- Wtedy wszyscy byli przekonani, że wysyłamy żywność do ZSRR. A wie pan, o czym myślał prosiak w Polsce Ludowej? Żeby przynajmniej jego serce zostało w ojczyźnie - mówi dr Andrzej Zawistowski w rozmowie z DGP.
Magazyn 18.08.2017 / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama

Reklama
Na co w PRL były kartki?
Na wszystko.
A serio?
A to zależy kiedy, bo w latach 40. były kartki na zapałki.
To po wojnie, to się nie liczy. A później?
Najdziwniejsze kartki? W latach 80. wprowadzono kartki na obrączki. Wydawał je urząd stanu cywilnego. Problemy ze złotem wzięły się stąd, że ludzie wykupywali złoto jako lokatę kapitału. W ogóle USC sporo wtedy mogły.
A co takiego?
Na przykład wydawały przyszłym nowożeńcom dodatkowe kartki na wódkę, co prowadziło do takich sytuacji, jak w Łodzi w 1981 r., kiedy były miesiące, że na ślub nie zgłaszała się nawet połowa zapisanych par.
Bo?
Pobrali kartki i tyle ich widziano.
Się napili, to się rozmyślili.
Specjalne zezwolenia na zakup wódki wydawano też na większe imprezy, choćby na lokalne imprezy ZSMP.
A piwa nie było, bo walczyliśmy z alkoholizmem czy brakowało butelek?
Gospodarka planowa. Planista na pl. Trzech Krzyży w Warszawie (mieściła się tu siedziba Komisji Planowania przy Urzędzie Rady Ministrów – red.) decydował, ile piwa mamy wyprodukować i gdzie je sprzedawać.
Nie wpadł na to, że latem sprzeda się więcej?
Niech pan przeczyta przemówienie Hilarego Minca z 1948 r. ze zjazdu partii, kiedy mówi, ile litrów piwa wyprodukujemy w 1955 r. Nie reagowano na to, że lato jest upalne albo deszczowe, bo był plan, a plan to rzecz święta.
Ale miało być o kartkach.
Pamięta pan, że były kartki na książki?
Mówi pan o tych talonach na encyklopedie? Teraz też są subskrypcje.
Czym jest subskrypcja w gospodarce rynkowej? Nieoprocentowanym kredytem, który dajemy wydawcy. W zamian za zniżkową cenę przesyłają nam książkę, chodzi o zwiększenie sprzedaży. W PRL było na odwrót. Macie tu, towarzysze, trzy tysiące talonów na encyklopedie i ani jednego więcej.
Właściwie dlaczego nie mogli wyprodukować tych książek więcej? Papieru brakowało?
Z papierem nie było najgorzej, ale baza poligraficzna była fatalna, więc książki często drukowano za granicą, np. w Finlandii czy Jugosławii, za co trzeba było płacić w twardej walucie. A tej zawsze brakowało.
Kwitł za to rynek bukinistyczny.
Władze walczyły ze spekulacją książkami i w latach 80. Inspekcja Robotniczo-Chłopska prowadziła kontrole księgarni połączone z przeszukiwaniem mieszkań. Raz zatrzymano kierowniczkę księgarni za posiadanie kilkunastu książek tego samego autora, z tego samego wydawnictwa i już następnego dnia czekał ją sąd w trybie doraźnym.
O matko...
Na szczęście sędzia zorientował się, że dzieła zebrane Dostojewskiego wyglądają podobnie i to nie jest ta sama książka...
Ale kontrola zadziałała.
To już nie IRCh-a, ale w Nowosądeckiem kontrolowano zlewki.
Przepraszam, ale co?
Zlewki z restauracji i stołówek ośrodków wczasowych. Kierownicy musieli podpisywać umowy z odbiorcami, by nie handlowali tym na lewo z tuczarniami.
Ale, przypominam, miało być o kartkach. Te na cukier wprowadzono za Edwarda Gierka.
Tak, w 1976 r. po raz trzeci w historii PRL wprowadzono kartki na cukier, czyli towar, który najlepiej pokazywał idiotyzm socjalistycznej gospodarki.
Dlaczego nie było cukru?
No właśnie – dlaczego? Przecież chłop musiał sprzedać buraki cukrowni, bo sam z nich cukru nie zrobił. A mimo to cukru brakowało.
Dlaczego?
Polacy potrzebowali cukru do trzech rzeczy: do słodzenia, robienia przetworów i pędzenia bimbru, więc potrzebowali go sporo. A cukier ma tę fantastyczną cechę, że można go przechowywać latami i się nie psuje. Kiedy w 2011 r. robiliśmy w IPN grę planszową „Kolejka”, potrzebowaliśmy zdjęć różnych produktów – i wtedy koleżanka powiedziała, że jej babcia kupiła 10 kilo cukru w 1976 r. i cały ten karton wciąż u niej stoi. Więc obfotografowaliśmy archiwalny PRL-owski cukier, ale ponieważ jednym z patronów historyków jest św. Tomasz Apostoł, czyli nie dotknę, to nie uwierzę, więc go spróbowaliśmy.
I jak?
Słodki.
OK, Polacy cukier zjadali, można go łatwo przechować, ale nadal nie pojmuję, dlaczego brakowało go w sklepach?
Właśnie łatwość przechowywania powodowała, że cukier wykupywano, by przetrwać podwyżki. Ludzie magazynowali cukier, kiedy tylko spodziewali się podwyżek – i to nam zostało. Przypomnę, że w 2004 r., przed wejściem do Unii Europejskiej, powszechnym widokiem były puste półki z cukrem w sklepach i limity zakupu. A w 2011 r. też wybuchła panika cukrowa, bo ktoś powiedział, że będzie podwyżka. Irracjonalne? Owszem, ale siła nawyku okazała się silniejsza.
Ech, ten cukier...
A wie pan, że te kartki z 1976 r. były w gruncie rzeczy kartkami bardzo podobnymi do kartek obowiązujących w gospodarce rynkowej? Bo to były kartki zniżkowe.
Jak to?
Normalnie kilogram cukru kosztował w sklepie 26 zł, ale jeśli miał pan kartkę, to był za 10,50 zł. A skąd taka różnica?
Pojęcia nie mam.
Cena wódki. Przy cukrze za 10,50 zł opłacało się pędzić bimber, przy cenie 26 zł już nie.
Ale na wódkę też wprowadzono kartki.
Tak, ale dopiero od 1981 r. Kartki na wódkę można było wymienić na kartki na czekoladę, ale nie odwrotnie.
Żeby nie przepijali dzieciom czekolad.
PRL, jak każde państwo bloku sowieckiego, miał gigantyczny problem z alkoholizmem, ale z drugiej strony wódka dawała wielkie wpływy do budżetu. Podnoszono więc ceny właśnie w ramach walki z alkoholizmem.
I ludzie zaczynali pędzić bimber.
A władza wszczynała kampanie przeciw bimbrownikom. Tak się to kręciło. Pamiętajmy też, że wódka była w Polsce nie tylko używką, ale środkiem płatniczym, bo wiele fuch robiono za pół litra. Flaszką się płaciło, flaszką się dziękowało i prosiło, flaszkę się stawiało.
No dobra, ale skąd kartki?
Nie było butelek. Tu był cały problem. W Polsce był problem ze żniwami nie dlatego, że był nieurodzaj czy brakowało maszyn, lecz sznurka do snopowiązałki nie przywieźli. A wódki nie było, bo brakowało butelek i kapsli.
A dlaczego za naszej młodości nad morzem nie było lodów?
Brakowało ich, bo w czerwcu 1980 r. wprowadzono kartki na mleko w proszku. Od tej chwili było ono dostępne tylko dla dzieci. A skoro nie można było kupić mleka, to prywaciarze nie mogli wyprodukować lodów, proste?
Dlaczego była oranżada w woreczkach?
System skupu butelek to problem, z którym PRL nie poradził sobie do końca, że przypomnę reporterskie materiały Moniki Olejnik. Skup butelek, podobnie jak sznurek do snopowiązałek, był symbolem niemożności PRL. Bo kto to ma je skupować, gdzie myć i jak dostarczać? Nie do przejścia, bo przedsiębiorstwa nie pracowały dla zysku. Pieniądze na pensje dostawały z budżetu i w zasadzie wszystko, co robiły, było dla nich kłopotem.
A tego sznurka to dlaczego nie było?
Bo nie było i już. A jak się przypadkiem pojawił, to go rolnicy magazynowali – oczywisty mechanizm.
Do diaska z tym sznurkiem. Za komuny nawet papieru toaletowego brakowało. Mój przedsiębiorczy brat kupował go w sklepie firmowym w Świeciu, przejeżdżał przez Wisłę i w Chełmnie sprzedawał dwa razy drożej.
Przypomina mi to historię bułeczkarza z Przemyśla, pana, który dojeżdżał do pracy w stadninie koni 30 km dalej. I na prośbę mieszkańców kupował rano świeże pieczywo w Przemyślu i sprzedawał je na miejscu z niewielkim zyskiem. Wszyscy byli zadowoleni – oni mieli świeże pieczywo, jemu zwracała się benzyna na dojazdy. W połowie lat 80. dostał za to dwa i pół roku w zawieszeniu.
Niesamowite.
Zadziałała ustawa o spekulacji z 1981 r.
Jak się pojawiły kartki na benzynę?
Na początku lat 80. władze zupełnie nie wiedziały, jak sobie poradzić z brakiem paliwa. Najpierw wymyślono, że jednego dnia będą jeździły auta z numerami parzystymi, drugiego z nieparzystymi, ale milicja stwierdziła, że nie jest w stanie tego wyegzekwować. Pomógł stan wojenny i zakaz sprzedaży benzyny – ludzie musieli uruchomić zapasy z działek, piwnic i garaży.
Ostatecznie wprowadzono kartki.
Dopiero w marcu 1984 r., ale one przetrwały długo, bo do końca 1988 r., a kiedy je zniesiono, wróciły kolejki na stacjach, bo ludzie nie wierzyli, że to na stałe. Notabene te kartki na paliwo, oprócz tych na wódkę, były najczęściej fałszowane.
Fałszowane?
I to jak wymyślnie. Najprostsze było odbijanie na ksero na niebieskich kopertach, ale na przykład geodeci z Biłgoraja kartki rysowali. A najsprytniejszy był pewien dżentelmen, który zamówił w drukarni w Berlinie Zachodnim kartki na benzynę i przywiózł je do Polski.
W zasadzie po co nam była benzyna, skoro brakowało samochodów? Prof. Jerzy Eisler zwrócił uwagę na taki drobiazg: samochód, który wyjechał z Polmozbytu, natychmiast stawał się trzykrotnie droższy.
Bo oficjalnie przez długi czas samochody były na talony. Sprawdzałem kiedyś na przykładzie malucha, kiedy cena auta na giełdzie spadała do ceny urzędowej, i wyszło mi, że po pięciu latach. Dziś nie mieści nam się to w głowie, bo po wyjeździe z salonu automatycznie tracimy 20 proc. wartości auta, a tu proszę, takie cuda.
Bo produkowaliśmy ich za mało? Dlaczego? Stali mieliśmy pod dostatkiem, a na resztę brakowało dewiz?
Brakowało waluty, możliwości przerobowych, wszystkiego. Autem, które miało zmotoryzować Polskę, był fiat 126p, co też uznano za skrót. Miała to być Fatalna Imitacja Auta Turystycznego 1-osobowego 2-drzwiowego 6-krotnie przepłaconego.
Moim ulubionym sposobem spędzania czasu przed świętami było stanie po mięso. Brałem wszystkie świąteczne gazety i szedłem do kolejki. Brat musiał sprzątać.
Ja miałem gorzej.
Mieszkał pan na wsi i nie mieliście kartek?
Gorzej, byłem dzieckiem pożyczanym do kolejki.
Jak to?
Mieszkaliśmy koło sklepu, więc jak tylko pojawiał się samochód z zaopatrzeniem, było wiadomo, że jacyś znajomi nas sobie pożyczą do kolejki, bo dziecko nie dziecko, bezkartkowy towar sprzedawali na głowę.
Tym wstępem chciałem zadać pytanie zasadnicze: dlaczego w PRL nie było mięsa?
Oj, to trudna sprawa...
Wszystko przez Ruskich? Pamięta pan, jak tłumaczono napis na papierosach „Klubowe”?
Pamiętam – jako telegram Gierka do Breżniewa „Kochany Leonidzie, U nas Bieda, Oddaj Wieprzka, Eda”. Ale te same „Klubowe” czytane od tyłu zawierały też odpowiedź: „Edziu, Wiesz, Olimpiada Była Udana, Lecz Kosztowna”. Tu od razu dodajmy, że o tym handlu z ZSRR krążyły legendy, które najlepiej oddaje dowcip. Otóż spotyka się trzech marynarzy, którzy wywozili z Polski węgiel. Jeden płynie do Portugalii i wraca ze szprotkami, drugi do Afryki i ma banany. „A ty co masz?” – pytają. „A ja pływam do Leningradu” – odpowiada. „I co przywozisz?”. „A nic, wracam pociągiem”.
Wszyscy wierzyli, że gdybyśmy nie musieli wysyłać tego wszystkiego do Moskwy, to opływalibyśmy w dostatki.
A wszyscy w ZSRR byli przekonani, że gdyby nie musieli utrzymywać tych Polaków, Czechów, Węgrów, NRD, to żyłoby im się o wiele lepiej.
A jak było naprawdę?
Naprawdę to była gospodarka planowa i trudno powiedzieć, co się komu opłacało, bo te rozliczenia w rublach transferowych czy w złotym dewizowym były zupełnie z kosmosu. Wiemy na pewno, że na przełomie lat 40. i 50. musieliśmy sprzedawać ZSRR węgiel poniżej kosztów wydobycia.
Miało być o mięsie.
A wie pan, jakie było marzenie polskiej świni?
Nie.
Żeby przynajmniej jej serce zostało w ojczyźnie.
Dobre.
A za co chcieli wsadzić do więzienia Czerwone Gitary? Bo stanęli przed sklepem mięsnym, zobaczyli salceson i zaśpiewali „Znamy się tylko z widzenia...”. Możemy się z tego śmiać, ale przypomina mi się opowieść Janusza Gajosa, który za czasów PRL-u pojechał do Londynu i robił zdjęcia sklepów mięsnych.
No dobrze, to dlaczego nie było mięsa? To nie cukier, trudniej je przechować.
Mięso było, w PRL jadaliśmy go więcej niż przed wojną. Więc mięso było, ale nie w sklepach, bo władza nie potrafiła tego mięsa od rolników kupić. W Polsce nie było kołchozów, więc władze nie miały takiego wpływu na gospodarkę na wsi. Mięso trzeba było kupić, a chłop za marne pieniądze nie chciał się go pozbyć. Trzeba było przekonać producenta, że warto świnię sprzedać państwu, a nie samemu zrobić kiełbasy, zawieźć do miasta i rozprowadzać w kiosku Ruchu, jak to pokazał Stanisław Bareja w „Misiu”.
I już? Chłopi nie sprzedawali, bo państwo marnie płaciło?
Oczywiście. Ludzie wtedy handlowali wędliną jak za okupacji. Jak się miało zaprzyjaźnionego rolnika, to się miało mięso. Więc nie było w sklepie, ale proszę pokazać mi jedną rodzinę, która na święta nie miała mięsa na stole.
Wprowadzenie kartek na mięso było jednym z postulatów sierpnia 1980 r. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to absurdalne.
Ale wtedy absurdalne nie było. Dlaczego? Robotnicy pamiętali, że kiedy w 1976 r. wprowadzono kartki na cukier, to one zadziałały i ten cukier w sklepach był. I ci, którzy pamiętali panikę cukrową lata 1976 r., mieli nadzieję, że z mięsem będzie tak samo. Co więcej, wówczas władze twierdziły, że nie ma cukru, bo wykupują go spekulanci, a teraz spekulanci mieli rzucić się na mięso.
Ten protest w Stoczni Gdańskiej to nie był pierwszy strajk w 1980 r.
Wcześniej było wiele drobnych protestów i jeden większy, w lipcu 1980 r., który przyniósł falę strajkową w całej Polsce, głównie w Lublinie.
O co poszło?
O niewielkie w sumie podwyżki w stołówkach i wprowadzenie w nich cen komercyjnych. Zirytowało to robotników, którym przez lata wmawiano, że wszyscy mamy równe żołądki, a teraz się okazuje, że ci, którzy lepiej zarabiają, mają żołądki równiejsze, bo mogą sobie kupić więcej. Tak to socjalizm zaplątał się we własne sidła.
Czym to się wtedy skończyło?
Zgodnie z popularnym wówczas wśród robotników hasłem „Nie staniesz, nie dostaniesz”, władze podwyżkami płac wygaszały te strajki. Wydawało się, że wszystko jest OK i Gierek mógł wyjechać na wakacje na Krym.
I wtedy wybucha strajk w stoczni – inny, bo prócz postulatów socjalnych pojawiają się polityczne.
Wtedy raczej nie używano terminu „polityczne”, mówiono związkowe albo jakoś inaczej. Ale też powiedzmy, że on był inny, bo właśnie rozpoczął się od postulatu politycznego, czyli przywrócenia Anny Walentynowicz do pracy. To było iskrą zapalną i w nocy z 16 na 17 sierpnia pojawiło się słynne 21 postulatów.
Zostawmy dziś politykę, wszyscy wiemy, jak to się skończyło.
Ciekawsze były postulaty socjalne. Mówiliśmy już o kartkach na mięso, ale innym ciekawym postulatem było żądanie wolnych sobót. Zasadniczo wolne soboty pojawiły się w Polsce dopiero w latach 70., na początku było kilka w roku, a pod koniec lat 70. czternaście sobót w roku było wolnych. Pozostałe były pracujące, ale pracowało się krócej, po sześć godzin. No i robotnicy zażądali wszystkich sobót wolnych.
Czego nie dostali.
Ten postulat pojawił się nie tylko w stoczni, ale także w Jastrzębiu. Tam zażądano likwidacji systemu czterobrygadowego w górnictwie, czyli były cztery brygady, z których trzy pracowały w ciągu dnia, a czwarta odpoczywała i tak świątek, piątek czy niedziela.
Wróćmy do stoczni.
Pojawiła się bardzo nam dziś bliska debata o wieku emerytalnym, bo jednym z postulatów było obniżenie wieku emerytalnego dla mężczyzn do 60, a kobiet do 55 lat. Z naszej dzisiejszej perspektywy...
No właśnie, kosmos.
Postulatem socjalnym było wydłużenie urlopów macierzyńskich.
Ale 500+ nie chcieli.
Na to nie wpadli. Za to pojawił się postulat rekompensat podwyżki cen i waloryzacji emerytur dla starego portfela.
Tzw. stary portfel – kto to jeszcze pamięta?
Bo w PRL byli emeryci starego i nowego portfela, a granica między nimi przebiegała 1 stycznia 1976 r. Ci sprzed tej daty mieli emerytury niewaloryzowane, czyli niepodnoszone, więc de facto tracili, bo przecież były podwyżki.
Jak wyglądała realizacja postulatów socjalnych?
Władza zgadzała się na te postulaty w bardzo niejednoznaczny sposób, tak by z tego niewiele wynikało. Na przykład gdy mowa o kartkach na mięso, to władza zgodziła się rozważyć celowość ich wprowadzenia, a nie powiedziała, że wprowadzi.
Ostatecznie wprowadziła.
Od 1 kwietnia 1981 r., bo Solidarność bardzo mocno przy każdej okazji na to naciskała.
A wolne soboty?
Ha, ostatecznie i dla wszystkich dopiero w drugiej połowie lat 90.
Słucham?
Ależ oczywiście. To był jeden z punktów programu wyborczego AWS w 1997 r. Oczywiście wtedy nie miało to już takiego znaczenia, ale w 1981 r. doszło na tym tle do poważnego konfliktu z Solidarnością.
Którą zmiótł stan wojenny i zabawa się skończyła.
Choć przecież w 1982 r. próbowano przedstawiać stan wojenny jako okazję do naprawy, zreformowania gospodarki.
A później był nawet słynny drugi etap reformy i referendum.
To, które ogłosił jesienią w 1987 r. rząd Zbigniewa Messnera. Najlepiej pytanie w referendum przetłumaczył Jan Pietrzak, mówiąc: „Czy chcesz, żeby było lepiej, ale będzie gorzej?”. Genialne. To była cała prawda o drugim etapie reformy i w zasadzie o całej gospodarce socjalistycznej.
Wprowadzenie kartek na mięso było jednym z postulatów sierpnia 1980 r. Dlaczego? Robotnicy pamiętali, że kiedy w 1976 r. wprowadzono kartki na cukier, to one zadziałały i ten cukier w sklepach był. I ci, którzy pamiętali panikę cukrową lata 1976 r., mieli nadzieję, że z mięsem będzie tak samo