Wtorkowe deklaracje chińskiego prezydenta i wypowiedzi amerykańskich oficjeli podtrzymują optymizm rynku co do możliwego porozumienia. Sytuacja nie jest jednak prosta.
Amerykańskie giełdy zaczęły wtorkową sesję na plusie, kontynuując tygodniową passę bicia rekordów wszech czasów, a prezydent Donald Trump publikuje triumfalne tweety. Konflikt handlowy między dwiema największymi gospodarkami świata przestał się pogłębiać. Inwestorom wystraszonym wizją kryzysu wystarczyło wrażenie, że sytuacja przestała się pogarszać, aby wpaść w rynkową euforię. Jednak bliższe spojrzenie na to, co się dzieje ostatnio między Chinami a Stanami Zjednoczonymi, pozwala odkryć, że sprawa wcale nie jest jasna.
Przez wiele miesięcy sytuacja była łatwa do rozszyfrowania. Prezydent Trump, niezadowolony z ogromnego deficytu handlowego Stanów Zjednoczonych z Chinami, chciał go zlikwidować i uznał, że najlepszym na to sposobem będzie ograniczenie importu chińskich towarów poprzez nałożenie wysokich ceł. Chiny rewanżowały się swoimi taryfami na towary amerykańskie, ale wiadomo było, że to Stany są tu stroną atakującą, a Chiny próbują się bronić. Dziś sytuacja jest inna. Kolejne dane dotyczące amerykańskiej gospodarki sugerują, że wojna handlowa uderza nie tylko w gospodarkę chińską, lecz także w potencjalnych wyborców Donalda Trumpa. Jeśli w kolejnych latach chce on kontynuować swoją walkę z amerykańskim deficytem handlowym (który pomimo ceł robi się coraz większy, a nie coraz mniejszy), to najpierw musi wygrać przyszłoroczne wybory. Czyli przez najbliższy rok nie może eskalować konfliktu handlowego, bo to grozi recesją. Amerykańskie PKB rośnie coraz wolniej, w III kwartale tego roku tylko o 2 proc., czyli najsłabiej od 2016 r. Dlatego Waszyngton od pewnego już czasu jest bardziej skłonny negocjować z Chinami porozumienie.
Reklama
Znacznie trudniejsza do interpretacji jest postawa Chin, które z jednej strony deklarują dobrą wolę, ale z drugiej nieustannie sugerują, że będzie to niezwykle trudno osiągnąć, i stawiają wiele warunków. Jednak coraz gorsza koniunktura i najwolniejsze od kilkudziesięciu lat tempo wzrostu gospodarczego powodują, że Pekinowi także na porozumieniu zależy.
Chiny będą przykładać większą wagę do importu, będziemy nadal obniżać taryfy celne i inne koszty transakcyjne – powiedział prezydent Xi Jinping, otwierając we wtorek targi w Szanghaju. Dzień wcześniej na szczycie regionalnym w Bangkoku premier Chin Li Keqiang spotkał się z amerykańskim sekretarzem ds. handlu Wilburem Rossem. – Jesteśmy relatywnie blisko porozumienia, jestem w tej sprawie ostrożnym optymistą – powiedział po tym spotkaniu towarzyszący Rossowi doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Robert O’Brien. Premier Chin wobec dziennikarzy zachował milczenie.

Reklama
Wiadomo, że obie strony cały zestaw spraw i problemów do rozwiązania podzieliły na dwie części: jedna to sprawy, które można załatwić szybko i w miarę bezboleśnie, druga to cała reszta. Porozumienie w sprawach znajdujących się w tym pierwszym pakiecie ma zostać podpisane wkrótce, w czasie spotkania Trumpa i Xi. W tej chwili trwają rozmowy o tym, kiedy i gdzie dwaj prezydenci mają się spotkać. Wiadomo, że Trump postawił warunek, że musi się to stać na terenie USA. Podobno w grę wchodzą stany Alaska i Iowa. Wiadomo też, że w ramach tego częściowego porozumienia, nazywanego Phase One, czyli „faza pierwsza”, Pekin ma się zobowiązać między innymi do zwiększenia zakupów towarów z USA (głównie rolniczych), co ma poprawić sytuację amerykańskich eksporterów. Jednak to, czy do spotkania w ogóle dojdzie, nie jest wciąż przesądzone, ponieważ strona chińska stawia warunki. Według Bloomberga, który powołuje się na anonimowe źródła w chińskich kołach rządowych, Pekin żąda, aby przed spotkaniem Amerykanie odwołali wprowadzone we wrześniu cła na chińskie towary warte 110 mld dol. Dodatkowo Chińczycy chcą, aby taryfa celna, którą od ubiegłego roku objęte są towary o wartości 250 mld dol., została obniżona. Gdyby Amerykanie się na to zgodzili, Chiny cofnęłyby wszystkie cła „odwetowe”, które były wprowadzane po tym, jak Stany wprowadzały swoje restrykcje. Chiny chcą też, by prezydent USA odwołał zapowiedziane na 15 grudnia wprowadzenie kolejnego pakietu taryf celnych na towary o wartości około 160 mld dol. Dopiero wtedy Xi Jinping spotka się z Trumpem.
Amerykanie wielokrotnie tłumaczyli, że dla nich cła nałożone na Chiny są czymś w rodzaju zabezpieczenia gwarantującego, że Pekin wywiąże się ze swoich obietnic. Bo zdarzało się, że Chiny takich obietnic nie dotrzymywały, więc teraz Waszyngton nie jest skłonny iść im na rękę.
Pomimo optymizmu na rynkach porozumienie handlowe między Pekinem a Waszyngtonem wciąż nie jest więc sprawą, której możemy być pewni. Szanse na nie będą tym większe, im trudniejsza będzie się stawać sytuacja gospodarcza zarówno w USA, jak i w Chinach. Obie strony już widzą, że konflikt szkodzi nie tylko rywalowi, lecz także im samym.
– Osiągnięcie porozumienia handlowego leży w interesie obydwu państw. Jeśli Trump zgodzi się na deal, zostanie to odebrane bardzo pozytywnie przez Amerykanów – powiedział Ralph Winnie, dyrektor w Eurasia Center, cytowany przez Reutersa. Jego zdaniem częściowy pakt handlowy byłby wsparciem dla gospodarek Chin i USA, a ponadto byłby korzystny dla amerykańskich farmerów, czyli bazy wyborczej Donalda Trumpa.
– Nawet jeśli zostanie osiągnięte częściowe porozumienie, nie sądzę, aby było ono czymś kluczowym w kontekście rozwiązywania strukturalnych problemów gospodarczych – uważa jednak Charles Boustany,doradca w National Bureau of Asian Research i były kongresmen z Luizjany. Jego zdaniem takie porozumienie będzie niestabilne i przez to krótkotrwałe.
Mimo ceł deficyt USA w handlu z Chinami jest wciąż ogromny