mogłam tę kontrolę zyskać, stało się właśnie jedzenie. Narosło we mnie błędne przekonanie, że jak będę wyglądać tak, jak sobie wyobraziłam, to będzie mi łatwiej. Poza tym w zasadzie od zawsze miałam kompleksy związane z wyglądem.
To teraz powiem coś, co pewnie nieraz słyszałaś: wyglądasz rewelacyjnie, nie przesadzaj!
b.k.: Dość często to słyszałam.
k.g.: W tej chorobie z czasem nie chodzi już o wygląd. Nieraz jako terapeutka słyszę od rodziców: to było idealne dziecko, zdolne, świetnie się uczyło, takie mądre…
I się popsuło?
k.g.: Dorośli nie dostrzegają, że zaburzenia odżywiania to jest często krzyk ich dziecka o pomoc. Nie są więc najważniejsze zmiany widziane gołym okiem. Są wtórne wobec tego, co się dzieje w środku. Bywa, że anoreksję poprzedzają kryzysy rozwojowe, relacyjne czy osobowościowe, nieraz również zaburzenia lękowe, stany depresyjne. Rodzice nierzadko to bagatelizują.
Kiedy chęć samokontroli staje się patologiczna?
b.k.: Granica jest cienka i niewyraźna. Ja dziś mniej więcej potrafię ją wskazać w swojej przeszłości, ale myślę, że dla osoby, która wchodzi w zaburzenia odżywiania, jest ona trudna do uchwycenia i na tym polega ich podstępność. Gdy zaczęłam obsesyjnie sprawdzać kalorie, uwagę na to zwróciła moja mama. Ja w tym nie widziałam nic dziwnego. Uważałam, że dbam o zdrowie. Nie chciałam dopuścić do siebie, że to nie moja inicjatywa, tylko rozwijającej się już we mnie choroby. To ona zaczynała dominować moje myśli. Stawała się częścią mnie.
Była ważniejsza od bliskich?
b.k.: Ja ją utożsamiałam ze sobą. Choroba to byłam ja. Byłam przekonana, że to jest mój pomysł, że wiem lepiej, co dla mnie dobre…
k.g.: Również u mnie odchudzanie wiązało się z nieakceptacją siebie i chęcią kontroli. I mama też zwracała mi uwagę, że postępuję co najmniej dziwnie, że za bardzo koncentruje się na liczeniu kalorii. Miałam pewność, że panuję nad sytuacją. Jechałam więc dalej. A skoro pytasz o granicę… Początkowo zakładałam, że waga powinna spaść do jakiejś wartości. I gdy mi się to udało, pomyślałam: świetnie, jadę dalej. W dół. Wtedy przekroczyłam granicę.
Konkurowałaś z innymi czy z samą sobą?
k.g.: Ze sobą. Zaburzenia odżywiania to choroba śmiertelna. Człowiekowi wydaje się, że ma kontrolę, ale faktycznie jej nie ma. I idzie na zatracenie. Waga wskazuje 37 kg, człowiek wygląda jak kości obleczone skórą, a w głowie ma wizerunek osoby otyłej.
Jakie osiągnęłyście „rekordy”?
k.g.: Nie wiem, czy chcę o tym mówić, bo pracuję z pacjentkami. Nie chcę, by ich myśli wędrowały do mojej wagi z przeszłości. Z pewnością było to jednak dużo poniżej 50 kg.
b.k.: W najdrastyczniejszym momencie przy wzroście 160 cm ważyłam 35 kg.
I co wtedy? Czy w końcu doszłyście do wniosku, że coś jest nie tak? Czy to wasze otoczenie uznało, że potrzebujecie pilnej pomocy?
b.k.: Zareagowali rodzice. I to była szybka reakcja, bo jeszcze gdy ważyłam w normie. Jednak waga spadała błyskawicznie. Miałam też wyraźne chorobowe zachowania. Bardzo intensywnie trenowałam sport, czułam strach przed jedzeniem, eliminowałam z diety kolejne produkty. Moja mama umówiła mnie na wizytę do psychiatry po tym, jak przez pół godziny płakałam nad talerzem z warzywami. Przekonywałam ją, że nie mogę ich zjeść. Ponieważ ważyłam jeszcze w normie, psychiatra powiedział, że przed podjęciem leczenia daje mi szansę, bym uporała się z problemem sama. Tylko że ja już tego nie potrafiłam. Uważałam, że ten człowiek nie wie, co mówi. Podważałam jego kompetencje.
Dlaczego płakałaś nad talerzem?
b.k.: Bo się bałam.
Czego?
b.k.: Że przytyję, będę brzydka. Ale też, że głód mnie pokona, a jak mu ulegnę, okażę słabość.
k.g.: Ja pamiętam moment, w którym dostrzegłam, że coś jest ze mną mocno nie tak. Byłam w przychodni na wizycie u lekarza rodzinnego. Stałam w gabinecie w samej bieliźnie i czułam dojmujący chłód. Nie miałam siły na nic. Zaczęłam płakać, choć nie potrafiłam jeszcze nazwać problemu. Wtedy rozpoczęłam terapię, farmakoterapię. Kilka razy zmieniałam psychoterapeutów, zanim trafiłam na osobę, która potrafiła mną pokierować i do której poczułam zaufanie.
Napisałyście książkę na bazie własnych doświadczeń. Duży jej rozdział traktuje o stereotypach. Z jakimi wy miałyście do czynienia i które bolały najbardziej?
k.g.: Na przykład, że jest to choroba „pustych lasek”. To cytat z komentarzy internetowych. Otoczeniu często też się wydaje, że po prostu wystarczy zacząć jeść i problem zniknie.
b.k.: Tak, to jeden z najbardziej szkodliwych stereotypów. I krzywdzących. Wywołuje w chorej osobie przekonanie, że nikt jej nie rozumie. „Zjedz, po prostu zjedz to”. Można tłumaczyć w nieskończoność, że ta z pozoru prosta czynność jest właśnie najtrudniejsza.
k.g.: Podczas pracy w ośrodku stykałam się z historiami, których nigdy nie zapomnę. Ojciec, który wsadził córce twarz w miskę z jedzeniem…
To mógł być przejaw skrajnej bezradności.
k.g.: Zgadzam się. Ale to też pokazuje, jak trudno jest dotrzeć do osoby z zaburzeniami odżywiania i że proste rady na nic się zdadzą. To nie jest tak, że gdy otoczenie zauważy problem, to wystarczy miesiąc, dwa i wszystko wróci do normy. Rozpoczyna się żmudny proces zdrowienia, który nie jest prostą drogą powrotną do starej wagi. Są liczne porażki, silne emocje.
A stereotyp mówiący o tym, że zaburzenia odżywiania to wydumany problem egoistów zafiksowanych na sobie? Problem sytego świata?
k.g.: Faktycznie świat osoby chorej ogranicza się do jej wyglądu. Tego, co ona je, ile ona waży. Na bok schodzą pasje, inne problemy. Ale też, paradoksalnie, wytwarza się wokół niej „bezpieczna” przestrzeń. Najbliżsi zapewniają jej opiekę, kierują do lekarzy, ona nie musi o tym myśleć, nie musi dorastać, sama mierzyć się z problemami. Nie idzie do szkoły czy do pracy, bo nie ma na to siły. Nie je, słabnie, kładzie się w łóżku. I wchodzi w kokon braku możliwości zrobienia czegokolwiek.
Spadająca waga i obsesja liczenia kalorii to niejedyne objawy. Na co jeszcze zwracać uwagę?
b.k.: W moim przypadku była to perfekcja, do której dążyłam. Przejawiała się także w byciu jak najlepszą uczennicą. I do ostatnich chwil przed wyjazdem na terapię do ośrodka cisnęłam oceny. Stopnie musiały być super. Potem jednak kolejni specjaliści urywali ze mną współpracę. Bali się mieć mnie pod opieką, bo obawiali się o moje życie.
Czy można zerwać współpracę, bo pacjentka „nie rokuje”?
b.k.: Dostałam skierowanie do szpitala psychiatrycznego, by tam doprowadzili moją wagę do bezpieczniejszego poziomu. Potem, po powrocie do domu, miałabym wrócić do współpracy z nimi.
k.g.: W leczeniu psychoterapeutycznym najważniejsze jest zdrowie i życie pacjenta. Ważne jest, by rozpocząć pracę z osobą, której funkcje życiowe są na ustabilizowanym poziomie. Jeśli BMI jest zbyt niskie, należy postawić granicę i skierować pacjenta na odżywienie organizmu - decyzja o tym wpływa korzystnie nie tylko na fizjologię chorego, lecz także na jego funkcje poznawcze, czyli to, na czym opiera się praca psychologiczna.
Katarzyna Gaber, Bogna Kuk,„Kiedy cierpisz na zaburzenia odżywiania”, Wyd. PZWL, Warszawa 2022 / nieznane
b.k.: Ja wtedy już chorowałam na bradykardię (zaburzenie polegające na tym, że serce kurczy się znacznie wolniej), czułam skutki niedoborów witamin. Miałam pogłębiające się z dnia na dzień stany depresyjne. Ostatnie dni przed leczeniem w ośrodku, gdzie trafiłam na sześć tygodni, sprowadzały się do tego, że nie jadłam. Leżałam, czekając na śmierć. To był pasywny sposób, by pozbawić siebie życia.
Myślenie o śmierci jest wpisane w tę chorobę?
k.g.: Myślę, że tak.
b.k.: Wraz z rozwojem choroby i pogłębiającym się niedożywieniem przychodzą myśli depresyjne, wahanie nastrojów.
k.g.: Mózg nie jest właściwie odżywiany. Jego zdolności poznawcze słabną. Podobnie jak umiejętność analizy sytuacji, właściwej oceny. Brak sił i stany lękowe tworzą idealny grunt pod przekonanie, że takie życie nie ma sensu, że musi się skończyć. U mnie też zaczęły się kłopoty z sercem, nie miesiączkowałam, cierpiałam na poważne problemy gastrologiczne. Do tego stopnia, że trafiłam do szpitala na oddział dziecięcy. I tam przeleżałam trzy tygodnie. Dostałam kroplówki, a na koniec wypis ze skierowaniem na oddział psychiatryczny. Jednak moi rodzice nie zdecydowali się na ten krok.
Czemu? Bo to wstydliwe, mieć dziecko na oddziale psychiatrycznym?
k.g.: Nic z tych rzeczy. Mama nie chciała mnie tam oddać, bo nie była pewna, czy mi tam pomogą. Owszem, zrehabilitują ciało, poprawią wagę (innymi słowy - podtuczą), ale w zakresie zdrowia psychicznego wiele to nie da. Zresztą pokazują to historie, z którymi stykałam się później jako psycholog. Szybki efekt na plus (wagi) na oddziale i szybki spadek po wypisie do domu. W moim przypadku było na szczęście tak, że po wypisie z oddziału dziecięcego waga stanęła. I rozpoczęło się mozolne, małymi kroczkami, leczenie. Łącznie z farmakoterapią pod kontrolą psychiatry, ale byłam w domu. Leczenie tabletkami w dużej mierze przypominało to w przypadku depresji i podobnych zaburzeń. Wtedy miałam 14 lat, czyli od około dwóch lat byłam chora. Proces zdrowienia trwał kilka lat. I w finalnym sukcesie wielka jest zasługa rodziny.
b.k.: Mnie również kolejne osoby chciały skierować na oddział psychiatryczny. Tylko jedna psychoterapeutka się ode mnie nie odwróciła i powiedziała rodzicom o istnieniu ośrodka specjalizującego się w zaburzeniach odżywiania. W Polsce jest ich dosłownie kilka. Prywatnych.
Czym się różnią od oddziałów psychiatrycznych?
k.g.: To jednorodzinny dom, w ogrodzie. Na turnusie jest 8-15 osób, które przez sześć tygodni mieszkają razem. Mają terapie indywidualne, rodzinne, grupowe. Jest wspólne jedzenie, rozmowy z dietetykiem.
b.k.: I panują tam określone zasady. Innymi słowy: nie ma mowy o tym, by nie jeść.
W domu płacze się nad talerzem, a tam po prostu trzeba jeść?
k.g.: Ależ płacze są! Ludzie złoszczą się, odmawiają, nieraz chcą manipulować. Emocje są trudne, przytłaczające. Niektórzy nie są gotowi dostosować się do obowiązujących zasad.
Skąd więc pewność, że pacjenci nie zaczną uczyć się od siebie złych nawyków? Czyli: jak lepiej oszukiwać otoczenie w swoim niejedzeniu?
k.g.: Przede wszystkim ośrodek nie jest dla każdego chorego. Są tacy, dla których leczenie ambulatoryjne będzie właściwsze. Dlatego decyzję o przyjęciu trzeba konsultować wspólnie: z pacjentem, jego bliskimi i specjalistami. Zgoda, proces leczenia wśród osób z zaburzeniami odżywiania może zaowocować pogłębieniem się wzorców chorobowych albo przeciwnie - wspomóc w zdrowieniu. Kluczowy jest indywidualny stopień zaangażowania.
b.k.: Pewności nie ma. Zdarzają się turnusy, gdy grupa ma na siebie zły wpływ. Jednak do ośrodków zazwyczaj trafiają osoby, które chcą się leczyć lub chociaż zdają sobie sprawę z problemu. Konsekwencje wyciągane z nieprzestrzegania zasad i intensywne leczenie terapeutyczne sprawiają, że mimo niechęci raczej się starają wpisać w narzucone im reguły panujące w ośrodku. Gdy pacjent nie wykazuje chęci, oszukuje i ma negatywny wpływ na pozostałych, proszony jest o opuszczenie tego miejsca.
To jest miejsce dla wybranych? Coś jak ekskluzywne ośrodki odwykowe w innych krajach dla osób uzależnionych od używek?
b.k.: Fakt, leczenie tam kosztuje. Obecnie ok. 17 tys. zł za turnus. Jednak z własnej perspektywy wiem, że dostałam pomoc, jakiej potrzebowałam. I nie zapominajmy, że oddziały psychiatryczne w Polsce borykają się z problemami, z brakami kadrowymi, a pacjenci ustawiają się do nich w kolejkach. Gdy trafiłam do ośrodka, mówiłam, że nie chcę tu być. Spytano mnie o poziom motywacji. Odpowiedziałam: dwa na dziesięć. Błagałam rodziców, by mnie tu nie zostawiali. Ale niemal od razu trafiłam na kapitalną grupę ludzi. Zaczęłam czerpać z nich motywację do odmienienia swojego życia. Widziałam, że powielam schematy działania, które oni przejawiają. Czyli jedzenie małą łyżeczką, rozkładanie posiłku na czynniki pierwsze: osobno pomidor, ser, pieczywo. Zobaczyłam, że takie nawyki nie są częścią mnie, lecz elementem choroby. Od tamtego czasu mam w sobie wysoki poziom autoanalizy własnych myśli. Wiem, kiedy podpowiada mi je właśnie choroba.
Czy są etapy zdrowienia, które trzeba zaliczyć?
b.k.: Wychodząc z ośrodka, nie zyskałam na wadze. Ale złapałam świadomość i motywację do leczenia. Dostałam od dietetyczki jadłospis służący utrzymaniu wagi. Nie analizowałam, ile co ma kalorii, bo to byłby powrót do tego, co było. Strzał w kolano.
k.g.: Dieta ma znaczenie, bo pierwszym etapem jest przywrócenie mocy percepcyjnych mózgowi, który u osoby chorej jest chronicznie niedożywiony, a przez to szwankuje zdolność zapamiętywania, reakcji. Często osoby chore w czasie terapii opisują, że pewnych rzeczy z najcięższych momentów nie pamiętają. To jest właśnie skutek skrajnego niedożywienia. Kolejnym etapem, poza stopniowym przywracaniem wagi, jest znalezienie w sobie nowej motywacji do życia, działania, wychodzenia do ludzi.
Co to było dla was?
b.k.: Gdy wyszłam z ośrodka, miałam zeszyt pełen pomysłów. Nagle poczułam, że jest masa rzeczy, których jeszcze nigdy nie próbowałam. Zaczęłam np. malować. To był mój sposób na odreagowanie, wyrzucenie z siebie złych myśli. Potem doszła aktywność fizyczna, najpierw taniec, potem siłownia. Gdy pojawiały się gorsze momenty, kiedy myślałam, by znów zacząć chudnąć, nachodziła mnie refleksja, że jak będę zbyt słaba, stracę siły do ćwiczeń. A ćwiczenia już wówczas miały na mnie zbawienny wpływ, bo pozwalały się rozładować.
k.g.: Ja też zaczęłam na pewnym etapie zdrowienia dostrzegać, że jedzenie jest jednak paliwem, które pozwala mi żyć, ruszać się, działać. Wiedziałam, jak wiele zaburzenia odżywiania zabierały mi dotąd z relacji towarzyskich. Spotkania ze znajomymi były dotąd mocno stresujące. Co będzie, jak przed kinem ktoś rzuci: chodźmy na pizzę? Uwielbiam podróże. Jeszcze w chorobie pojechaliśmy z rodzicami do Chorwacji. Pamiętam stres, jaki mi wówczas towarzyszył: co będziemy jeść, kiedy, gdzie. Choroba odebrała mi przyjemność z tego wyjazdu. A uświadomienie sobie tego było istotnym elementem zdrowienia.
Katarzyno, ty mówisz, że masz normalny stosunek do jedzenia, a chorobę za sobą. Kiedy zyskałaś pewność?
k.g.: Wtedy, gdy uznałam, że mogę pozwolić sobie na odpoczynek, kiedy nie mam ochoty na sport ani nie muszę być perfekcyjna (w swoim przekonaniu) w nauce. Kiedy dałam sobie prawo do słabości, kiedy zeszła ze mnie chęć kontrolowania swojego życia w sposób, który zakładał wyłącznie przykręcanie śruby.
A jak jest z poczuciem głodu?
b.k.: Gdy byłam jeszcze na etapie zmniejszania racji żywności, w pewnym momencie przestałam go odczuwać jako przykrą dolegliwość. Głód był dla mnie niezwykle satysfakcjonujący. Ssanie w żołądku stało się dowodem na to, że osiągnęłam swój cel. Czerpałam przyjemność z tego, że boli mnie brzuch. A jak zaczynała boleć głowa, doskonale wiedziałam, że to z niejedzenia. I to mnie tylko napędzało. Bywało, że zakładałam sobie, że kolejny posiłek zjem za sześć godzin i będzie to marchewka. Mój organizm musiał się z tym pogodzić.
Czy tak jak słyszymy o niepijących alkoholikach, tak samo można mówić o jedzących anorektyczkach? Na ile faktycznie można uwolnić się od choroby?
k.g.: Da się całkowicie wyzwolić, jestem tego pewna. Świadczy o tym nie tylko mój przykład, ale i wielu osób, które na swojej drodze spotkałam.
b.k.: A ja nie potrafię jeszcze odpowiedzieć na to pytanie i jestem ciekawa, jak to ze mną będzie. Na razie myśl o tym, że uda się powrócić do stanu sprzed choroby, wydaje się abstrakcyjna. Choć jednocześnie mocno chcę wierzyć w to, że mi się uda. Myślę, że jesteśmy w stanie wyzdrowieć na tyle, na ile sobie pozwolimy. Bo to jest kwestia kontrolowania swoich myśli i czynów.