W teorii. Mało kto wyobraża sobie proeuropejskie partie blokujące fundusz odbudowy. Przypomnijmy: oznaczałoby to weto Polski dla tego projektu. Nie ruszy on bez zgody wszystkich parlamentów w UE. Komisja Europejska na razie nie ma gotowej odpowiedzi, co się stanie, jeśli ratyfikacja nie zostanie ukończona.
Liderzy Koalicji Obywatelskiej i PSL odprawiają rytuał. Przy wsparciu niektórych opozycyjnych komentatorów (Dominika Wielowieyska) żądają, aby rząd przyjął projekt własną większością albo podał się do dymisji. Ale to właśnie rytuał. Wystarczy, by politycy Zjednoczonej Prawicy zachowali zimną krew.
Tempo decyzji Lewicy wywołało spekulacje o jej dealu z obozem rządowym. Może ceną za poparcie dla europejskich projektów jest wybór Piotra Ikonowicza, zgłoszonego przez lewicowy klub, na rzecznika praw obywatelskich? Przypominano od tygodni, że zaangażowanie Ikonowicza na rzecz biednych, na przykład pokrzywdzonych lokatorów, nie koliduje z rządowymi celami Zjednoczonej Prawicy. A Włodzimierz Czarzasty potrzebuje na gwałt sukcesu.
To jednak wciąż plotki. PiS wskazał swojego posła Bartłomieja Wróblewskiego na rzecznika i nic nie wskazuje na to, aby odstąpił od zasady: „nasz albo żaden kandydat”. W sprawie funduszu odbudowy wystarczy, że przeczeka. Na koniec prawdopodobnie także kluby Borysa Budki i Władysława Kosiniaka-Kamysza będą „za”, choć mnożą pytania, na co pójdą unijne pieniądze, i stawiają warunki.
Mogłoby się zdawać, że kończy to spór z partią Zbigniewa Ziobry. Przecież kiedy Morawiecki dogadał się z Komisją Europejską co do warunków przyjęcia unijnego budżetu i funduszu odbudowy, Kaczyński mówił, że SP może w tej jednej sprawie zagłosować jak zechce. Tak jak w roku 2003 pozwolił garstce przeciwników Unii w PiS głosować przeciw akcesowi do niej.
A jednak zmienił zdanie, zaostrzył ton, a dymisja wiceministra Janusza Kowalskiego z funkcji wiceministra aktywów państwowych to już więcej niż słowa. Prezes PiS rozumie sens sporu. To metapolityczne starcie o przyszłość polskiej prawicy. Ziobro chce zachować swoją kontestację jako wiano. Gdy Unia będzie w coraz mocniejszym konflikcie z polskim rządem, chce być jedynym w obozie rządowym, „który przestrzegał”.
Na początku chodziło głównie o powiązanie transferu unijnych pieniędzy z przestrzeganiem praworządności. Teraz już nie tylko. W lutym ministrowie z SP głosowali przeciw strategii energetycznej rządu. Przewiduje ona co najmniej 23 proc. udziału odnawialnych źródeł energii w roku 2030. Do roku 2040 węgiel mógłby spaść z 74 do nawet 11 proc. w energetycznym miksie Polski.
– Radykalna transformacja energetyczna, rewolucja energetyczna bez zabezpieczenia i rozłożenia na dwie, trzy, cztery dekady grozi ogromnymi problemami społeczno-gospodarczymi – przekonywał Janusz Kowalski. Energetyczne fragmenty Nowego Ładu, uzależnionego przecież od pieniędzy z Unii, opisywał jako propozycje platformerskiego, a nie pisowskiego rządu.
Ze środków z europejskiego funduszu odbudowy ponad jedna trzecia musi iść na energetykę. Więc SP kreuje się na obrońcę tych grup społecznych, które na energetycznej rewolucji stracą. Niezależnie od tła personalnego (wojna Ziobry z Morawieckim) jest to spór realny. Dziś w sondażach startująca samodzielnie SP dostaje półtora procent głosów. Ale prowadzenie wielu sporów w Zjednoczonej Prawicy równocześnie mogłoby te proporcje zmienić. A gdyby Kaczyński przestał być przywódcą, czy Ziobro nie pozostanie po tej stronie jedynym wyrazistym liderem?
Na razie minister sprawiedliwości zachowuje kontrolę nad swoimi ludźmi. Chwieje się jeden Tadeusz Cymański. Strategia SP ma pewną słabość. Kiedy Ziobro wykazuje Kaczyńskiemu, że ten nie ma większości, także w drobnych sprawach (informacja ministra Piotra Glińskiego o wspieraniu kultury w pandemii), wzmacnia jego pokusę, aby przeciąć pata, choćby wcześniejszymi wyborami. Oczywiście prezes PiS ryzykowałby utratę władzy. Ale zawsze manifestował, że władza czysto formalna go nie interesuje.
Ziobro musiałby znaleźć taką formułę, aby równocześnie machać prawicowemu elektoratowi swoją agendą nieustannie przed nosem, i nie przyśpieszać rządowego kryzysu. Potrzebuje czasu, ale coraz go mniej. Kaczyński też popełnia błędy, choćby godząc się na całkiem niepotrzebną wojnę z bardziej wobec niego ugodowym Jarosławem Gowinem, rozpętaną przez propisowską część Porozumienia. Gowin także stawia zresztą warunki wobec Nowego Ładu – w interesie samorządów czy przedsiębiorców. Ale nie czyni z nich apokaliptycznej wojny o zasady.
Ziobro twierdzi, że przyjęcie europejskiego funduszu odbudowy wystawia nas na europejski kolonializm. To delegitymizacja nie Unii, ale Kaczyńskiego i Morawieckiego. Tak się dalej nie da. Choć w cieniu pandemii i afery Daniela Obajtka ciężko szukać rozstrzygnięcia w wyborach.