Zarzewiem konfliktu może stać się wszystko. Świetnym przykładem jest ostatnia seria niefortunnych zdarzeń w Sejmie. Najpierw ziobryści niespodziewanie zagłosowali ramię w ramię z opozycją, by zmusić ministra kultury, wicepremiera Piotra Glińskiego, do zwierzenia się z tego, jak wspiera artystów w pandemii. Potem – wraz z opozycją i posłami Porozumienia – przyjęli poprawkę Senatu do nowelizacji ustawy o podatku akcyzowym (chodziło o większe obciążenie producentów kamperów), która wydłużyła vacatio legis. Teraz doszło OFE – choć nie było okazji ustawy utrącić, bo prezes PiS Jarosław Kaczyński wyczuł, że dla projektu może nie być większości i polecił zdjąć go z porządku głosowań.
To ustawa, której pierwsza wersja została przyjęta rok temu. 13 lutego 2020 r. „za” podniosło rękę 232 posłów koalicji rządowej. I w tym gronie – jak najbardziej – znaleźli się parlamentarzyści Solidarnej Polski na czele ze Zbigniewem Ziobrą. Później Senat odrzucił ustawę, a Sejm nie pochylił się nad stanowiskiem izby wyższej, bo uznano, że wobec pandemii i zawirowań na rynkach finansowych przeprowadzanie tak masowej operacji nie ma sensu. Gdy zapadła decyzja o powrocie do sprawy w tym roku, do Sejmu wpłynął odświeżony projekt (poprzedni zawierał nieaktualne już terminy). Miało to być jedynie postawienie kropki nad i, a nagle okazało się powodem koalicyjnego zwarcia.
Przy czym trudno nie mieć wrażenia, że chodziło nie tyle o zastrzeżenia merytoryczne, ile kwestię polityczną. Jaki cel mają koalicjanci? PiS musi wiedzieć, że nie zna dnia ani godziny, że w każdej chwili ktoś może włożyć kij w szprychy. Tak właśnie było w sprawie OFE. Nasi rozmówcy z obozu rządzącego i opozycji zgodnie relacjonują, że dzień przed głosowaniem w Sejmie ziobryści sondowali – nie tylko w Porozumieniu, ale także m.in. w Platformie Obywatelskiej – które ustawy przewidziane w bloku głosowań budzą największy sprzeciw opozycji. Chodziło o znalezienie punktu, w którym mogłoby dojść do kolejnego politycznego zderzenia z PiS. – Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie wejść z Ziobrą w jakąś koalicję – żartuje jeden z posłów PO.
Porozumienie – po ugaszeniu pożaru we własnych szeregach w związku z woltą Adama Bielana – stara się robić dobrą minę do złej gry koalicyjnej. Z jednej strony Gowin przekonuje, że w interesie Polski jest trwanie Zjednoczonej Prawicy; z drugiej sam sprawia wrażenie, jakby chciał z niej uciec, jeśli nadarzy się okazja. Wczoraj przyznał, że powody, dla których zawiesił swoje uczestnictwo w posiedzeniach rady koalicji, są aktualne (skład rządu nieodzwierciedlający umowy koalicyjnej, wycięcie Porozumienia z anteny TVP). Co więcej, tak jak PiS trzyma w odwodzie Nowy Ład mający stanowić polityczne nowe otwarcie sezonu lub – w razie czego – nowy program wyborczy, tak Porozumienie próbuje trzymać wysoko gardę na wypadek wcześniejszych wyborów – w końcu w weekend odbył się kongres partii, a teraz zapowiadanych jest 15 konferencji programowych.
Widać wyraźnie, że Zjednoczona Prawica straciła wewnętrzny napęd, ale także coś więcej – poczucie esprit de corps. Nawet jeśli w zeszłej kadencji byli politycy prawicy, którzy nie zgadzali się ze wszystkimi działaniami większości rządowej jako całości, to zaciskali zęby i mówili, że gros rzeczy robionych przez koalicję jest wartościowe. Więc jak poseł Porozumienia krzywił się na styl zmian w wymiarze sprawiedliwości i konflikt z UE o praworządność, to mówił „mamy 500 plus, wzrost gospodarczy i ludzie lepiej zarabiają”. Z drugiej strony Solidarna Polska przyznawała, że zmiany w sądach mogłyby postępować szybciej, „ale jest 500 plus, mamy agendę tożsamościową” itp. PiS nie musiał w ogóle zabierać głosu, bo waga koalicjantów była nieporównanie mniejsza, nie było spektakularnych potknięć, a agenda w większości była autorstwa partii Kaczyńskiego.
Od ponad roku obserwujemy kiks za kiksem. Trochę z powodu wyborczego trybu na początku kadencji, gdy PiS walczył o reelekcję Andrzeja Dudy, a trochę z późniejszej konieczności walki z pandemią koalicja jest na postojowym – robi to, co musi i nie ogłasza dalszych planów. – Jesteśmy jak małżeństwo, które wiąże kredyt, a perspektyw nie ma – mówi koalicyjny polityk.
Koalicja zaczyna przypominać stary sweterek. Niby jeszcze spełnia swoją rolę i, używając języka politycznego, w większości przypadków jest jeszcze swetrem, ale już się pojawiły dziury, w niektórych miejscach wystają nitki i ścieg zaczyna się pruć. Można przyszyć kilka łat, naprawić spuszczone oczko, ale jak się nie zrobi nic, to najpierw powstanie kamizelka, a potem – cytując klasyka – nie będzie niczego.