Kolejna runda, kolejne wróżenie z politycznych fusów niezależnych zwycięzców. Skąd tylu wójtów, prezydentów miast, którzy ideowo deklarują bezideowość? Czy niezależność to partyjna maniera – hasło na potrzeby kampanii wyborczej? Czy prawdziwe przekonania, że przekonań im brak?
Psycho-politolodzy od wczoraj głęboko wchodzą w dusze zwycięzców. A gdyby tak ich na czynniki pierwsze. Ile w nich PiS, a ile PO? Czy aby nie noszą bielizny z partyjnymi insygniami? Maskują się ze swoimi politycznymi korzeniami.
Popularność niezależnych kandydatów nie jest ani nowym, ani tak tajemniczym zjawiskiem, jak sugerują radiowo-telewizyjni eksperci. Wiedzą o tym amerykańscy kongresmeni z Tea Party czy brytyjscy Liberalni Demokraci. Politolodzy nazywają to konwergencją partii. W miarę jak klasa polityczna uwłaszcza się na partyjnych posadach, większość ich energii idzie na zachowanie staus quo. Utrzymanie posad. Osłabia się ostrość poglądów na rzecz popularnych haseł. Coraz mniej mamy odważnych ideowych projektów, a coraz więcej wyciągania rąk do statystycznego wyborcy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.