Nikt nie powiedział, że referendum rozstrzyga sprawę raz na zawsze. Brytyjczycy podzielili się na długo. Plebiscyt jest tylko jednym z symptomów tego podziału
Reklama
Patrząc z perspektywy kosmopolitycznego Londynu, jednego z kilku naprawdę globalnych miast, najważniejszego centrum finansowego w Europie, miasta, które przyciąga miliony zagranicznych turystów rocznie, które zarabia na tym, że jest jednocześnie brytyjskie i europejskie, trudno w ogóle uwierzyć, że Brytyjczycy pomyśleli o wyjściu z Unii Europejskiej. Ale City of London, Trafalgar Square, Harrods i Big Ben to tylko wycinek Wielkiej Brytanii. Gdzieś dalej jest ona zupełnie inna, zupełnie związku z Unią Europejską nieodczuwająca i go niepotrzebująca.
***
Clacton-on-Sea jest kurortem w południowej części hrabstwa Essex. Albo raczej – myśli, że wciąż jest kurortem, bo tak naprawdę lata świetności ma już za sobą. Dziś znane jest przede wszystkim z tego, że to pierwszy i jedyny okręg wyborczy w Wielkiej Brytanii, w którym mandat poselski zdobył członek Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), co daje mu uzasadnione podstawy do miana najbardziej eurosceptycznego w całym kraju. Oraz z tego, że regularnie znajduje się w ścisłej czołówce rankingu najbardziej zapuszczonych i pozbawionych perspektyw miejsc w Wielkiej Brytanii. Pierwsze w sporej mierze wynika z drugiego. Swój czas świetności Clacton-on-Sea miało od lat 50. do 70. zeszłego wieku, czyli tuż przed tym, jak kraj wstąpił do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. A później zaczęła się era tanich lotów i tanich wakacji. Kto chciałby jeździć nad zimne Morze Północne, skoro za 300 czy 400 funtów można polecieć na wczasy do Grecji czy Hiszpanii? Szczególnie że Clacton naprawdę nie ma wiele do zaoferowania – molo, nieczynne – przynajmniej o tej porze roku – w tygodniu, wesołe miasteczko, trochę salonów gier oraz kilka pubów i niewielkich restauracji. Ale te ostatnie to raczej nie jest dobry biznes, bo liczba lokali na sprzedaż jest niewiele mniejsza od działających. Trudno o bardziej wymowny symbol upadku niż poszarpane przez wiatr brytyjskie flagi przy wejściu na molo. Ani jeden z bodaj ośmiu Union Jacków nie jest w całości – z niektórych została połowa, z niektórych trochę więcej. Z drugiej strony – Clacton jest ubogie jak na standardy brytyjskie, ale nie jest tak, że składa się ze slumsów czy z mieszkań komunalnych.
– To nie jest tak, że nikt do Clacton już nie przyjeżdża. W sezonie zwykle nie mamy wolnych miejsc, ale faktycznie kiedyś było lepiej. Sezon turystyczny trwa krótko, w zasadzie tylko w czasie wakacji szkolnych, i to się odbija na lokalnej gospodarce. Tu nie ma żadnego przemysłu, duża część prac jest sezonowa, związana z turystyką. Jest też trochę pracy w rolnictwie i tam głównie zatrudnieni są mieszkający tu Polacy – mówi Barry, który wraz z żoną prowadzi niewielki pensjonat. Raczej skłania się do tego, by wyjść z Unii. Bo okazuje się, że nawet w Clacton Polacy też się odnaleźli. Nie wiadomo dokładnie, ilu ich jest, ale być może stanowią najliczniejszą mniejszość narodową. Co z pewnością nie wszystkim się tu podoba. Łatwiej w każdym razie spotkać Polaków niż Hindusów czy Pakistańczyków.
Jak na najbardziej eurosceptyczne miejsce w Wielkiej Brytanii, poparcie dla Brexitu jest demonstrowane dość powściągliwie. Tylko w kilku domach do okien przyklejone są plakaty „Vote Leave”, czyli głównej kampanii na rzecz wystąpienia z Unii, a jeszcze rzadsze – te konkurencyjnej kampanii Leave.eu, za którą stoi UKIP. Śladu jakiejkolwiek działalności obozu Remain nie widać w ogóle. Nie znaczy to, że nie ma osób, które uważają, że lepiej będzie pozostać w Unii. – Obawiam się gospodarczych konsekwencji Brexitu, więc raczej będę głosować za pozostaniem, ale wiem, że jestem tu raczej wyjątkiem. W moim pokoleniu więcej osób ma jakieś wątpliwości, ale wśród młodych ludzi nie słyszałam, by ktoś chciał głosować za Unią – mówi Mary, pani w średnim wieku, która pracuje w recepcji miejscowej „Clacton Gazette”. Faktycznie, jest wyjątkiem. Peter Carlane pochodzi z Londynu, ale od lat mieszka w Clacton, gdzie pracuje w firmie świadczącej usługi elektryczne. – Decydowanie o wszystkim z góry nie jest dobrym pomysłem. Kiedyś połączono lokalne władze z okolic w jedno większe ciało, ale okazało się, że to nie działa, i po jakimś czasie powrócono do poprzedniej wersji. Tak samo jest z Unią. Bruksela nie może decydować o wszystkim, co jest dla kogo najlepsze. Zresztą wszystkie zbyt wielkie imperia w historii się rozpadały – mówi.
Na dwa dni przed referendum do Clacton-on-Sea przyjechał sam Nigel Farage, lider UKIP, co zdecydowanie ożywia senne miasteczko. Inna sprawa, że naczelny brytyjski eurosceptyk w ostatnich dniach kampanii bardziej szkodził sprawie Brexitu, niż jej pomagał. Chodzi np. o plakat z tłumem uchodźców z Bliskiego Wschodu i hasłem „Punkt krytyczny”, który na dodatek nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności został zaprezentowany na kilka godzin przed zabójstwem laburzystowskiej posłanki Jo Cox. – Obawiam, się, że ten plakat i zabójstwo mogą odmienić wynik – mówi 21-letnia Sarah, na co dzień zwolenniczka UKIP, która jednak rozdaje ulotki „Vote Leave”. – Ta kampania nie ma nic wspólnego z bieżącą polityką. Nie mamy w Clacton żadnych korzyści z tego, że jesteśmy w Unii. Bruksela się nami zupełnie nie interesuje, zresztą rząd też nie – dodaje.
***
W przeciwieństwie do Clacton-on-Sea, gdzie eurosceptycyzm jest mocno związany z sytuacją gospodarczą, w Romford trudno o takie proste wyjaśnienie. Romford to prawie 100-tysięczne miasto w granicach Wielkiego Londynu i administracyjne centrum Havering, jednej z 33 dzielnic brytyjskiej stolicy. Nie jest może szczególnie atrakcyjne, ale brzydkie też nie. Na pewno nie można powiedzieć, że jest zapuszczone. Według statystyk demograficzno-społecznych jest znacznie bardziej jednolite etnicznie niż Londyn jako całość, bo biali Anglicy stanowią ponad 82 proc. populacji. I choć daleko mu do Westminster czy Kensington and Chelsea, plasuje się powyżej londyńskiej średniej, jeśli chodzi o dochody. Nie widać – przynajmniej w centrum – ani meczetów, ani polskich sklepów, zatem trudno powiedzieć, by imigracja była tam palącą kwestią. A jednak Romford – będący od lat w rękach Partii Konserwatywnej – jest jednym z tych okręgów wyborczych, gdzie poparcie dla UKIP rośnie najszybciej w skali kraju. W wyborach parlamentarnych w 2005 r. kandydat tej partii zdobył niespełna 800 głosów, pięć lat później – ponad 2 tys., zaś w zeszłorocznych 11,2 tys., czyli prawie 23 proc. głosów.
W styczniu tego roku rada dzielnicy Havering, w której większość mają konserwatyści i lokalny komitet mieszkańców, oficjalnie poparła wyjście z Unii Europejskiej – jako pierwsza jednostka władzy lokalnej w całej Wielkiej Brytanii.
– Romford było przez lata dzielnicą klasy pracującej, która jest raczej konserwatywna w swoich poglądach. Z biegiem czasu status materialny mieszkańców się podnosił i dziś to jest klasa średnia, ale konserwatyzm pozostał – wyjaśnia urodzony tam 30-letni Glyn Lewis, który przy wyjściu ze stacji kolejowej rozdaje ulotki i zachęca do głosowania na rzecz Brexitu. Imigracji nie wymienia jako głównego motywu. – Chodzi o demokrację. Unia Europejska nie jest niedemokratyczna, ona jest antydemokratyczna. Czy ludzie wybrali Junckera albo Tuska? Gdzie jest demokracja, skoro można powtórzyć referendum, jeśli wynik jest inny, niż chciała Bruksela, jak to było w Irlandii czy Danii? Wyjście z Unii to dla nas jedyna szansa, byśmy mogli sami decydować o swoim kraju – przekonuje.
W tym samym miejscu kampanię prowadzi też Andrew Rosindell, konserwatywny poseł do Izby Gmin, który od 15 lat reprezentuje w niej Romford. Nawiązując do słów królowej, która według wtorkowej prasy miała zwrócić się podczas jednej z kolacji do swoich gości o podanie trzech dobrych powodów, dla których Wielka Brytania miałaby zostać w UE, pytam się go o trzy powody, dla których miałaby wyjść. – Trzy najważniejsze powody to odzyskanie kontroli nad krajem, ograniczenie imigracji i uwolnienie się od biurokracji – odpowiada. Ale każdy ma swoje powody. Jednym z rozdających ulotki i zachęcających do głosowania jest pewien Duńczyk, który liczy na to, że Brexit uruchomi falę następnych -exitów. – Następna pewnie będzie Holandia, ale mam nadzieję, że w Danii też niedługo takie referendum się odbędzie. Nie jestem przeciw Europie, ale przeciwko tworzeniu państwa federalnego. Strefa wolnego handlu wystarczy. Dobrze przynajmniej, że nie mamy euro – mówi, pytając przy okazji, jakie jest poparcie Polaków dla UE i czy zamierzamy przyjmować unijną walutę. Swoją kampanię prowadzą też zwolennicy pozostania w Unii, ale przynajmniej tu w Romford są zdecydowanie w defensywie.
W The Moon and Stars – pubie należącym do popularnej sieci JD Wetherspoon, której właściciel Tim Martin jest jednym z najbardziej aktywnych orędowników Brexitu – rozmawiam o tym z Tedem i Jane. On ma 65 lat, jest emerytem z niezłą sytuację materialną, ona lat 50 i korzysta z zasiłków, czasem przyłącza się ktoś jeszcze. – Churchill powiedział kiedyś, że jeśli Brytania musiałaby wybierać między morzem a Europą, powinna zawsze wybrać morze. Ale to nie jest tak, że my nie lubimy Europy. Przeciwnie, kocham Europę, często po niej podróżuję, zwłaszcza do Włoch. Chodzi jedynie o to, żebyśmy mogli sami decydować o swoim kraju, a nie żeby to za nas robiła Bruksela – mówi Ted. – Tak samo jest z imigracją. Znam sporo Polaków, którzy przyjechali tu pracować. Wszyscy dobrze mówią po angielsku, są mili, uczynni, pracowici. Być może ja też bym w takiej sytuacji wyjechał, gdybym miał 25–30 lat i miał gdzieś zarabiać pięć razy więcej. Wielka Brytania stała się w ostatnich latach jak magnes, który wszystkich przyciąga, ale nie może być tak, że na dość niewielkiej powierzchni wszyscy będą mieszkać – przekonuje. Jane jest mniej dyplomatyczna, choć po części wynika to zapewne z kilku wypitych piw. – Tony Blair był zdrajcą naszego narodu, to od niego się wszystko zaczęło. To jest nasz kraj, który ma tysiącletnią bogatą historię, i mamy prawo bronić swej tożsamości. Bo w przeciwnym razie nic z niej nie zostanie – argumentuje. Choć zaznacza, że to nie Polacy są głównym problemem. – Jak chcesz, jutro zabiorę cię do Ilford we wschodnim Londynie. Zobaczysz tablice zakazujące picia alkoholu, islamskie patrole, zobaczysz miejsca, gdzie panuje szariat.
***
I w Clacton-on-Sea, i w Romford zwolennicy opuszczenia Unii na pewno wygrali. Podobnie jak w dziesiątkach innych miejsc w Anglii, gdzie to, czy któraś z ponadnarodowych korporacji w efekcie Brexitu przeniesie siedzibę do innego kraju, nie było najważniejszym argumentem. Według sondaży w ostatnich dniach przed referendum szala zaczęła się minimalnie przechylać na stronę zwolenników „Remain”. Ale nikt nie powiedział, że referendum zamyka sprawę raz na zawsze.
Nawiązując do słów królowej, która według wtorkowej prasy miała się zwrócić podczas jednej z kolacji do swoich gości o podanie trzech dobrych powodów, dla których Wielka Brytania miałaby zostać w UE, pytam konserwatystę Andrew Rosindella o powody, dla których miałaby wyjść. – Trzy najważniejsze powody to odzyskanie kontroli nad krajem, ograniczenie imigracji i uwolnienie się od biurokracji – odpowiada