Ugrupowania opozycyjne nie chcą, aby PO narzucała im kandydata na marszałka Senatu.
Układ sił w izbie wyższej jest już oficjalnie znany, więc zaczęła się nieformalna walka o to, kto zostanie jej marszałkiem. Najwięcej do powiedzenia w tym zakresie będzie mieć Koalicja Obywatelska (KO), która zdobyła 43 mandaty na 100. Pozostałe ugrupowania opozycyjne mają symboliczny uzysk (trzech senatorów PSL i dwóch z Lewicy). Mimo to ich poparcie jest niezbędne, by Senat funkcjonował tak, jak chce tego opozycja.
W Platformie Obywatelskiej jako kandydata na marszałka Senatu najczęściej wskazuje się Bogdana Borusewicza, który w mijającej kadencji był wicemarszałkiem tej izby. Sam zainteresowany jeszcze wczoraj rano nie chciał otwarcie odpowiedzieć nam na pytanie, czy zostanie nominowany na nową funkcję. Część polityków Platformy wolałaby wystawić jednak kogoś innego, np. Marka Borowskiego, który, startując w tegorocznych wyborach z poparciem KO, uzyskał prawie 154 tys. głosów. Inni wskazują Krzysztofa Brejzę, który za chwilę przejdzie z ław poselskich do Senatu.
Reklama
– On jest fighterem. Borusewicz ma doświadczenie i piękną kartę, ale nie wiem, czy będzie mu się chciało walczyć tak, jak robi to Brejza. Problem w tym, że Krzysztof będzie teraz zbierał cięgi za nieudaną kampanię KO jako szef sztabu. A to nie zbuduje jego pozycji – komentuje jeden z posłów Platformy. Na giełdzie pojawia się także nazwisko Bogdana Zdrojewskiego, który w ostatnich dniach ostro krytykuje lidera PO Grzegorza Schetynę. Z tego powodu jego ewentualna kandydatura może zostać przyblokowana.
Pozostałe ugrupowania opozycyjne odgrażają się, że nie poprą kandydata, którego samodzielnie może chcieć narzucić im Platforma. – Zgłaszanie jakiegokolwiek kandydata przez Grzegorza Schetynę bez konsultacji byłoby niepoważnym traktowaniem partnerów. Przypomnę, że to Lewica jako pierwsza zaproponowała pakt senacki, dzięki któremu dziś możemy mówić o Senacie przejętym od PiS – wskazuje nasz rozmówca z Lewicy.

Reklama
Te sygnały dotarły do KO. Na wczorajszej konferencji prasowej Schetyny, Borusewicza, Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Tomasza Siemoniaka spodziewano się wystawienia kandydatury tego ostatniego. Tymczasem skończyło się na apelu o odwołanie posiedzenia Senatu w tym tygodniu i podziękowaniu za głosy oddane na KO. – Jeśli ktoś chce z pozycji siły narzucać jakieś rozwiązania, to jest to najgorsza droga. Tu trzeba spokojnej rozmowy. Nie ma lidera opozycji, więc nikt nam nie będzie wyznaczać kierunku – mówi nam prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz.
Izba wyższa w rękach opozycji nie przyblokuje prac legislacyjnych, ale właściwie każdy projekt może opóźniać nawet o miesiąc. – O uchwalaniu ustaw w ciągu doby prezes Kaczyński może zapomnieć – zapowiada jeden z polityków PO. – Ja raczej będę głosował zgodnie ze swoim rozumem i sumieniem. Czasami sumienie może podpowiedzieć, że trzeba będzie coś zablokować. Senat oczywiście nie zablokuje PiS, ale spowolni przynajmniej proces demolowania państwa – mówi z kolei Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli, który zdobył mandat senatora, startując z własnego komitetu.
Bycie hamulcowym to niejedyna rola, jaką dla Senatu widzi opozycja. Od ludowców słyszymy, że jedną z taktyk może być stawianie PiS w kłopotliwej sytuacji przy zgłaszaniu kolejnych propozycji legislacyjnych. – Liczymy na sformowanie większości. Będziemy bardzo aktywni w zgłaszaniu poprawek, to może być decydujące w wielu ustawach. Będziemy zgłaszać swoje pomysły, które na pewno będą wychodziły naprzeciw oczekiwaniom rodaków – dyplomatycznie zapowiada Kosiniak-Kamysz.
Sprowadzałoby się to do „podkręcania” pomysłów partii rządzącej. A więc jeśli PiS zaproponuje 14. emeryturę, opozycyjny Senat może dorzucić 15. i 16. emeryturę. Wówczas ustawa wróciłaby do izby niższej, a posłowie PiS mieliby dwa wyjścia: albo odrzucić poprawki Senatu (i tłumaczyć się suwerenowi), albo je przyjąć i zaakceptować wynikające z tego trudności. W ten sposób Senat może przedłużyć atmosferę licytacji znaną z kampanii wyborczej. Ale może też ograniczać apetyty PiS. Najbardziej kontrowersyjne ustawy były uchwalane w mijającej kadencji w trybie 24-godzinnym. Teraz to niemożliwe.
Dyplomatycznie na temat relacji PiS z Senatem wypowiada się Borusewicz. – To będzie zależało od Sejmu. Słyszałem apele pod adresem Senatu, ale prezes partii rządzącej powinien raczej je kierować w stronę Sejmu. Tak byłoby kulturalnie – twierdzi. Nawiązuje tym samym do słów Jarosława Kaczyńskiego, który stwierdził, że PiS będzie dążył do tego, by „Senat stał się takim miejscem, by ta wojna, która tak bardzo niszczy polską politykę, była co najmniej ograniczona albo w ogóle jej nie było”.
Ale PiS, który już po wyborach sejmikowych zastosował taktykę przejmowania opozycyjnych radnych, liczy na powtórkę w Senacie. – Czas pracuje na naszą korzyść – mówi jeden z polityków tej partii. I po stronie opozycji słychać obawy, czy rywale nie przejmą któregoś z ich senatorów. Zdaniem socjologa polityki Jarosława Flisa taki scenariusz jest możliwy, ale trudny do realizacji. – Siły obu obozów są niezwykle wyrównane. Senatorom nie da się obiecać pewnego mandatu, a potencjalne apanaże można zagwarantować tylko na cztery lata – mówi Flis.
– Gdy partia jest na fali, gdy idzie jej dużo lepiej niż w poprzednich wyborach, łatwiej jest do niej przejść. Tymczasem PiS poszło gorzej niż w wyborach do Parlamentu Europejskiego, nie wiadomo też, jak sobie poradzi za cztery lata. A to może na niektórych senatorów działać zniechęcająco. Tymczasem Senat po stronie opozycji stanie się centrum polityki. W tej sytuacji bycie szeregowcem PiS w Senacie wygląda średnio atrakcyjnie – dodaje.
Izba wyższa będzie mogła o miesiąc opóźnić każdy projekt ustawy