W dalszym ciągu trwają poszukiwania czterech pracowników poszkodowanych w tym wypadku, ratownicy są już tylko 85 metrów od czoła przodka, ale mają do pokonania najtrudniejszy odcinek, najbliższy epicentrum wstrząsu.

Prezes JSW Tomasz Cudny poinformował po południu dziennikarzy, że ciała dwóch odnalezionych tego dnia górników ratownicy wytransportowali na powierzchnię po godz. 11. "Stan jednej osoby nie pozwala na pewną identyfikację, kto to jest – nie posiadał przy sobie dyskietki z numerem znaczka, pochłaniacz był zniszczony. Natomiast druga osoba została zidentyfikowana" – powiedział.

Reklama

Odnosząc się do postępów w akcji ratunkowej Cudny powiedział, że ratownicy znajdują się na ostatnim odcinku, około 85 metrów do czoła przodka. Prezes dodał, że zastępy ratownicze zjeżdżają już w rejon akcji z urządzeniami do lokalizacji, które powinny umożliwić namierzenie poszukiwanych.

"Już te odległości powinny nam pozwolić użyć tych urządzeń. Mamy pewien kłopot, jeśli chodzi o zawodnienie, ponieważ przy wyłączeniu napięcia, w muldach jest dość dużo wody, 1-1,2 m (...) Poszukując naszych kolegów musimy też zwrócić uwagę, czy nie ma ich gdzieś pod powierzchnią wody, gdzieś przygniecionych jakimś urobkiem" - opisywał prezes.

Reklama

Wiceprezes ds. technicznych JSW Edward Paździorko opisywał, że akcja jest w dalszym ciągu trudna – w rejonie wypadku panuje wysoka temperatura – ok. 30 stopni Celsjusza, 80-procentowa wilgotność i wysokie stężenia metanu. Aby poprawić atmosferę i móc posuwać się naprzód ratownicy rozbudowują tzw. lutniociąg doprowadzający powietrze, dokładając kolejne, 10-metrowe odcinki.

"To się wentyluje stopniowo, gdyż pamiętajmy, że po dokładaniu każdego 10-metrowego odcinka następuje rozrzedzenie tej atmosfery przed końcem tego lutniociągu, następuje pomiar właściwy (składu atmosfery – PAP) i następnie po jakimś czasie dokładamy kolejny odcinek" – mówił Paździorko. Jak zaznaczył, elementy lutniociągu muszą być transportowane na dół z powierzchni – ten, który był w pobliżu przodka został zniszczony lub został zaplątany elementami wyposażenia przodka wskutek wstrząsu; nie dało się go odzyskać.

Wiceprezes dodał, że trudno ocenić, jak długo potrwa dojście do czoła przodka, będzie to zależało od warunków, na jakie ratownicy napotkają na ostatnich metrach. Zwrócił uwagę, że czas pracy ratowników ogranicza ilość tlenu w butlach aparatów, musi go wystarczyć na dojście w zagrożony rejon, pracę na miejscu i powrót do bazy. W rejonie akcji jest 12-13 zastępów, pracujących na zmianę. Od wypadku na miejsce skierowano ich już około 70.

Dyrektor kopalni ds. pracy Marcin Gołębiowski poinformował, że jeden z dwóch odnalezionych w ostatnich godzinach pracowników miał 51 lat, osierocił dwójkę dzieci. "Rodzina została już powiadomiona, jest otoczona wszelką opieką, jakiej potrzebuje" – zapewnił. Ciało drugiego zostanie zidentyfikowane na podstawie materiału DNA, pobranego od rodzin – dodał Gołębiowski.

W sobotę ok. godz. 3.40 w chodniku robót przygotowawczych w pokładzie 412 na poziomie 900 metrów kopalni Zofiówka doszło do wstrząsu. W jego rejonie było 52 pracowników; 42 wyszło o własnych siłach. Wstrząsowi towarzyszył wypływ metanu, nie doszło jednak do zapalenia ani wybuchu tego gazu. Do zdarzenia doszło podczas drążenia wyrobiska i wiercenia długich otworów strzałowych.

Grupę czterech z dziesięciu poszukiwanych górników znaleziono w sobotę wieczorem ok. 220 metrów od czoła przodka. W poniedziałek rano ratownicy dotarli do dwóch kolejnych pracowników, nie dających oznak życia. Nadal poszukiwanych jest czterech górników.

Według wcześniejszych informacji od ratowników, wyrobisko na zbadanych odcinkach początkowo nie było "zdegradowane czy zniszczone". W niedzielę po południu przekazano, że w jednym odcinku nastąpiło wypiętrzenie spągu (podłoża wyrobiska), odkształcenie obudowy i zmiana położenia innej infrastruktury. (PAP)

autor: Krzysztof Konopka, Marcin Chomiuk, Barłomiej Figaj, Julia Jadzińska