Nowy ambasador USA w RFN nie będzie zajmował się ocieplaniem relacji

USA flaga
USA flagaShutterStock
30 lipca 2020

Douglas Macgregor, który ma zastąpić Richarda Grenella, to pułkownik w stanie spoczynku. – Dzięki nam Niemcy nie czują się zobowiązani do obrony własnego kraju. A prezydent (Trump) właśnie powiedział: spójrzcie, dlaczego amerykański podatnik miałby was bronić, jeśli nie chcecie się bronić sami? – to fragment komentarza Macgregora dla telewizji Fox News z 2018 r.

Reanimacja zombie

Właśnie wtedy do informacji opinii publicznej trafiła wiadomość, że departament obrony USA szacuje koszty wycofania lub przesunięcia części amerykańskich wojsk stacjonujących w Niemczech.

Niecały rok później, pisząc o NATO, Macgregor stwierdził: „Sojusz nie umiera. NATO to zombie. Wraz ze zniknięciem sowieckiego zagrożenia uszło z niego życie. Sojusz wojskowy jest tylko raz po raz reanimowany, zwykle za pomocą sztuczek voodoo. W pewnym momencie jednak również zombie umierają”.

Wypowiedzi te wystarczą, żeby przewidzieć, jaką politykę będzie nadal prowadził Donald Trump wobec Berlina. Kandydatura Macgregora, o której poinformował Biały Dom w tym tygodniu, a którą musi jeszcze zatwierdzić Senat, świadczy o tym, że amerykański prezydent nie blefuje w sprawie redukcji swojego kontyngentu wojskowego nad Renem. Przeciwnie – przechodzi do realizacji tej groźby.

Administracja Donalda Trumpa przedstawia emerytowanego pułkownika jako „autora książek, doradcę i eksperta w dziedzinie planowania wojskowego”.

Fachowiec od wojny

W czasie służby Macgregor brał m.in. udział w negocjacjach pokojowych, które zakończyły wojnę w Bośni i Hercegowinie porozumieniem z Dayton. W czasie wojny w Kosowie był szefem planowania naczelnego dowódcy sił NATO. Wcześniej, podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej udowodnił, że jest nie tylko utalentowanym strategiem sztabowym, ale również doskonale radzi sobie na polu walki. Teraz będzie pilnować amerykańskich interesów w Niemczech.

Relacje między USA i Berlinem są napięte niemal od początku prezydentury Donalda Trumpa. Amerykanie zarzucają Niemcom, że przeznaczają zbyt mało środków na obronność. W 2014 r. podczas szczytu w walijskim Newport państwa NATO zobowiązały się, że w ciągu 10 lat podniosą wydatki na cele wojskowe do 2 proc. PKB rocznie. Tymczasem założenia planów budżetowych ministra finansów Olafa Scholza (SPD) na lata 2020–2023 jeszcze sprzed pandemii przewidywały wręcz obniżenie odsetka PKB przeznaczanego na obronność. W 2023 r. miał on wynieść 1,26 proc. Oznacza to, że Niemcy nie zamierzały spełniać nawet własnej, jednostronnej obietnicy zwiększenia wydatków do 1,5 proc.

Ostrzegali

Poprzednik Macgregora w Berlinie Richard Grenell, który w czerwcu br. oficjalnie odszedł pod dwóch latach ze stanowiska, wielokrotnie ostrzegał Niemców, że generowanie olbrzymiej nadwyżki w handlu zagranicznym i jednoczesne ociąganie się ze zwiększeniem wydatków na obronność jest dla Waszyngtonu nie do przyjęcia i ostrzegał, że jego kraj wycofa część żołnierzy.

– To naprawdę obraźliwe oczekiwać, że amerykański podatnik nadal będzie utrzymywać 50 tys. Amerykanów (żołnierzy i obsługi cywilnej) w Niemczech, podczas gdy Niemcy wykorzystują pieniądze z nadwyżki handlowej na własne cele – mówił Grenell w wywiadzie dla agencji DPA prawie dokładnie rok temu.

Podniesienie wydatków przez Niemcy było jednak już wówczas politycznie mało realne. Według sondaży 53 proc. Niemców jest przeciwnych przeznaczaniu 2 proc. PKB na budżet obronny (za – 43 proc.). Jedynie wyborcy liberalnej FDP i prawicowej Alternatywy dla Niemiec (AfD) są w większości za zwiększeniem wydatków: odpowiednio 64 proc. i 52 proc.

Zwolennicy chadecji są podzieleni niemal równo – 47 proc. z nich opowiada się za większym budżetem Bundeswehry, 48 proc. jest przeciw. W lewicowych partiach przewaga poglądów pacyfistycznych jest wyraźna – tylko 39 proc. głosujących na SPD, 34 proc. zwolenników Zielonych i 29 proc. sympatyków partii Lewica chce większych wydatków na obronę.

W takiej sytuacji rządząca w RFN wielka koalicja CDU/CSU-SPD nie ma motywacji, żeby spełniać żądania Amerykanów. Mimo że 82 proc. Niemców uważa, że NATO jest ważne dla zachowania pokoju w Europie, a 72 proc. jest zdania, że RFN potrzebuje Sojuszu, żeby budować swoją pozycję na arenie międzynarodowej. Z polityczno-wyborczego punktu widzenia dla rządzących ważniejsze jest jednak to, że – co również wynika z badań – tylko 23,1 proc. ankietowanych uważa USA za godnego zaufania partnera Niemiec.

W związku z tym w połowie czerwca br. Donald Trump potwierdził wycofanie części amerykańskich oddziałów z Niemiec. Jak podała wczoraj AP, liczba żołnierzy USA stacjonujących na terytorium RFN zostanie zmniejszona o blisko 12 tys. (wstępnie była mowa o 9,5 tys.). Z 11,8 tys. wojskowych, którzy wyjadą, 5,4 tys. zostanie skierowanych do innych państw; pozostali wrócą do USA

Obronność nie jest jedyną kością niezgody na linii Berlin – Waszyngton.

W grudniu 2019 r. amerykański przywódca podpisał ustawę o budżecie Pentagonu na rok 2020, w której wpisano m.in. sankcje wobec firm budujących gazociąg Nord Stream 2, który ma połączyć Rosję z Niemcami.

Sądząc po reakcjach dyplomacja RFN i Urząd Kanclerski najwyraźniej do ostatniej chwili nie wierzyli, że do tego dojdzie. Mimo że, podobnie jak w przypadku wojska, Grenell dużo wcześniej mówił wprost o takim właśnie scenariuszu. Reakcją niemieckich polityków było domaganie się wydalenia ambasadora, a media nad Renem oburzały się, że nie zachowuje się on jak dyplomata. Najwyraźniej nie był to jednak wystarczający argument dla Donalda Trumpa, by zmienić kurs wobec największej gospodarki UE. 

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.