Powinniśmy jak najlepiej budować relacje z takimi partnerami, jacy akurat zasiadają w Białym Domu - powiedział w poniedziałek wiceszef MSZ Marcin Przydacz. Ocenił, że "wielkim marzeniem" Donalda Tuska i części opozycji jest, by relacje Polski z sojusznikami, w tym z USA, "w końcu zostały popsute".

B. premier, szef EPL powiedział w poniedziałkowej "Gazecie Wyborczej", że Joe Biden jest znany nie tylko z sympatii do Polski, ale do całego naszego regionu, dlatego spekulacje, że jego wygrana będzie oznaczać jakieś problemy dla Polski, to absurd. Według niego zmiana w Białym Domu to problem dla polityków PiS.

"Jeśli ataki na fundament demokracji będą się w Polsce powtarzały, rząd PiS utraci zdolność do budowy dobrych relacji z Waszyngtonem. Bo za Bidena presja na przywrócenie standardów demokratycznych będzie jeszcze silniejsza. I dotyczy to wszystkich kwestii: od łamania praworządności, po agresywną politykę wobec środowisk LGBT" - stwierdził Tusk.

Reklama

Wiceminister spraw zagranicznych ocenił w TVP Info, że "jest to jakiś taki sen, po raz kolejny wielkie marzenie Donalda Tuska i części polskiej opozycji, ażeby relacje Polski z sojusznikami różnego typu, w tym wypadku amerykańskimi, w końcu zostały popsute". „No już nie ma innych możliwości, no to zaraz będziemy - to znaczy opozycja będzie - donosić do Waszyngtonu, jak to w Polsce szerzy się, już nie wiem, totalitaryzm, bo tego typu słowa już nie padały" - powiedział Przydacz.

Zaznaczył, że nie widzi w tym "konstruktywnego podejścia polskiej opozycji do relacji polsko-amerykańskich, które są najważniejszymi relacjami w kontekście polityki bezpieczeństwa państwa polskiego". "Tutaj nie ma miejsca na zabawy, na rozgrywanie wewnętrznych wojenek politycznych. Powinniśmy jak najlepiej budować relacje ze Stanami Zjednoczonymi, takimi, jakie one są, z takimi partnerami, jacy akurat zasiadają w Białym Domu" - podkreślił.

Reklama

Wiceszef MSZ powiedział, że obóz Zjednoczonej Prawicy współpracował z Demokratami i z ówczesnym prezydentem USA Barackiem Obamą, który sprawował urząd do 20 stycznia 2017 roku. Mówił w tym kontekście o szczycie państw członkowskich NATO zorganizowanym w lipcu 2016 w Warszawie, którego gospodarzem był prezydent Andrzej Duda.

"To wtedy podjęto decyzję o dyslokowaniu NATO-wskich jednostek w Polsce. Później był prezydent Trump. Dlatego współpracowaliśmy z prezydentem Trumpem, i jak najlepiej chcieliśmy to wykorzystać dla interesów państwa polskiego" - stwierdził. Pytał "co by było, gdyby to opozycja rządziła w czasach, kiedy Donald Trump był prezydentem, kiedy go nazywano antysemitą, homofobem?".

"My wobec polityki Demokratów będziemy, wobec Joe Bidena, i Kamali Harris (która będzie wiceprezydentem), będziemy starali się pozycjonować jak najlepiej Polskę, tak, ażeby interes Polski, Polaków i Polek, był dobrze i odpowiednio realizowany" - powiedział Przydacz.

Pytany o kwestie Trójmorza, przypomniał pierwszą wizytę prezydenta Dudy w Stanach Zjednoczonych w 2015 roku, gdy w Nowym Jorku odbywało się seminarium o współpracy w ramach "rodzącego się Trójmorza", którego współgospodarzem był polski prezydent i ówczesna prezydent Chorwacji Kolinda Grabar-Kitarovic. "I pamiętam twarze Amerykanów na tym seminarium. Były tam twarze zarówno republikańskie, jak i demokratyczne. (...) Co pokazuje, już od samego początku, wielkie zainteresowanie projektem Trójmorza obu tych partii. Demokraci przez wiele lat wspierali także ideę poparcia amerykańskiego dla Trójmorza" - stwierdził.

Pytany, jak jego zdaniem należy odczytywać to, że właśnie w tym momencie, w poniedziałek, ratyfikowana zostanie przez prezydenta Dudę umowa polsko-amerykańska o współpracy obronnej, Przydacz zaznaczył, że trzeba pamiętać, że "ten proces już trochę trwa".

"Decyzja polityczna została podjęta odpowiednio wcześniej, podczas wizyt i spotkań z Donaldem Trumpem. Ten proces ratyfikacji po polskiej stronie wymagał ustawy, bo to jest ta duża ratyfikacja, ze zgodą parlamentu wyrażoną w ustawie. W końcu on się kończy. I prezydent chce przypieczętować już w pełni tę umowę o poszerzonej obecności amerykańskich wojsk w Polsce. No i wybiera taki odpowiedni moment" - powiedział wiceszef MSZ.

Przekonywał, że powinniśmy się z tego cieszyć. "Też trzeba być spokojnym. To nie będzie tak, że od stycznia, jeśli Demokraci zasiądą w fotelach swoich biur, nagle zmieni się polityka amerykańska wobec sytuacji w Polsce, zwłaszcza w tym kontekście bezpieczeństwa, czy bezpieczeństwa energetycznego" - powiedział.

Dodał, że Polska "kupuje również gaz LNG od Amerykanów, a nie od Rosji, jak jeszcze nasi poprzednicy robili". "My uważamy, że Rosja wykorzystuje to jako instrument polityczny, dlatego kupujemy od naszego ważnego sojusznika, jakimi są Amerykanie. I tutaj polityka amerykańska w moim przekonaniu nie zmieni się" - powiedział Przydacz.

Jego zdaniem, "Demokraci również widzą, co robi, co wyprawia Władimir Putin w tej części świata". "I ten sojusz polsko-amerykański, ta pogłębiona współpraca jest oparta właśnie o tę rzeczywistą, realną analizę interesów, zagrożeń w tej części świata. Więc nie spodziewam się zmian w tym zakresie" - powiedział wiceszef MSZ.