Tyle że chodzi właśnie o czas. Rząd wprowadza projekt o takim znaczeniu i daje na konsultacje jego zmian dwa (!) tygodnie. Rozumiem, że jesteśmy w trakcie igrzysk olimpijskich, ale zdaje się, że są w Japonii, a nie w Warszawie. Takie wyścigowe tempo w rządowych pracach jest nie na miejscu. Kiedyś, w tych czasach, do których lubił się odwoływać rząd PiS, mówiąc o „minionych ośmiu latach naszych poprzedników”, Polki i Polacy mogli konsultować z rządem projekty dłużej. Za termin ekspresowy uchodziły trzy tygodnie. Taki np. projekt, który PiS uwielbia przypominać i podkreślać, że PO wprowadziła go wbrew ludziom – ustawa o wydłużeniu wieku emerytalnego – był konsultowany standardowe 30 dni. Można się sprzeczać, czy nie powinno być więcej, ale dłuższy termin zależał od dobrej woli ówczesnego rządu, natomiast na pewno trudno mówić, że poszedł on wówczas na skróty w konsultacji tak ważnego rozwiązania. Tymczasem PiS w sprawie, której przełomowością chwali się sam, ustami premiera Mateusza Morawieckiego jeżdżącego po Polsce, podobnie jak inni politycy partii władzy, daje termin o ponad połowę krótszy.
Gdy pyta się polityków z rządu, czemu tak szybko, pojawia się cały zestaw argumentów. Po pierwsze, że zmiany zostały już zaprezentowane wcześniej i dyskusja nad generalnymi założeniami się odbyła. Po drugie, że termin się przeciągnął przez rozmowy z Porozumieniem. Wreszcie trzeci najważniejszy, że spore grono przeciwników tego rozwiązania teraz będzie nawoływać do wydłużenia konsultacji, a jeśli rząd to zrobi, to potem będą mówili, że już za późno, by uchwalać takie rozwiązanie, bo trzeba dać czas, żeby się do nich przygotować. Uważają też, że jak będą potrzebne zmiany, to można je wprowadzić w Sejmie.