Zdaniem liberalnych eurodeputowanych Komisja Europejska nie jest w stanie skutecznie egzekwować reguł praworządności. Dlatego przedstawiają projekt własnej procedury.
Reklama
Najważniejszym elementem „paktu Unii Europejskiej na rzecz demokracji, praworządności i praw podstawowych” jest wprowadzenie regularnej oceny tych elementów w państwach członkowskich. Zdaniem autorów projektu istniejące mechanizmy (w tym procedura praworządności, którą obecnie objęta jest Polska) mają „ograniczony zakres zastosowania”, są „nieskuteczne”, a oprócz tego narażone na zarzut arbitralności i stosowania w sposób niesprawiedliwy wobec niektórych krajów.
Jednym z celów projektu jest wyznaczenie konkretnych kryteriów, na podstawie których stwierdzane będzie poważne zagrożenie dla demokracji, praworządności i praw podstawowych – co jest bazą do uruchomienia „opcji nuklearnej”, czyli mechanizmu napomnienia i sankcji przewidzianego w art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej.
W uzasadnieniu projektu eurodeputowani piszą, że o ile Komisja Europejska nie ma problemu z egzekwowaniem wielu zobowiązań wynikających z członkostwa (np. dostosowywania prawa), o tyle upomnienia „o wykonanie obowiązków traktatowych dotyczących demokracji, praworządności i praw podstawowych” spotykają się często z „niechęcią czy wręcz odmową uznania wspólnie uzgodnionych zasad i uprawnień UE do ich egzekwowania”. W związku z tym „należy bezwzględnie przyjąć ramy umożliwiające UE zajmowanie się nie tylko naruszeniami konkretnych przepisów UE, ale także (ryzykiem) poważnych zagrożeń dla demokracji, praworządności i praw podstawowych”.
Podstawą do oceny stanu demokracji, praworządności i ochrony praw podstawowych byłaby specjalna tabela zawierająca listę wskaźników odnoszących się do każdej z tych trzech dziedzin. Projekt podaje ich przykłady, tj. rozdział władz, równość wobec prawa czy prawo dostępu do dokumentów. Lista zostałaby opracowana przez ponad 60-osobowy zespół niezależnych ekspertów.
W jego skład wchodziliby m.in. przedstawiciele państw członkowskich, które delegowałyby do niego po jednej osobie. Ponadto po dziesięciu ekspertów desygnowałyby także europejskie akademie nauk, instytucje zajmujące się prawami człowieka oraz Europejska Komisja na rzecz Efektywności Wymiaru Sprawiedliwości (CEPEJ). Jednego przedstawiciela miałaby Komisja Wenecka. Projekt przewiduje zaproszenie do grona eksperta Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju.
Ten sam zespół dokonywałby oceny stanu demokracji, praworządności i praw podstawowych. W specjalnym raporcie każdemu wskaźnikowi odpowiadałby jeden z trzech kolorów. Zielony oznaczałby, że realizacja wskaźnika nie budzi zastrzeżeń; żółty wskazywałby na uchybienia; czerwony byłby używany w przypadku naruszeń. Każdy wskaźnik byłby oceniany przez każdego eksperta; ostateczna ocena byłaby średnią kolorów. Końcowy raport byłby wzbogacony pisemną oceną stanu praworządności dla danego państwa.
Dzięki tej procedurze można wyznaczyć dokładny punkt, w którym Komisja może uruchomić opcję nuklearną. Jeśli dane państwo członkowskie otrzymałoby żółte oceny w przypadku jednej trzeciej wskaźników, uznaje się, że istnieje „wyraźne ryzyko poważnego naruszenia wartości”. W efekcie z tym państwem Bruksela uruchamiałaby dialog. Jeśli natomiast dane państwo członkowskie otrzymałoby czerwone oceny w przypadku jednej czwartej wskaźników (lub tylko kilku, ale ocenianych w ten sposób przez okres co najmniej dwóch lat), to stanowiłoby to podstawę do uruchomienia procedury przewidzianej w art. 7.
Co ciekawe, zdaniem autorów projektu – do których należy wiceprzewodnicząca grupy Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy Sophie in ’t Veld – raport powinien oceniać pod kątem praworządności i ochrony praw podstawowych również instytucje europejskie, które obecnie są pod tym względem objęte niedostatecznym nadzorem.
Na razie projekt istnieje w formie raportu, do którego do 13 maja europosłowie mogą jeszcze zgłaszać poprawki. Następnie zajmie się nim Komisja Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych. Przyjęcie rezolucji przez europarlament wymagałoby zgody prezydium PE na umieszczenie go w porządku obrad. To z kolei jest uzależnione od poparcia największych grup w PE, a więc chadeków i socjalistów. Nawet jeśli PE przyjąłby rezolucję, to nie jest ona wiążąca dla Komisji Europejskiej.