Sympatie polityczne młodych Polaków tylko pozornie są dobrą wiadomością dla Adriana Zandberga. Oto np. kwietniowy sondaż IBRIS wskazuje, że Lewica cieszy się aż 49-proc. poparciem wśród osób między 18. a 29. rokiem życia. Jak jednak zauważył na łamach DGP Jakub Dymek w tekście „Lewica rządzi wśród młodych. Albo i nie”, młodych nie kuszą socjalne postulaty, a obyczajowe. Ponadto „nie ma żadnej gwarancji, że lewicowość młodych badanych po roku pandemii, wojen kulturowych i protestów różni się czymkolwiek od prostego anty-PiS” – zauważa Dymek.
Ja poszedłbym dalej: jest niemal pewne, że ich lewicowość to prosty anty-PiS, a nie postawa wynikająca z lektury „Kapitału” Marksa. Dlaczego? Młodych nie kusi psioczenie na kapitalizm, bo są jego beneficjentami, a ich sytuacja z roku na rok staje się coraz lepsza i prawdopodobnie będzie się poprawiać jeszcze szybciej niż dotąd. Przykro mi Adrianie Zandbergu – kapitalizm działa na pańską niekorzyść.
Renta demograficzna
Spójrzmy na oczekiwana płacowe, bo to doskonały papierek lakmusowy kondycji młodszego pokolenia. Jak wynika z raportu PwC „Młodzi Polacy na rynku pracy 2021”, mediana ich oczekiwań wynosi 4,5 tys. zł – i jest o 500 zł wyższa niż rok temu. Mówimy o grupie studentów oraz absolwentów i kwotach netto, czyli „na rękę”. Oznacza to, że młodzi chcą zarabiać dziś o kilkaset złotych więcej niż wynosi średnia krajowa. Jeszcze ciekawszy dokument zaprezentowała Polska Rada Biznesu – według raportu „Student w pracy” żacy chcieliby zarabiać za dekadę ponad 10 tys. zł na rękę. Nawet biorąc pod uwagę coroczny wzrost wynagrodzeń, oczekiwania te mogą wydać się dość śmiałe – zwłaszcza że jeszcze dwa lata temu oscylowały wokół 8 tys. Czy to oznacza, że młodzi stracili kontakt z rzeczywistością? Że się rozbestwili? Stali się roszczeniowi? W żadnym wypadku.
W obecnych warunkach rynkowych oczekiwania młodych ludzi są realistyczne, zbiegają się z faktem, że płace będą szybko rosnąć. Największym sprzymierzeńcem tego wzrostu będzie demografia. W wyniku niskiej dzietności Polek, niewystarczającego napływu imigrantów i wciąż niskiej automatyzacji przemysłu deficyt rąk do pracy na rynku będzie się z roku na rok pogłębiał. Do 2050 r. liczba ludzi w wieku 18–44 spadnie o ok. 5 mln, skazując pracodawców na płacowy dyktat pracowników. O ile nie stanie się coś nieoczekiwanego, to w najbliższych dekadach zrealizuje się wizja rynku pracownika (kilka razy już go ogłaszano, ale przedwcześnie). Zrozummy się dobrze: rynek pracownika nie oznacza, że kandydat do pracy będzie mógł zażądać dowolnej pensji, a że silnie wzrosną średnie pensje oferowane nowym pracownikom.
Sytuacja demograficzna to motor presji nie tylko na wzrost płac, lecz także na obniżenie oczekiwań względem kwalifikacji potencjalnego pracownika. Chcąc nie chcąc, firmy będą zatrudniać nawet żółtodziobów, inwestując potem coraz więcej w ich szkolenie. I osoba mająca, jak to się mówi, dwie lewe ręce będzie dla nich na wagę złota.
Dodatkowo w wyniku odwrócenia się piramidy demograficznej rosnąć będzie zapotrzebowanie na zawody o miękkich i niezależnych od formalnego wykształcenia kwalifikacjach, np. na opiekunów dla rosnącej grupy osób starszych. Do wykonywania takich zajęć wystarczy troskliwość, empatia i ogólne rozgarnięcie. Z drugiej strony taka opieka wymaga też często specjalistycznych umiejętności, gdy mowa o osobach z problemami zdrowotnymi. Można tu zakładać odpływ pielęgniarek ze szpitali do sektora opieki. Nie będą musiały już strajkować przed Ministerstwem Zdrowia, po prostu odwrócą się na pięcie i zmienią pracę. Niektóre nieatrakcyjne płacowo zawody staną się więc dla młodych atrakcyjne ponownie.
Zmiany demograficzne przyczynią się również do obniżenia wartości wyższego wykształcenia. Już dziś spada ogólna liczba studentów – bo wartość dodana dyplomu w porównaniu do zarobków, które można osiągać bez niego, spada. Zwiększać się będzie także luka pomiędzy formalną edukacją a wykonywanym zawodem (obecnie ponad połowa pracowników nie pracuje w wyuczonym zawodzie). Czy to źle? Niekoniecznie. W pewnym sensie niska jakość polskiej edukacji wyższej będzie w kontekście szans na przyzwoite zarobkowanie coraz mniejszym problemem.
Słowem, młodzi ludzie w najbliższych dekadach będą na rynku pracy pobierać rentę demograficzną i samo to istotnie podniesie ich standard życia. Nie jest to ich zasługa, ale wręcz „matematyczna” konieczność, wynikająca do pewnego stopnia z obiektywnych trendów. Na korzyść młodzieży działa po prostu prawo podaży i popytu, zgodnie z którym gdy podaż pracy maleje, jej cena rośnie. To główny mechanizm kapitalizmu – dlaczego mieliby się przeciw niemu buntować?
Mieszkań ci u nas dostatek
Przedstawiciele lewicy uparcie wynajdują powody do budowania kapitalistycznego resentymentu. Większość z tych powodów ma charakter ideologiczny (kapitalizm zabija planetę, kapitalizm to system opresji), co oznacza, że przekonają nielicznych. Nie jesteśmy Stanami Zjednoczonymi, które przeżywają okres masowego i głębokiego zwątpienia we własny system – 51 proc. młodych Amerykanów uważa, że socjalizm jest lepszym systemem niż kapitalizm. U nas socjalistyczna narracja – wyższe podatki, większa redystrybucja i dochód minimalny – nie trafią na podatny grunt wśród młodych. Lewica tam, gdzie stara się podnosić kwestie mające bezpośredni związek z ich portfelami, trafia kulą w płot. Jednym z ulubionych lejtmotywów jej przedstawicieli jest np. nieustanne narzekanie na brak tanich mieszkań. Młodzi wchodzą na rynek pracy, by – cytując działacza Lewicy Łukasza Michnika – „średnio do 35. roku życia mieszkać z rodzicami” oraz „zaharowywać się na kasie, słuchawce, taksówce”. Żeby ocenić taką narrację należałoby porównać się z innymi państwami.
Wzrost ceny metra kwadratowego mieszkania w Polsce od 2013 r. odpowiada średniej dynamice dla całej grupy państw OECD, a jeszcze ważniejszy wskaźnik – stosunek cen metra kwadratowego do dochodów dyspozycyjnych – jest u nas niższy od średniej OECD. Oznacza to, że nasze mieszkania są relatywnie tańsze. Kolejna rzecz, że bardzo szybko – mimo wszystkich spowalniających inwestycje regulacji rynku mieszkaniowego – rośnie u nas podaż mieszkań. W latach 1990–2018 wzrosła o 28 proc. (w ujęciu na 1 tys. mieszkańców) i pod tym względem wyprzedzały nas w grupie porównywalnych państw OECD jedynie Irlandia, Chile i Japonia. Co więcej, z danych Eurostatu wynika, że liczba Polaków mieszkających na swoim i bez kredytu hipotecznego wynosi 72 proc., co plasuje nas w europejskiej czołówce.
Pamiętać też należy, że w gospodarkach rozwiniętych samo posiadanie lokum nie jest uznawane za luksus i znacznie popularniejszy jest wynajem. Chociaż, oczywiście, nie żyjemy w mieszkaniowym raju, to upieranie się przy tezie, że perspektywy młodych są tragiczne, to objaw oderwania od rzeczywistości.
Przysłuchując się wypowiedziom lewicowych populistów, można odnieść wrażenie, że z ich perspektywy mieszkanie to dobro, na które powinno być stać już 25-latka. To postulat księżycowy, bo oparty na pominięciu takich oczywistości jak ta, że aby coś kupić, trzeba najpierw na to zarobić, a zarobki rosną w miarę zdobywania doświadczenia i umiejętności, które trwa latami. Dobrze pokazuje to Ogólnopolskie Badanie Wynagrodzeń 2020, przeprowadzone na próbie niemal 122 tys. osób. Mediana płac brutto w grupie z zaledwie rocznym doświadczeniem wynosiła 3820 zł, dla osób z 2- i 3-letnim doświadczeniem – 4460 zł, a dla osób z 4–5 latami doświadczania – 5 tys. zł. To samo badanie z roku 2019 r. oszacowało medianę wynagrodzeń osób przed 30. rokiem życia na 4210 zł brutto. Osoby w wieku 18–20 lat mogą liczyć na wynagrodzenia w wysokości ok. 3 tys. zł, a osoby przed 30. na 5 tys. zł, przy czym na przestrzeni lat wyraźnie rośnie luka płacowa między kobietami a mężczyznami. Te oczywistości młodzież rozumie znacznie lepiej niż samozwańczy lewicowi trybuni.
Liberalny zaścianek
Teza, że młodym jest i będzie lepiej niż kiedykolwiek, nie ma charakteru tylko materialnego czy też finansowego. Chodzi o coś więcej: o szerszą paletę sposobów indywidualnego spełnienia, większą przestrzeń dla podejmowania prób, błądzenia, zawracania, słowem, poszukiwania swojego miejsca w świecie.
Porównajmy dzisiejszego dwudziestopięciolatka z jego rodzicami. Można założyć, że mają oni ok. 50 lat, że zaczynali studia zaraz po transformacji 1989 r., a urodzili się, gdy przeciętna oczekiwana długość życia w Polsce wynosiła 70,5 r. Dzisiaj oczekiwana długość życia wynosi 79 lat, a okres utrzymania dobrej sprawności fizycznej i zdrowia wydłuża się dzięki technologiom, świadomości znaczenia zdrowego trybu życia i powszechnej opiece medycznej. Te dodatkowe 9 lat życia w coraz mniejszym stopniu kojarzy się z przekleństwami smutnej schorowanej starości – dzisiejsza młodzież nie musi podejmować strategicznych, definiujących decyzji życiowych tak wcześnie.
Gdy rodzice naszego 25-latka wybierali studia, nie mieli zielonego pojęcia, czy ich wybór ma sens – wypływali na wody, których nie znali i nie wiedzieli, dokąd skierują ich kapitalistyczne prądy. Owszem, mogli zamiast studiów wybrać założenie firmy, ale wbrew legendom opowiadanym dzisiaj, nie było to wcale znacznie łatwiejsze niż dzisiaj, a nawet – ze względu na brak kapitału i szalejącą inflację – trudniejsze. Ich syn zna już kapitalistyczne realia, prywatna firma nie jest dla niego bytem abstrakcyjnym. Jej założenie jest realistyczną opcją dla – jak wynika z sondaży – aż 93 proc. osób poniżej 30. roku życia. Co do studiów, rynek przetestował wiele popularnych kierunków i nasz młody bohater wie, co chce studiować. A jeśli źle wybierze, ma czas na zmianę. Ma także więcej możliwości wyboru kierunku i uczelni – nie musi zadowalać się Polską. Internet daje mu darmowy i natychmiastowy dostęp do kursów online, wykładów i szkoleń prowadzonych przez instytucje edukacyjne na całym świecie i przez najwybitniejszych naukowców. Ale też wyjazd na studia za granicę jest łatwiejszy i tańszy niż kiedykolwiek wcześniej. Można skorzystać z grantów, wymian studenckich, kredytów – wszystko na wyciągnięcie ręki.
Statystyki OECD podają, że dzisiaj za granicą studiuje ok. 50 tys. Polaków, a badania Fundacji GPW wskazują, że 66 proc. z nich zamierza wrócić do kraju. Na pewno decyzję o powrocie ułatwia fakt, że podróże lotnicze są kilkanaście razy tańsze niż w czasach ich rodziców. Dawniej, gdy raz wyjechałeś za granicę, problemem było często uzbieranie pieniędzy na bilet powrotny. Tak było jeszcze do 2004 r., czyli do deregulacji rynku lotniczego. Statystyki liczby podróżujących samolotami pokazują oszałamiający wzrost. Od 2004 r. do 2008 r. liczba pasażerów wzrosła z 6 mln do prawie 18 mln. Dzisiejszy 25-latek dzięki miesięcznej pensji może zafundować sobie weekendowy wypad do Izraela, Grecji, Irlandii – jest to dla niego tak oczywiste, że zapomina o tym po tygodniu od wrzucenia relacji na Instagram. 30 lat temu dla jego rodziców taki wyjazd byłby okupiony rokiem oszczędzania i stałby się tematem do opowieści przez lata.
Młodzi nigdy nie mieli tak dobrze, ale żeby to dostrzec, trzeba przejrzeć właśnie taki katalog truizmów. Nawet politycznie i społecznie mają lepiej. Wczesne lata 90. były czasem napięcia i konfliktu – obóz solidarnościowy mierzył się z postkomuną. Dzisiaj, gdy ten pierwszy wygrał, mamy w Polsce już tylko zwykłe, choć gorące kłótnie w rodzinie. I wreszcie wbrew narracji o tym, jakim to zaściankiem uczynił Polskę PiS, nasz kraj nigdy wcześniej nie był bardziej liberalny i tolerancyjny niż dzisiaj. Jest tak przynajmniej w większych miastach, a młodzi wybierają życie właśnie tam. Jeśli więc jesteś młodym człowiekiem, masz możliwość realizowania swoich planów życiowych bez obawy przed społeczną stygmatyzacją i wykluczeniem. Jedyne czego ci potrzeba, to chęci. Oraz zdolność do korzystania z narzędzi, które dostajesz dzisiaj niemal za darmo.
Niewidzialne szanse
Szans na awans, rozwój i przyzwoite życie dzisiejszy młody człowiek ma więcej niż jego rodzice, a jednak to nie oznacza, że z nich skorzysta. Polska jest wciąż krajem cechującym się niewystarczającą mobilnością społeczną. Jej wskaźnik (Social Mobility Index 2020) wynosi u nas niecałe 70 pkt. Nie jest to wynik tragiczny, bo plasuje nas powyżej m.in. Izraela czy Włoch, ale w porównaniu z krajami nordyckimi wypadamy blado (w Danii SMI wynosi 85 pkt.).
Błędne byłoby założenie, że wystarczy skopiować nordycki system redystrybucji oraz świadczeń socjalnych. Musiałoby to oznaczać znacznie wyższe podatki, a wyższe daniny od pracy w kraju, w którym ta stała się towarem deficytowym, byłoby krokiem samobójczym. Trzeba pójść w innym kierunku: zlikwidować podatki dochodowe, stawiając na inne daniny (podatki od konsumpcji, jednolite podatki przychodowe od firm itp.). Dzisiaj z podatku dochodowego zwolnieni są ludzie przed 26. rokiem życia. Ten przywilej należałoby rozszerzyć na pozostałych. Młodzi chętniej inwestowaliby wówczas w siebie, co dodatkowo podnosiłoby ich przyszłe zarobki i zwiększało oszczędności emerytalne.
Nie chciałbym jednak brzmieć jak podatkowy redukcjonista, których tak wielu po obu stronach ideologicznej barykady. Prawicowcy chcą budować raj na ziemi niskimi, a lewicowcy – wysokimi podatkami. Tymczasem chodzi o świadomość. Żeby młodzi ludzie wykorzystali szanse, które otwiera przed nimi współczesna gospodarka, muszą je dostrzegać.
Wśród ekonomistów od dekad trwa dyskusja o przyczynach biedy. Do lat 80. XX w. uważano, że leżą one w problemach zdrowotnych, braku edukacji czy dyskryminacji. Stąd popularność polityk zasiłkowych i afirmatywnych. W epoce Reagana zaczęto zwracać uwagę na czynnik kulturowy – środowiska ludzi biednych miały tworzyć specyficzny zestaw wartości, które ograniczały możliwość awansu. W tym ujęciu ów życiowy pragmatyzm, który pozwala biednym przeżyć, trzyma ich jednocześnie w pułapce ubóstwa. Niżej cenią edukację, nawet podstawową, od nabycia zdolności do szybkiego, choćby i skromnego zarobkowania. Amerykański ekonomista wolnorynkowy Thomas Sowell pisze wręcz (w kontekście niektórych społeczności czarnoskórych) o przewrotnym systemie wartości, w którym potępia się wykształcenie i przedsiębiorczość, a umiejętność zdobycia szybkich pieniędzy, nawet nielegalnymi metodami, uważa za cnotę.
Te dwie perspektywy z początku się wykluczały – w jednej biedny był całkowicie rozgrzeszony ze swojego ubóstwa, w drugiej był ofiarą samego siebie i jako taki nie zasługiwał na pomoc. Ta zero-jedynkowość to już przeszłość. Dzisiaj uznaje się, że za biedę odpowiadają zarówno czynniki społeczno-kulturowe, jak i strukturalne. Środowisko, w którym żyjesz, to wielowarstwowa sieć powiązań i o ile jest odpowiednio różnorodna, o tyle działa na twoją korzyść. Dostrzegasz różne style życia, obserwujesz odmienne charaktery, masz przyjaciół i znajomych z rożnych grup dochodowych, a to zwiększa życiową kreatywność i zdolności, a także ułatwia radzenie sobie z problemami. Jeśli jednak twoje otoczenie jest jednorodne, a przy tym miałeś pecha urodzić w ubogim i odległym od dużego miasta rejonie, sytuacja przedstawia się zgoła inaczej. Naśladujesz tych, których znasz. W Polsce to poważny problem. Zbadano np., że młode osoby żyjące w latach 2002–2014 i będące dziećmi robotników fizycznych miały zaledwie 25 proc. szansy na awans i aż 40 proc. szansy, że pójdą w ślady rodziców.
Znaczenie odpowiednio zróżnicowanej siatki powiązań społecznych unaocznia historia Jakuba Błaszczykowskiego. Przyszły piłkarz przeżył w dzieciństwie tragedię – gdy miał 11 lat, ojciec na jego oczach zamordował mamę. Szok, który wtedy przeżył, mógł sparaliżować go psychicznie na całe życie. Zaopiekowała się nim jednak babcia, a wujek zrobił wszystko, by ten nie porzucał futbolu i jak najszybciej wrócił do treningów. Wujkiem tym był przyszły trener kadry biało-czerwonych Jerzy Brzęczek.
Najlepsze polityki publiczne zwiększające mobilność społeczną to te, które tworzą społeczny pluralizm, zapobiegają gettoizacji i ograniczają gentryfikację (powstawanie osiedli zamieszkanych wyłącznie przez osoby bogate). Brzmi to jak kolejny truizm, ale przestanie, gdy przyłożymy to kryterium do różnorakich polityk, które wdraża się bądź planuje wdrażać w najbliższym czasie. Na przykład podnoszenie opłat i abonamentów za parkowanie w centrach miast przyczyni się koniec końców do ich gentryfikacji. Co wobec tego jest ważniejsze: walka z autami w miastach czy dobrobyt biednych? Ale walka o większą mobilność społeczną może i powinna mieć wymiar nie tylko polityczny, lecz także indywidualny. Osoby, które radzą sobie w życiu dobrze, nie powinny unikać kontaktu z osobami o niższych dochodach czy odmiennym statusie społecznym, z tej prostej przyczyny, że ich dobry przykład sam z siebie może pomóc tym drugim. Ludziom uboższym czy też na dorobku – takim, jak ludzie młodzi – nie potrzeba coachów, a wzorców.
Młodych nie kusi psioczenie na kapitalizm, bo są jego beneficjentami, a ich sytuacja z roku na rok staje się coraz lepsza i prawdopodobnie będzie się poprawiać jeszcze szybciej niż dotąd