Dwóch na trzech Polaków mówi, że chce pomagać innym. W tym wypadku jeśli mówią, to znaczy, że... mówią.
Mikołaj Gogol mawiał: „Nigdy nie jesteśmy tak biedni, aby nie stać nas było na udzielenie pomocy bliźniemu”. Prozaik Wiesław Trzaskalski jednak co do tak zwanej bezinteresownej pomocy nie miał już złudzeń. Jego zdaniem „czasami podaje się komuś dłoń, żeby mieć go w garści”. Tak czy inaczej mamy dzisiaj w Polsce do czynienia z modą na altruizm. Niestety wszystko wskazuje na to, że bycie pomocnym dla innych kończy się u nas jedynie na deklaracjach. Bo skoro jest tak dobrze, że każdy każdemu chce za darmo pomagać, to dlaczego jest u nas tak źle ze wzajemnym szacunkiem i zaufaniem?
Reklama

Reklama
Optymiści widzą to tak: Polacy dorośli wreszcie do tego, by już nie w każdej sytuacji dla zasady stawiać swoje indywidualne dobro na pierwszym miejscu. Potrafią ograniczyć naturalny egocentryzm, poświęcić bezinteresownie część wolnego czasu dla dobra wspólnoty, do której należą – na przykład na rzecz swojego osiedla lub sąsiadów – i trochę czerpiąc z wzorców chrześcijaństwa, ofiarować się, niczego w zamian nie chcąc. Jak w piosence Stanisława Sojki uznają, że „życie nie tylko po to jest, by brać, nie tylko po to, by bezczynnie trwać, i żeby żyć, siebie samego trzeba dać”.
Realiści patrzą na to trochę inaczej. Są zdania, że nie istnieje coś takiego, jak zupełnie bezinteresowna pomoc, bo każda w jakimś stopniu ma lub może mieć wpływ na nasze życie, może – choć nie zawsze musi – przynieść nam korzyści. Bo przecież jeśli kolega poprosi nas, byśmy pożyczyli mu pieniądze, to pożyczając, stwarzamy subtelną relację uzależnienia. Kiedy my będziemy mieli problem – podobny lub inny – w pierwszej kolejności śmielej będzie nam poprosić o pomoc tę właśnie osobę. Pomagając zatem, zostawiamy sobie we wzajemnych relacjach otwartą furtkę. Przejdziemy przez nią, kiedy zdarzy się taka potrzeba. Oczywiście nie ma pełnej gwarancji, że udzielona pomoc zostanie odwzajemniona (kolega akurat może nie mieć pieniędzy lub nie będzie w stanie udzielić nam innej formy pomocy), ale tak czy inaczej warto zawczasu zadbać o taką możliwość.

To tylko teoria

Jeśli spojrzeć na wyniki badań społecznych i jedynie na nich się opierać, można dojść do wniosku, że jesteśmy świadkami polskiej rewolucji społecznej na miarę nigdy wcześniej niespotykaną. Wnioski takie płyną choćby z opublikowanego w maju sondażu CBOS „Aktywność społeczna Polaków”. Ustalenia – gdyby rzeczywiście w całości pokrywały się z prawdą, a nie były przejawem swoistej rzeczywistości deklaratywnej – można by określić mianem sensacji. 2/3 respondentów (66 proc.) wyraża przekonanie, że w dzisiejszych czasach trzeba być bardziej wrażliwym i gotowym do pomocy innym ludziom – i tak starają się żyć. W zdecydowanej mniejszości (28 proc.) są ci, którzy skłonni są twierdzić, iż obecnie trzeba bardziej koncentrować się na walce o własne sprawy, nie zważając na innych. Ponad 3/4 ankietowanych (77 proc.) podziela pogląd, że działając razem, można przyczynić się do rozwiązania niektórych problemów swojego środowiska czy społeczności lokalnej. Tylko co piąty (19 proc.) Polak nie wierzy, że jednostka, nawet we współpracy z innymi, może pomóc potrzebującym lub rozwiązać problemy społeczności lokalnej. Blisko 4/5 badanych (78 proc.) deklaruje, że w ostatnim roku podejmowało indywidualnie nieodpłatne działania na rzecz innych. Najwięcej ankietowanych poświęciło swój wolny czas na pomoc przyjaciołom lub znajomym (65 proc.) oraz członkom rodziny niepozostającym z nimi we wspólnym gospodarstwie (63 proc.). Połowa (50 proc.) podjęła działania na rzecz swoich sąsiadów. Prawie co piąty badany (19 proc.) deklaruje, że w ciągu dwunastu miesięcy poprzedzających badanie poświęcił wolny czas na dobrowolną i nieodpłatną pracę w jakiejś instytucji.
Jeśli działamy na rzecz publicznego dobra, wybieramy kilka typów organizacji, podejmując aktywność społeczną przede wszystkim w ramach działających na rzecz szkolnictwa i oświaty (4,8 proc.). Niewiele mniej popularne są organizacje (fundacje lub stowarzyszenia) młodzieżowe, np. harcerstwo oraz związki i stowarzyszenia studenckie (4,2 proc.). Organizacje (fundacje lub stowarzyszenia) charytatywne działające na rzecz potrzebujących – starszych, ubogich, bezdomnych, chorych, niepełnosprawnych, ofiar klęsk żywiołowych, ofiar wojen (4,1 proc.) też cieszą się naszym zainteresowaniem. Angażujemy się również w ruchy religijne, kościelne, wspólnoty parafialne (3,9 proc.), organizacje (fundacje lub stowarzyszenia) charytatywne działające na rzecz potrzebujących dzieci (3,8 proc.) oraz organizacje (związki, kluby i stowarzyszenia) sportowe – nieco ponad 3 proc. (badanie CBOS z maja 2014 r. przeprowadzone metodą wywiadów bezpośrednich wspomaganych komputerowo w dniach 6–12 marca 2014 r. na liczącej 1098 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski).
Te wyniki wskazują na najbardziej prospołeczne nastawienie Polaków od 2002 r. W ciągu ostatnich 12 lat systematycznie umacniało się nasze przekonanie o skuteczności wspólnego działania zwykłych ludzi. O ile w 2002 r. pogląd, iż działając razem, można przyczynić się do rozwiązania niektórych problemów swojego środowiska czy społeczności lokalnej, podzielała połowa badanych (50 proc.), to w najnowszym pomiarze wyraziło go ponad 3/4 ankietowanych (77 proc.). Tak wysoki wynik można wiązać z oddziaływaniem na naszą świadomość rozwoju sytuacji na Ukrainie. Opinie w tej kwestii różnicuje głównie wiek ankietowanych, przy czym wyróżnić można trzy grupy różniące się istotnie w swoich przekonaniach na temat skuteczności wspólnego działania zwykłych ludzi. O tym, że przeciętni ludzie, działając wspólnie z innymi, mogą pomóc potrzebującym lub rozwiązać niektóre problemy swojego środowiska lub miejsca zamieszkania, najczęściej przekonani są badani urodzeni po 1966 r. (82 proc.), a więc mający nie więcej niż 47 lat. Najbardziej sceptyczni są natomiast Polacy urodzeni do 1950 r., czyli w wieku co najmniej 64 lat, choć także w tej grupie większość (66 proc.) wierzy w możliwość osiągania niektórych celów dzięki wspólnemu działaniu zwykłych ludzi.
I tu dochodzimy do zderzenia szlachetnej deklaratywności z twardą rzeczywistością. Jeśli bowiem spojrzymy na odpowiedzi dotyczące konkretnych działań, a nie deklaracji, to powierzchowność dobrych intencji staje się czytelna. Bo jak inaczej można interpretować to, że aż 50 proc. Polaków w ciągu ostatniego roku ani razu nie podjęło żadnych nieodpłatnych, bezinteresownych działań na rzecz swoich sąsiadów, 63 proc. odmówiło pomocy nieznajomym, a aż 80 proc. nie angażowało się i nie planuje angażować w żadne lokalne projekty wspólnotowe mające na celu podejmowanie działań na rzecz swojej okolicy, osiedla, miasta? Jedynie wielką grą pozorów.
Jeśli już decydujemy się na pomaganie innym, zwykle nie ma to wiele wspólnego z bezinteresownością. Najwięcej ankietowanych poświęciło swój wolny czas na pomoc przyjaciołom i znajomym (65 proc.) oraz członkom rodziny niepozostającym z nimi we wspólnym gospodarstwie domowym (63 proc.). Co ciekawe, również tutaj jest coraz gorzej. W porównaniu z poprzednim podobnym badaniem nieco mniej osób udzielało się, pomagając krewnym (63 proc. wobec 69 proc. w 2011 r.), więc powodów do dumy na pewno nie ma.
Zresztą pracownia zdaje sobie sprawę z rozjeżdżania się oświadczeń i działań. – Wypowiedzi badanych dotyczące preferowanych zasad, jakimi powinno rządzić się życie społeczne, w niewielkim stopniu związane są z rzeczywistą działalnością prospołeczną – ocenia w podsumowaniu badań z maja 2014 r. Barbara Badora z CBOS.
Jeszcze gorsze wnioski przynosi w tym zakresie ostatnia Diagnoza Społeczna z 2013, cykliczne badanie socjologiczne realizowane pod kierunkiem prof. Janusza Czapińskiego z Uniwersytetu Warszawskiego. Wynika z niego jasno, że Polaków aktywnych społecznie w 2000 r. było 10 proc., obecnie jedynie 15 proc. Wzrost oczywiście jest, ale jak na okres, który obejmuje, jedynie symboliczny.
– Kapitał społeczny i wynikająca z niego ofiarność i pomocność to dla większości Polaków pojęcia znane jedynie teoretycznie. Tutaj, mimo optymistycznej deklaratywności, realnie zmienia się niewiele – ocenia prof. Czapiński.
Kapitał społeczny to w skrócie zdolność do współpracy i tworzenia więzi pomiędzy ludźmi. Pojęcie to zostało użyte po raz pierwszy przez Roberta D. Putnama w „Bowling Alone” w 1995 r. To zaufanie, gotowość do współpracy, brak podejrzliwości wobec ludzi, których słabo znamy albo w ogóle nie znamy, ale z którymi moglibyśmy podjąć współpracę. Kapitał społeczny to wszystko, co dobre między ludźmi. Dlatego nie trzeba być szczególnie przenikliwym, aby dojść do wniosku, że akurat tych wartości można w Polsce ze świecą szukać.
Być może jedną z przyczyn tej erozji jest nowy standard zachowań, jaki chyba już na stałe zrósł się z czasami, w których żyjemy. Wielu z nas, nawet ci deklarujący dużą wagę altruizmu, nie ma ochoty ukrywać, że tak naprawdę to sami jesteśmy dla siebie najważniejsi, że nasze oczekiwania, potrzeby i cele są dla nas najistotniejsze, konstruują nas, są prawdziwym spiritus movens naszego życia. Przestajemy sztucznie udowadniać sobie i innym, że to właśnie inni są dla nas ważniejsi – mimo że nie przyznajemy się do tego w czasie badań społecznych, wciąż w pewnym stopniu uznając egoizm za coś nie do końca pozytywnego. Do troski o siebie i swoje potrzeby zachęcają nas nawet programy społeczne. Jednym z nich jest PozytywnyEgoizm.pl zachęcający, byśmy nie bali się sami dla siebie być centrum świata. Tym bardziej że w ocenie części ekspertów, np. dr. Tomasza Skalskiego z Zakładu Socjologii Organizacji i Gospodarki Uniwersytetu Śląskiego, autora wspomnianego programu, egoizm służy rozwojowi, przekłada się na naszą wewnętrzną spójność, pomaga zrozumieć siebie i innych, a w efekcie dobrze żyć.

Zwrot z inwestycji

Czasy, w których żyjemy, są specyficzne także z innego powodu. Jak przekonuje dr Paweł Fortuna, psycholog z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wielu z nas deklaracja o wadze pomocy wystarczy, żeby poczuć się lepiej. – Zalajakowanie zdjęcia głodnego dziecka w Afryce bywa dla części z nas tożsame z udzieleniem temu dziecku pomocy. Łatwo tłumaczymy sobie, że przecież inaczej pomóc nie możemy. Ale czy to jest wsparcie? To kpina. Wyrażanie oświadczeń dotyczących tego, że trzeba sobie pomagać, że to zachowanie ludzkie, humanistyczne, oparte na ponadczasowych wzorcach, w dziewięciu na dziesięć przypadków nie ma żadnego realnego związku z naszym życiem. Co więcej, to życie bywa dokładnie sprzeczne z deklaracjami – stawia demaskującą diagnozę.
I przypomina, że w omawianej sytuacji dobrze sprawdza się efekt trzeciej osoby, psychologiczne narządzie do porównywania zachowań. Kiedy pytamy kogoś o to, czy jego znajomi lub sąsiedzi są podatni na manipulację, zwykle odpowiada „tak”. Kiedy jest pytany, czy on sam również – zawsze odpowiada, że nie lub że w minimalnym stopniu. Ale jeśli pada podobne pytanie o udział w akcjach społecznych, odpowiadamy, że sąsiedzi udziału w nich nie biorą, a my jak najbardziej – z wielką chęcią, bo przecież trzeba pomagać. – Prawda jest inna. Przeprowadziłem dziesiątki akcji społecznych. Nie pamiętam takiej, w czasie której przerosłaby mnie frekwencja. Pamiętam za to wiele takich, gdzie zabrakłoby skali ułamków, by określić liczbę uczestników w porównaniu z deklaracjami wzięcia udziału – dodaje dr Fortuna.
To, że pod pozorem altruizmu w naszych działaniach bardzo często kryje się celowość, można niestety dość łatwo pokazać na przykładach. Kilka miesięcy temu Poznań obiegło ogłoszenie napisane przez 10-letnią dziewczynkę, która zgubiła telefon. Bardzo go lubiła, korzystała z niego regularnie – kontaktowała się z rodzicami, miała też w nim swoje ulubione gry. Aparat się nie znalazł, ale sytuację wykorzystał jeden z producentów sprzętu telefonicznego, który podarował nastolatce jeden z modeli – ani szczególnie drogi, ani wyposażony w niecodzienne oprogramowanie. Zadbał jednak o to, by ta informacja poszła w świat. W tym tekście świadomie nie podajemy nazwy firmy, co nie zmienia faktu, że i tak została ona opublikowana już wielokrotnie, co „hojnemu” dystrybutorowi zwróciło środki poniesione na podarowany aparat wielokrotnie. Tak właśnie – w pigułce – wygląda nasze pomaganie innym. Bo przecież trzeba pomagać.
– Moda na udzielanie innym pomocy będzie zapewne narastać, ale będzie raczej powierzchowna, nastawiona na coś, co ekonomiści nazywają ROI, czyli return on investment, czyli zwrot z inwestycji. Często bycie pomocnym jest po prostu opłacalne, a udzielanie pomocy to element planu osobistego dla konkretnych osób czy biznesowego dla firm – ocenia dr Jakub Andrzejak, kierownik Zakładu Socjologii Edukacji Wielkopolskiej Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej.
Eksperci wykluczają jakiekolwiek znaczące jakościowe zmiany w naszym podejściu do problemu altruizmu. Nie wierzą, że oświadczenia ujawniane w badaniach nawet w połowie przekładają się na rzeczywistość.
– Kolektywizm interesuje nas, ale tylko pod określonymi warunkami. Najlepiej, jeśli dotyczy grupy najbliższych nam osób, czyli naszej rodziny. Dla jej dobra – co również pokazuje wiele badań – jesteśmy w stanie wiele poświęcić, ale to w jakimś stopniu również przejaw egoizmu. Interesy naszej rodziny to również nasze interesy. Los sąsiadów, z którymi również stykamy się na co dzień, jest nam już bardzo często zupełnie obojętny – przekonuje psycholog Tomasz Łysakowski. – Świat traktujemy jako dobro społeczne, ale głównie po to, by osiągnąć indywidualne korzyści.
Jedyne sytuacje, które realnie przynajmniej przez jakiś czas są w stanie nas połączyć i skłonić do wzajemnej pomocy, wynikają z traumy, jaką przeżywamy. Krótko odczuwaliśmy to po śmierci Jana Pawła II w 2005 r. i po katastrofie smoleńskiej pięć lat później. Zresztą to również potwierdzają badania. Wśród czynników spajających nas i ułatwiających podawanie sobie ręki są przede wszystkim klęski, katastrofy, nieszczęścia, wielkie tragedie, zagrożenia, kataklizmy i sytuacje kryzysowe (CBOS „Co łączy Polaków”, grudzień 2013).
Przedstawiciele innych narodów tymczasem podchodzą do tego odwrotnie. Potrafią rzeczywiście stosunkowo bezinteresownie sobie pomagać. Szczyty w tej dziedzinie osiągają Amerykanie. Zapytani o drogę nie tylko tłumaczą, ale zupełnie szczerze proponują podwiezienie, doradzają w sklepach, wyjaśniają, jak pokonać bramkę w metrze czy gdzie najlepiej wysiąść z autobusu. Życzliwość – nawet jeśli jest nieco sztuczna – mają we krwi. I w działaniu. My, w zdecydowanej większość, jedynie potrafimy o niej mówić.