Jeszcze w 2009 r. gospodarka Estonii skurczyła się o 14 proc., co dawało jej mało zaszczytne piąte miejsce na świecie pod względem zanotowanego spadku PKB. A jednak kraj ten szybko wygrał z kryzysem, powrócił do wzrostu, utrzymał kryteria z Maastricht, a od 1stycznia przyjął wspólną walutę. Dzięki wymuszonym dramatyczną sytuacją zdecydowanym działaniom uzdrawiającym finanse publiczne takie kraje jak Estonia, Łotwa czy Islandia, które w pierwszej kolejności padły ofiarą kryzysu, szybko wstają z kolan. Paradoksalnie udaje im się to, choć musiały przeprowadzić potężne cięcia wydatków, co uderza w popyt wewnętrzny.
Jeszcze rok temu Łotwa czy Estonia znajdowały się w gorszym położeniu niż Grecja czy Irlandia. Przeprowadzaną przez nie kurację można określić jako drakońską. Najdalej poszli Łotysze, tnąc emerytury (o 10 proc.), płace w sferze budżetowej (o 20 proc.), zamykając część szkół i szpitali. Zdecydowanie odchudzona została administracja, odsunięte w czasie inwestycje infrastrukturalne. Oszczędności w tych krajach sięgały 7 – 10 proc. PKB, czyli były nawet dziesięciokrotnie większe niż w Niemczech. Nie obeszło się bez podwyżek podatków.
Efekt jest jednak taki, że w Estonii w trzecim kwartale ubiegłego roku wzrost gospodarczy sięgnął 4,7 proc. To znacznie więcej niż w Polsce. Co ciekawe, kraj ten nie mógł wspierać eksportu, dewaluując walutę, gdyż wtedy nie wszedłby do strefy euro. Wprowadził za to udogodnienia dla biznesu, zwłaszcza eksportowej branży nowych technologii. Według komisarza ds. gospodarczych i walutowych Olli Rehna przyjęcie euro to nie tylko wielkie osiągnięcie, ale i nagroda dla Estonii za twardą politykę budżetową. Na plus wychodzi też Łotwa, która była najbardziej dotkniętym przez kryzys krajem Unii Europejskiej – PKB spadł w 2009 r. o prawie 17 proc.