Liberalna inteligencja widzi rzeczywistość w kategoriach apokaliptycznego starcia między dobrem a złem: ruch LGBT to ofiary, PiS to wilki, a my jesteśmy bohaterami, bo bronimy mniejszości. Ale życie społeczne to o wiele bardziej skomplikowana gra - mówi Michał Łuczewski socjolog, psycholog, doktor habilitowany nauk społecznych, pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Reklama
„Homofobiczna agresja w Polsce wzrasta, ponieważ jest wzmacniana przez rządzącą partię, która uczyniła z mniejszości seksualnych kozła ofiarnego, nie troszcząc się o bezpieczeństwo i dobrostan tych obywatelek i obywateli. Margot jest de facto ofiarą politycznych represji, aresztowaną za odmowę bycia poniżaną” – napisali w liście do szefowej Komisji Europejskiej wybitni twórcy i intelektualiści, m.in. Margaret Atwood, Timothy Snyder i Slavoj Žižek. Podpisałby się pan pod tym?
Z jednej strony myślę sobie: „Michał, powinieneś się podpisać, tam jest dużo uznanych ludzi, dobrze byłoby się znaleźć wśród nich, byłbyś w odpowiedniej lidze”. Ale z drugiej strony – ten list wyraża specyficzny punkt widzenia liberalnej inteligencji – nie tylko polskiej, lecz także światowej – która dramatyzuje rzeczywistość i widzi ją w kategoriach apokaliptycznego starcia między dobrem a złem. Idzie ona nieświadomie śladem archaicznych religii, które ściśle łączyły przemoc i sacrum oraz tworzyły rytuały wokół kozłów ofiarnych. W tym liście tym kozłem ofiarnym zostaje ustanowiona mniejszość. Staje się ona czymś świętym, swego rodzaju totemem, znakiem rozpoznawczym, wokół którego inteligencja może się na powrót zgromadzić.
Ale co konkretnie pana w tym liście uwiera?
Konkretnie uwiera mnie to, że nie zostałem zaproszony do jego podpisania (śmiech). Wolałbym, żeby liberalne centrum broniło sfery wolnej debaty i autonomii uniwersytetów, a nie stawiało się po którejś ze stron. Bez tego pochłonie nas zaraz wojna wszystkich ze wszystkimi. W swojej pracy i życiu usiłuję wyjść poza schemat, który obecny jest w tym liście: my jesteśmy dobrzy i bohaterscy, wspieramy tych, którzy są bez skazy, a tamci są źli, homofobiczni itd. Choć ten list podpisali najwybitniejsi współcześni intelektualiści, wyczuwam w nim dużo nieświadomości.
Nieświadomości?
Intelektualiści czasem dużo wiedzą, ale mało widzą. W sytuacji konfliktu i przemocy, z jaką mamy do czynienia, stale zwiększa się nasz niepokój i panicznie próbujemy zrozumieć to, co się dzieje. Podstawową, nieświadomą reakcją staje się wtedy wyłonienie z chaosu trzech grup: bohaterów, ofiar i sprawców, które razem tworzą trójkąt dramatyczny. Kiedy to zrobimy, niepokój na chwilę ustaje. To moment olśnienia, bo wiemy już, co jest grane i po której stronie stanąć. Te trzy pozycje – bohaterów, ofiar i sprawców – możemy następnie intelektualizować i ogrywać w postaci prac naukowych, ustanawianych praw czy też – z drugiej strony – mitów i bajek, które mają taką samą funkcję. Zawsze jest tam jakiś dobry Czerwony Kapturek, zły wilk i bohaterski myśliwy.
I ten list to powiela?
Tak, reprodukuje nieświadomą strukturę: ruch LGBT to ofiary, PiS to wilki, a my – liberalna inteligencja – jesteśmy bohaterami. Ale przecież życie społeczne to o wiele bardziej skomplikowana gra, w której często jesteśmy sprawcami, strojącymi się w szaty bohaterów czy ofiar. Co więcej, jak pokazują badania naukowe na temat tzw. dobrotliwego rasizmu (benevolent racism) białych, liberalnych elit, tego typu symboliczne akcje są często przeciwskuteczne i utrwalają nierówności. Elity skupiają się często na działaniach symbolicznych, pomijając kwestie codziennych wyrzeczeń, które mogłyby poprawić sytuację mniejszości. Bohaterowi nierzadko zależy na tym, by ofiara pozostała ofiarą. Jej status bowiem jest źródłem jego kapitału moralnego. Jestem pewien, że każdy z sygnatariuszy listu mógłby stworzyć bardzo wnikliwą analizę tego, co się dzieje.
Na przykład?
Najciekawszy byłby pewnie Slavoj Žižek, który w głośnym artykule „The Sexual is Political”, krytykował „transgenderyzm” jako utopię świata bez płci, porównywał ją z islamem i kwestionował sensowność skrótu LGBT. Žižek nieraz występował przeciw politycznej poprawności, która broni praw gejów czy skupia się na kwestii rasy, przedstawiając wybory tożsamościowe w spłycony, karnawałowy sposób. A pomijając podstawową kwestię: nierówności ekonomicznych. Žižek raz nawet stwierdził, że największą moralną rewolucją we współczesnym świecie, w którym transgresja stała się normą, jest małżeństwo heteroseksualne. Być może gdyby sygnatariusze listu się spotkali i napisali tekst, lepiej byśmy zrozumieli tę całą grę, a nie tylko byli jej częścią.
Mnie ich list skojarzył się z innym – opublikowanym w lipcu na łamach „Harpers Magazine” listem pisarzy i naukowców w obronie swobodnego przepływu informacji i idei otwartej debaty przeciwko nieliberalnym, inkwizycyjnym zapędom aktywistów spod znaku cancel culture.
Jego sygnatariusze to bardzo podobna grupa – światowy, naukowo-kulturowy olimp, liberalna inteligencja, która przez moralne przemiany spowodowane Black Lives Matter przemieściła się z pola bohaterów do pola sprawców. Biała, kosmopolityczna elita, która cieszy się nieuprawnionym „białym przywilejem”. W tej sytuacji nie mogła już dłużej obsadzać pola bohaterów. List służył jej temu, by obsadzić pole ofiar. Wśród nich była J.K. Rowling, która została „skancelowana”, bo zasugerowała, że „osoby, które menstruują”, to kobiety. Dopiero gdy inteligencja poczuła, że może zostać zrzucona z piedestału, powróciła do liberalnej idei sfery publicznej, gdzie liczy się siła argumentu, a nie argument siły. I gdzie ktoś, kto źle się wyrazi, kończy jako kozioł ofiarny.
Odpowiedzią na apel o tolerancję dla odmiennych poglądów były zarzuty, że liberalni intelektualiści po prostu bronią swojej pozycji.
Ci, którzy atakują elity, mówią im: „Może popieracie BLM, akceptujecie transpłciowość, ale sprawujecie dominację i wyrazami solidarności tylko próbujecie ukryć swoje przywileje”. Współczesną inteligencję charakteryzuje pewien arystokratyczny etos. Ucieleśnia ona strategie „czerwonych książąt”, znanych choćby z „Lamparta” Lampedusy, którzy radykalizowali się i szli za zbuntowanymi masami po to, by nadal im przewodzić: czasem trzeba zmienić wszystko, żeby nic się nie zmieniło. Liberalna inteligencja głosi więc coraz bardziej progresywne hasła, by nie stracić swojego arystokratycznego statusu.
Ktoś mógłby panu zarzucić, że przemawia przez pana resentyment, bo zwyczajnie nie zaproszono pana do podpisania listu w sprawie LGBT.
Chyba rzeczywiście tak jest. Jeśli moje nazwisko by się tam znalazło, nie powiedziałbym nic krytycznego o tym liście. Trochę też kryguję się, bo przecież nie przemawiam w imieniu BLM czy LGBT. To również jest jakaś moja gra. W końcu jestem członkiem tej inteligenckiej rodziny.
Na marginesie – wydawało mi się, że czasy, kiedy listy „w obronie” wpływały na rzeczywistość, minęły wraz z komuną.
To ślad dawnej intelektualnej republiki uczonych, która swoim zasięgiem obejmowała cały świat. List w sprawie LGBT pokazuje, że polska inteligencja potrafi zmobilizować twórców i badaczy z całego globu. Zresztą może nie zostało to wyrażone wprost, ale w wypowiedziach liberalnych elit często pobrzmiewa przekonanie, że PiS partycypuje mistycznie w komunizmie, a LGBT w Solidarności. I tak jak kiedyś polska inteligencja bratała się z robotnikami, by im przewodzić, tak teraz się brata z ruchem LGBT. Ten list jest narzędziem pozwalającym pozostać jej warstwą hegemoniczną, kierującą sumieniem narodu i świata. Jest jeszcze jedna rzecz: zakrywa on statusową grę w łonie samej inteligencji i daje jej poczucie jedności za sprawę. Kiedy wspólnie podpisujemy list, niewygodne, niepokojące różnice między nami nagle magicznie znikają.
Ale jednocześnie aktywiści atakują liberalne elity za to, że ich poparcie jest fałszywe i cyniczne. Mają dość pouczeń, że nie protestują grzecznie, bez prowokacji i obrażania innych.
Czego najlepszym przykładem jest Rafał Trzaskowski. Mam wrażenie, że aktywiści są wobec niego bardziej krytyczni niż wobec Jarosława Kaczyńskiego: podpisał kartę LGBT+, ale nie poszły za tym żadne realne działania, nie było go na demonstracjach, kiedy aresztowano 48 osób. To zdrajca. Pod ostrzałem znalazły się głównie instytucje liberalnej inteligencji. TVN zaatakowano za to, że nazywał Margot Michałem, jak jest w dokumentach. I to pomimo tego, że sama Margot – jak twierdzi jej partnerka Łania – nie obraża się, kiedy ktoś zwraca się do niej męskim imieniem. Aktywiści mówią elitom: „Macie prestiż, macie wszystko, gadacie, że jesteście z nami, ale tak naprawdę nie rozumiecie naszych zmagań z tożsamością, nie traktujecie ich poważnie”. Jesteśmy więc świadkami tego, jak liberalne instytucje przechodzą z pozycji sprawców, w której obsadzili je aktywiści, z powrotem na pozycję bohaterów. Następuje tutaj wzajemny transfer uznania: inteligencja uznaje cierpienie ofiar, a ofiary uznają hegemoniczny status inteligencji. Dekonstruuje to liberalną sferę publiczną, która przestaje być przestrzenią wolnej debaty.
W social mediach osoby, które zgłaszają wątpliwości co do postulatów czy strategii ruchów LGBT, często są szybko oskarżane o to, że są homofobami, a w najlepszym razie fałszywymi sojusznikami. Skąd ta presja, aby demonstrować nieskazitelną postawę moralną wobec LGBT?
Centrum każdej moralności jest jakaś religia. Celem religii jest zaś oczyszczenie. Dzięki religijnym rytuałom oczyszczamy się z naszego niepokoju, ze zła, z brudu. Dostajemy obietnicę świętości i moralności, której nikt i nic nie będzie mógł zakwestionować. Jeśli podważamy moralność innych, odwracamy tym samym wzrok od naszej. I sugerujemy, że jesteśmy już po tej drugiej, przebudzonej stronie, że znaleźliśmy się w gronie wybrańców. Jednocześnie eliminując – „cancelując” – osoby zabrudzone, nasza grupa na chwilę odzyskuje spokój. Mimo że przecież w każdej chwili ktoś nieprzebudzony, zabrudzony może do niej wtargnąć. To może być ktoś najbliższy. To mogę być nawet ja. Znów trzeba więc kogoś usunąć. W ten sposób bez końca eliminujemy ludzi, o których nie wiemy, że są naszymi kozłami ofiarnymi. Nie wiemy nawet – choć może przeczuwamy – że to my możemy być na końcu kozłem ofiarnym. Stąd ta czujność: nie dać się wyeliminować. Nie dać się zabić. To sprawa życia i śmierci.
To jak my możemy jeszcze ze sobą rozmawiać?
Wszyscy mamy w sobie wiele sprzecznych głosów i uczuć. Z psychologicznego punktu widzenia ludzie, którzy są bardzo wrażliwi moralnie, mają wzmocnioną czujność, „tropiącą” część osobowości. Niełatwo się z takimi osobami rozmawia, bo czujemy, że każdy nasz wyraz twarzy, mrugnięcie, zawahanie, użyty zaimek zostają nie tylko zauważone, lecz także ciągle są przedmiotem analiz i ocen. W momencie, gdy ten „tropiący” mechanizm wyłapie „seksistowskie”, „homofobiczne” czy „transfobiczne” sygnały, aktywuje się drugi mechanizm, oparty na wściekłości. I następuje przeskoczenie w agresję. W takiej oscylacji między intelektualnością a agresją trudno odnaleźć pokój. Jesteśmy wiecznie zwarci i gotowi, podejrzliwi i obarczeni poczuciem winy, z którego nikt nas nie może wyzwolić. Nawet już nie pamiętamy, że możemy wyjść poza kulturową grę, uwolnić się od nieustannego dopatrywania się u innych podejrzanych oznak, pośmiać się z siebie i swojego przewrażliwienia. A jednocześnie realnie pomagać ofiarom, zwłaszcza tym, które są ofiarami naszej własnej agresji. Za mało w nas z Gombrowicza.
Dlaczego to takie trudne?
Bo musielibyśmy się zmienić. Wyjść z trójkąta dramatycznego, zmierzyć się z naszym niepokojem. Liberalna inteligencja radzi sobie z nim, mówiąc: „Jesteśmy bohaterami, bo bronimy mniejszości”. Ale pozostaje u niej lęk, że te mniejszości po nią przyjdą. Trudno nam przyznać, że się boimy. W każdej grupie – niezależnie od światopoglądu czy orientacji – utrzymuje się niepokój. I zawsze łatwiej projektować jego przyczynę na wrogów, niż dostrzec, że to we mnie jest jakiś nieporządek. Że największe zranienia nie płyną od polityków i TVP, lecz od mojego najlepszego przyjaciela, rodziny czy małżonka. Jeśli umielibyśmy z odwagą wskazywać prawdziwe źródła niepokoju, dopiero wtedy moglibyśmy się zmienić i prawdziwie przebudzić. To rodzaj nawrócenia, choć niekoniecznie religijnego.
Przed nami jest droga wychodzenia z gier. Każdy z nas musi pozbyć się pychy – ja też – że może być „woke”.
Nie ma pan dziś wrażenia, że ta czujność czasem sprowadza się do dostrzegania wszędzie opresji i walki o dominację? Że wcale nie chodzi o zrozumienie ludzi czy problemów, lecz zakwestionowanie władzy elit?
Intelektualna czujność przeszkadza nam często w byciu świadomym i widzeniu rzeczywistości taką, jaką jest. O wiele lepszym przewodnikiem jest dla nas otwarte serce. Jeśli odnajdziemy w sobie kawałek spokoju, zobaczymy, że nasi wrogowie mają takie same serca, dopiero wtedy coś zrozumiemy. Nauka powinna być artykulacją tej świadomości, a nie naszych nieświadomych lęków, agresji czy bohaterstwa. Znany neuropsychiatra i psycholog Jean-Michel Oughourlian mówił: „Nieświadomość to twój rywal”. Jak długo nie wiemy, kto jest naszym prawdziwym rywalem, tak długo nie jesteśmy świadomi. Na podobnej zasadzie: tak długo, jak nie wiemy, kto jest moim prawdziwym kozłem ofiarnym, tak długo pozostajemy w kleszczach nieświadomości. Czy dla strony liberalnej rzeczywiście zawsze prawdziwym wrogiem jest Jarosław Kaczyński? A może jest nim partyjny kolega, który chce zająć moje miejsce? Aby spróbować wejść na poziom świadomy, trzeba umieć zobaczyć, że też jestem sprawcą, a nie zawsze ofiarą, stanąć przed drugą osobą w bezsilności.
Kiedy prawie dwa tygodnie temu umawialiśmy się na wywiad, był pan przekonany, że konflikt wokół LGBT nie wygaśnie, lecz przeciwnie – będzie eskalował i coraz bardziej polaryzował społeczeństwo. Dlaczego pan tak uważał?
Wydaje mi się, że stoi za tym mój własny niepokój. Lęk, że zaraz ja zostanę „scancelowany”. To jest lęk wszystkich „symetrystów”, którzy zanim opowiedzą się po którejś ze stron, chcą mieć kilka chwil na zebranie myśli i odnalezienie w sobie pokoju, żeby podjąć świadomą decyzję. Ale w tym konflikcie nie było na to czasu. Następowało coraz większe moralne wzmożenie, panika. Jeśli pani czas reakcji jest zbyt długi, to zarzucą pani jakąś „fobię”, powiedzą: „Nie jest pani z nami”. Żeby się ochronić, nie mamy wyboru: musimy stanąć po którejś ze stron. Bo jeśli tego nie zrobimy, któraś z nich nas wykończy. Myślę, że w ten sposób dekonstruuje się liberalne centrum i zanika liberalna sfera publiczna. Nie ma już osób, które mogą mediować między skrajnościami. Wszyscy są po jednej ze stron i widzą przemoc, tylko przemoc u tych drugich, nigdy u siebie. Coraz więcej wiedzą, ale coraz mniej widzą. Nie mogą zauważyć np. tego, że Margot przyłożyła kierowcy furgonetki Fundacji Pro ‒ Prawo do Życia.
Powiedzieliby, że był to słuszny gniew.
Ale czy nie jest tak, że „nasz” gniew jest zawsze słuszny, „nasz” ból jest zawsze większy niż twój? Ja nie chcę tej gry, nie chcę się w to bawić. Dlaczego zawsze musimy usprawiedliwiać „naszą” przemoc? Robimy to od tysięcy lat.
Ale chyba nie było tak zawsze?
Jeśli spojrzy pani na podziały na świecie – np. wokół brexitu czy Trumpa – to one zawsze przebiegają prawie po połowie. Zawsze są dwie grupy, które się ze sobą ścierają i budują swoje totemy. W Polsce tak nie było, bo istniała inteligencja, która mogła mediować między skonfliktowanymi stronami. Jej pozycja brała się z chrześcijańskiego etosu, który kultywowała m.in. za sprawą Solidarności i Jana Pawła II. Dzięki temu wiedziała, że jest jakieś trzecie wyjście, że nie musimy walczyć z kimś na śmierć i życie. Michnik mógł z więzienia wysłać Kiszczakowi list i zapewnić go, że kiedyś stanie po jego stronie. Czy dziś ktoś byłby w stanie przebaczyć osobie z przeciwnego obozu? Ująć się za nią? Nawet komuniści próbowali mediować – np. w 1997 r., kiedy uchwalali konstytucję, poprosili Tadeusza Mazowieckiego, by napisał preambułę. Mimo że trwała walka polityczna, przeciwnicy ciągle mogli się ze sobą spotykać. Mieli więcej dystansu do tego, kim jesteśmy i do toczących się konfliktów.
Kiedy się to u nas zmieniło?
Najpierw po śmierci papieża w 2005 r. Gdy przeminął krótki okres jedności, przekonanie, że możemy się jeszcze jakoś dogadywać, zaczęło słabnąć. Rok 2010 i katastrofa smoleńska to drugi moment, kiedy przez chwilę wydawało się, że się zjednoczyliśmy, ale wiara ta zachwiała się, gdy wybuchły protesty przeciwko postawieniu krzyża przed Pałacem Prezydenckim. Wtedy po raz pierwszy chrześcijaństwo zostało u nas zdekonstruowane na poziomie kultury popularnej. A młodzież po raz pierwszy pokazała, że to nie jest jej sfera publiczna. Trzeci moment – najważniejszy – to ujawnienie skandali pedofilskich w Kościele. U ludzi, którzy kiedyś otwarcie mówili, że są katolikami i że po 1945 r. Kościół zawsze był po stronie wolności, automatycznie pojawia się dziś lęk, że bronią pedofilii. Ten niepokój się rozlał po całej sferze publicznej. Dystans do rzeczywistości, który wielu ludziom i instytucjom mediującym – inteligencji, uniwersytetom – dawał katolicyzm, został zanegowany. Dziś nie można już mieć dystansu: albo jesteście po stronie ofiar, albo po stronie sprawców. To szok wpuszczony do systemu społecznego. Trudno nam go zagospodarować inaczej niż na poziomie nieświadomym, poprzez przejście do trójkąta dramatycznego.
Co zastąpi tę chrześcijańską sferę publiczną?
W 1999 r., gdy rektor uniwersytetu opowiadał, że spotkał się z Janem Pawłem II, który był takim naszym totemem, wiązało się z tym pewne poczucie głębi. Podobnie bycie księdzem zapewniało kiedyś sakralny status, świętość w grze społecznej. Duchownemu nikt nie mógł nic zarzucić. Dziś już tak nie jest. Myślę, że LGBT to nowa religia. A nowym totemem może być teraz Margot. Przez to, że poszła do więzienia, ruchy LGBT mogły stworzyć i poczuć jedność między sobą. I tak jak w przeszłości status księdza był źródłem kapitału symbolicznego, tak obecnie może być nim bycie homoseksualistą czy osobą trans. W Stanach Zjednoczonych tę świętość daje z kolei ruch Black Lives Matter.
LGBT jako nowa religia? Już widzę te miny…
Pierwszy raz poczułem, że LGBT to religia, kiedy pojechałem na Uniwersytet Columbii w USA. Trafiłem tam na miesiąc LGBT Pride i przeczytałem hasło: „Twój Kościół nie musi być homofobiczny”. Było dla mnie jasne, że zastąpi go coś innego, a jego rytuały zostaną przejęte. Ponieważ LGBT staje się religią, pojawią się pewne tabu – np. nie będzie można robić niektórych badań naukowych, bo będzie się narażonym na oskarżenia, że nie stoimy po stronie ofiar. I myślę, że liberalne elity dobrze czują, w którą to zmierza stronę. Žižek mógł sobie wychwalać Stalina, zwracać uwagę na pozytywne aspekty Hitlera, ale dopiero kiedy zakwestionował „transgenderyzm”, został „skancelowany”. I musiał przejść przez rytuały samokrytyki i reedukacji. Podpisany przez niego list, od którego rozpoczęliśmy, może być świadectwem, że zakończyło się to pełnym powodzeniem.
Czym miałaby się charakteryzować ta religia?
Z antropologicznego punktu widzenia byłaby to religia rytuału, nieustannego przekroczenia, przełamywania różnic. Każdy z nas ma bowiem pierwotną potrzebę wyjścia poza to, kim się jest biologicznie, stania się kimś innym, niż się jest. Ucieleśnia to mit androgyna: osoby, która może być jednocześnie mężczyzną i kobietą. Jest w nim pragnienie przekroczenia granic natury. Takie rytuały prowadzą do coraz większego chaosu. A tam, gdzie jest chaos, musi pojawić się kozioł ofiarny: winowajca, którego trzeba skazać i wygnać, dzięki czemu grupa może odzyskać jedność. Gdy zaczynamy zacierać różnice między sobą – między kobietami a mężczyznami czy homoseksualistami a heteroseksualistami – poziom niepokoju rośnie. Bo już nie wiemy, kim jesteśmy. Tę sytuację można porównać z wejściem do sali, w której nie wiadomo, kto jest kim. W psychoanalizie grupowej mówi się o tym, że jesteśmy singletonami, jednostkami, które poszukują swojej tożsamości: boimy się, bo nie wiemy, kim jesteśmy, kim są ci inni ludzie, czy nas zaatakują, czy nie. Musimy więc znaleźć sposób zaznaczenia własnej indywidualności, odnalezienia siebie. Zaczynamy więc naśladować tych, którzy – jak nam się wydaje – pokazują, co to znaczy być. A kiedy to robimy, pojawia się jeszcze więcej agresji i rywalizacji między nami.
Nie sądzę, aby ktoś poczuł się wyznawcą.
Nie dostrzeżemy, że jesteśmy jej częścią. Ale gdyby przyjechał do nas antropolog, który naczytał się Bronisława Malinowskiego i Mircei Eliadego, to zobaczyłby rytuały, zamianę ról płciowych, ekstazy, łamanie tabu, androgenizację obrzędową. My nie rozpoznajemy tych rytuałów, bo szybko zaczynamy o nich mówić: to jest moje prawo. Co więcej, za sprawą odwoływania się do języka „praw” nie możemy nabrać do siebie dystansu i krytykować tego, co się dzieje, bo narażamy się wtedy na zarzut homofobii czy transfobii. Nie dostrzegamy tego, że ciągle jesteśmy archaicznym plemieniem. Wydaje nam się, że to, co myślimy, jest takie intelektualne, mówimy o prawach i dowodach naukowych, a nie widzimy, że nasze ciała udają tylko, że są wyrafinowanymi, cywilizowanymi osobami w garniturach.
A co dalej z drugą stroną konfliktu?
Backlash (sprzeciw, reakcja – przyp. red.) będzie narastał. Przybiera on postać tradycyjnego katolicyzmu, opartego na Starym Testamencie, który głosi, że ważne jest prawo, różnice między kobietami a mężczyznami, homoseksualistami a heteroseksualistami, wierzącymi a niewierzącymi itd. Istnieją dwie formy budowania jedności społecznej. Jedna oparta na prawie, która zabrania nam rywalizacji i zacierania różnic; druga to rytuał, oparty na łamaniu wszelkich zakazów, które ustanawia prawo, zmazywaniu różnic. W naszym społeczeństwie obie te zasady działają równocześnie, wzajemnie się napędzają i wywołują coraz większe rozchwianie i chaos. Jedni zawsze mogą więc powiedzieć: „Patrzcie, to faszyści”, a drudzy: „Patrzcie, tam są zboczeńcy”. I nikt nie musi się zmieniać. W takiej sytuacji musimy z powrotem odnaleźć istotę chrześcijaństwa, które przywróci nam świadomość i pozwoli nam się nawracać. ©℗