Tak naprawdę właśnie do tego, do wyboru między życiem i śmiercią anonimowych obywateli sprowadza się kwestia kolejności szczepień. Oczywiście nie wszyscy chorujący na COVID-19 od razu umierają, jest to znikomy odsetek, ale mówimy o dziesiątkach tysięcy przyspieszonych śmierci w samej Polsce. Tworząc kolejność szczepień, dzieląc społeczeństwo na grupy z różnym dostępem do szczepień, rządzący podejmują, chcąc nie chcąc, decyzje egzystencjalne. Z pewną pomocą przychodzi tu zdrowy rozsądek (najpierw służba zdrowia, bo system się załamie) i nauka (wiadomo, że starsi mają radykalnie gorsze szanse na przeżycie), ale to nie zmienia faktu, że ostateczna decyzja jest czysto uznaniowa, można powiedzieć polityczna. Bo ktoś, w tym wypadku politycy, zdecydował, że ci, którzy urodzili się 1 stycznia 1952 r., będą się szczepić kilka, kilkanaście tygodni później niż ci, którzy urodzili się 31 grudnia 1951 r. Ci drudzy łapią się do grupy 70+, ci pierwsi nie. To oznacza, że ci, którzy urodzili się dzień później, mają obecnie mniejsze szanse na przeżycie. Dlaczego nie stworzono grupy 72+? Albo 65+? Na coś się trzeba było zdecydować i w tym wypadku trudno o „dupokrytkę”, która pozwoli się tłumaczyć przed jakąś powołaną za iks lat komisją wyjaśniającą. To kwestia setek, może tysięcy ludzi, którzy umrą albo nie, i decyduje czyjeś przekonanie, intuicja. To nie jest czysto racjonalne. To jest właśnie wybór polityczny, który podejmują konkretni ludzie.
Przez ostatnie dziesięciolecia polska polityka to było administrowanie czy – jak kto woli – „polityka ciepłej wody w kranie”. Zajmowaliśmy się dzieleniem na województwa, powiaty, tym, czy podatki powinny być trochę wyższe czy trochę niższe, a przyznanie zasiłku w wysokości 500 zł na dziecko urosło do rangi politycznego przewrotu kopernikańskiego, czy jak by powiedzieli komentatorzy polityczni oblatani w językach obcych – game changera. Niedawno zmarły prof. Marcin Król mawiał, że jedyną decyzją stricte polityczną, jaką przez siedem lat premierowania podjął Donald Tusk, którego Król raczej darzył sympatią, było podniesienie wieku emerytalnego. Przypomnijmy, że ta decyzja i tak została odwrócona. Reszta to było administrowanie i zarządzanie swoją partią, rządem czy kolejnymi kryzysami. I tak było również przez ostatnie pięć lat. Oczywiście można narzekać, że politycy Prawa i Sprawiedliwości na niespotykaną dotąd skalę rozwalają i zawłaszczają istniejące instytucje, ale do tej pory można było patrzeć na to tak, że jedna klika zastępuje inną, psując radykalnie system i przystosowując go do swoich potrzeb. To wciąż było administrowanie, a nie dotykanie kwestii fundamentalnych.
Ku ogólnemu zdziwieniu, w 2020 r. nagle z czasów postpolityki przemieściliśmy się w czasy polityki przez duże P. Polityka znów w sensie dosłownym stała się kwestią życia i śmierci. W ten trend wpisuje się również kwestia zaostrzenia prawa aborcyjnego. Nieważne, po której stronie sporu stoimy, zaczęliśmy rozmawiać (w Sejmie i podczas protestów ulicznych) o kwestiach fundamentalnych. I nie ma większego znaczenia, że wirus pojawił się w sposób naturalny, a debatę o aborcji wywołał Jarosław Kaczyński.
Oczywiście to nie znaczy, że nagle z polityki zniknie poziom taktyczny, czyli kwestie tak „kluczowe” jak to, czy i kiedy skończyła się kadencja prezesa Porozumienia, kto kogo nagra w Wałbrzychu czy w restauracji w Warszawie, albo to, czyi ludzie są właśnie wycinani z list wyborczych. Ale na pewien czas politycy znów stali się politykami, a nie tylko administratorami.