Metropolia, finansowe centrum Stanów Zjednoczonych, przechodzi nie tylko przez kryzys sanitarny, lecz także społeczny i polityczny.
W poniedziałek Empire State Building, najwyższy budynek na Manhattanie, który zwykle – w zależności od okazji, jak wybory prezydenckie czy finał ważnych rozgrywek sportowych – jest ozdobiony iluminacją lamp, zaświecił się na czerwono, a z dachu emituje się wiązkę białego światła niczym z latarni morskiej.
Zarządcy obiektu ogłosili w mediach społecznościowych, że to syrena, która ma przypominać mieszkańcom o zagrożeniu, ale też składać hołd narażającym życie i pracującym prawie non stop pracownikom służby zdrowia. Tymczasem miasto i stan Nowy Jork stają się epicentrum pandemii COVID-19 w Stanach Zjednoczonych, a przez europejskie media bywają złowieszczo nazywane „amerykańską Lombardią”. Niemal 100 tys. osób jest zakażone koronawirusem, a 2000 zmarło. To ponad 40 proc. wszystkich zakażeń i zgonów w USA.
Tak jak we włoskim regionie przeciążone są szpitale i centra opieki medycznej. 28 marca system pogotowia ratunkowego stał się niewydolny. Dwa dni wcześniej pobito rekord 7 tys. zgłoszeń, ustanowiony po zamachach z 11 września 2001 r.
Reklama
Część chorych została zmuszona do pokonania drogi na izbę przyjęć we własnym zakresie. Dyspozytorzy z numeru alarmowego 911 muszą teraz na podstawie wywiadu dokonywać selekcji przypadków i wysyłać karetkę po tych, którym pomoc lekarzy może realnie poprawić komfort albo przedłużyć życie. Służbom medycznym brakuje też ubiorów i masek ochronnych.
Pierwszą ofiarą śmiertelną wśród personelu szpitalnego był 24 marca 48-letni pielęgniarz Kious Kelly ze szpitala Mount Sinai West na Manhattanie. Przez tydzień leżał pod respiratorem. W opiekę nad chorymi na COVID-19 był zaangażowany od samego początku, kiedy na przełomie lutego i marca w jego placówce zarejestrowano pierwsze przypadki. Jego nekrologi przelały się przez konta społecznościowe nowojorczyków. Przez bliskich zwany Jamie, wspominany jest jako bohater. „Odszedł o wiele za wcześnie, ale chcę, byście byli świadomi, że mój brat nie jest ofiarą. Służył ludziom z największym oddaniem. Jeśli ktokolwiek potrzebował pomocy, Jamie był pierwszy, by jej udzielić. W swojej – jak się okazało – ostatniej misji chciał ocalić jak najwięcej istnień” – powiedziała w telewizji CNN jego siostra Marya Patrice Sherron.

Reklama
Tymczasem epidemia obnażyła problem łamania praw pracowniczych w największym na świecie sklepie internetowym Amazon. Nieopodal JFK8, jednego z centrów należącej do Jeffa Bezosa firmy na Staten Island (najmniej ludnej dzielnicy Nowego Jorku), zorganizowano strajk. Pracownicy koncernu domagają się wyższej stawki godzinowej, ale też przestrzegania zasad sanitarnych w sortowniach Amazona wedle takich reguł, jakie są teraz stosowane w innych zakładach pracy. W poniedziałek popołudniu zatrudnieni przez Bezosa ludzie wywiesili tam transparenty z wypisanymi roszczeniami.
– Pracujemy dłużej niż inni. Na każdej zmianie są tłumy, co tylko zwiększa ryzyko, że się zarazimy i przeniesiemy wirusa na bliskich, a firma nie zrobiła nic, by dać nam choćby podstawową ochronę. Zaczynamy stwarzać poważne ryzyko dla zdrowia publicznego – mówi DGP Rina Cummings, jedna ze strajkujących przed JFK8. Kobieta dodaje, że ona i setki osób w jej sytuacji muszą podejmować decyzje, czy narażać zdrowie i życie swoje i rodziny, czy iść na bezrobocie i spojrzeć w oczy głodowi.
Kolejna rozmówczyni DGP, która na co dzień pracuje w PR w branży kulturalnej, martwi się o przyszłość nie tylko swojej dziedziny gospodarki, ale i miasta, w którym znakomita większość ludzi żyje z usług. – Jest mi bardzo trudno o tym mówić. W zeszłym tygodniu znajoma popełniła samobójstwo. Spłacała kredyt, z którym nie radziła sobie już przed epidemią, a teraz straciła jakąkolwiek nadzieję – stwierdza kobieta, prosząc o uszanowanie prywatności.
Do kryzysu politycznego w łonie Partii Demokratycznej doprowadził tymczasem gubernator stanu Andrew Cuomo. Wszedł on w spór z szefem klubu demokratycznej mniejszości w Senacie Chuckiem Schumerem, który reprezentuje w izbie Nowy Jork i przez ostatnich kilkanaście dni walczył jak lew o jak największą pomoc federalną dla miasta i stanu. Cuomo nie chciał przyjąć pieniędzy na system Medicaid, państwowy program finansowania najbiedniejszym Amerykanom usług z zakresu opieki zdrowotnej.
Korzysta z niego jedna trzecia mieszkańców metropolii. Gubernator, chociaż środki te są niezbędne w apogeum epidemii, twierdził, że paraliżuje to jego autorski projekt stanowej reformy wspomnianego systemu. W wywiadzie udzielonym w niedzielę Chrisowi Cuomo z CNN twierdził, że nie może przyjąć pieniędzy federalnych, bo waszyngtońska ustawa jest „po prostu źle napisana”. Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa: dziennikarz jest młodszym bratem polityka. Los przyniósł tymczasem pewną ironię. Chris w poniedziałek poinformował na Twitterze, że jest zakażony koronawirusem.
Jednocześnie postawę w obliczu bezprecedensowego kryzysu gubernatora Cuomo i sposób, w jaki organizuje on środki zaradcze w całym stanie, pochwalił Donald Trump. Przy okazji prezydent stwierdził, że Ameryka potrzebuje takich przywódców i że Cuomo byłby znacznie lepszym kandydatem Partii Demokratycznej na prezydenta niż Joe Biden. We wtorek Biały Dom poinformował, że według nowych szacunków zespołu eksperckiego zaangażowanego w walkę z epidemią, koronawirus może zabić od 100 tys. do 240 tys. Amerykanów, nawet jeżeli wdrożone zostaną najsurowsze sposoby społecznej izolacji. – Czekają nas wyjątkowo trudne dwa, a może nawet trzy tygodnie. W tym czasie szpitale będą wyglądały, jakby toczyła się wojna – powiedział szef państwa.