Spotkanie przywódców państw UE potwierdziło silną wolę współpracy w zakresie bezpieczeństwa i obrony.
Marek Tejchman zastępca redaktora naczelnego / DGP / Wojtek Gorski
Rada Europejska chce jak najszybszego uruchomienia ustrukturyzowanej współpracy (Permanent Structured Cooperation, PESCO), której celem jest utworzenie stałych sił szybkiego reagowania, niezależnych od struktur NATO i Eurokorpusu. Mogłyby zostać użyte w misjach stabilizacyjnych. Takich jak np. utrzymanie pokoju w Mali, gdzie na przełomie 2012 i 2013 r. interweniowali Francuzi, aby odbić z rąk dżihadystów północ kraju. A także – w wyjątkowych okolicznościach – działań w czasach pokoju (jak patrolowanie Morza Śródziemnego w trakcie kryzysu migracyjnego).
Reklama

Reklama
PESCO jest przewidziane przez art. 42 traktatu o Unii Europejskiej, zwanego lizbońskim. Na jego mocy grupa państw UE może się porozumieć w celu powołania wspólnego kontyngentu wojsk. Żaden kraj nie może zostać zmuszony do uczestnictwa w PESCO; jeśli jednak już zadeklaruje uczestnictwo, ale nie wywiąże się z zobowiązań, członkowie na forum Rady Europejskiej będą mogli wykluczyć marudera.
Dzięki PESCO współpraca w dziedzinie wojskowości ma nabrać realnych kształtów. Dotychczas nie wyglądała najlepiej, co ukazuje choćby historia europejskich grup bojowych, powołanych w 2007 r. w ramach Wspólnej Polityki w zakresie Bezpieczeństwa i Obrony (Common Security and Defense Policy, CSDP). Są to międzynarodowe grupy w sile po 1,5 tys. żołnierzy każda, przy czym rotacyjnie zawsze dwie są w dyspozycji Rady Europejskiej. Od ich utworzenia minęła dekada, ale nie wykorzystano ich ani razu. Powodów było wiele, w tym brak zapewnionego finansowania. W razie wysłania żołnierzy na misję kosztami musiałyby się podzielić państwa członkowskie, których żołnierze akurat „mieliby dyżur”, z niewielkim wsparciem unijnym. Założono też całkowitą dobrowolność uczestnictwa w grupach, z których można się też bez konsekwencji wycofać.
Państwa członkowskie będą teraz miały trzy miesiące na zadeklarowanie, czy chcą wziąć udział w PESCO oraz w jakim stopniu chcą się zaangażować. Nie oznacza to, że za rok Unia będzie dysponowała własną armią. Do rozwiązania pozostały kwestie finansowania jednostek powołanych w ramach PESCO. Współpraca też nie może się odbywać w oderwaniu od całokształtu unijnej polityki, a więc np. tego, czy Bruksela będzie mogła organizować przetargi na uzbrojenie, co zależy od kształtu przyszłego unijnego budżetu itd.
Po szczycie premier Beata Szydło zapowiedziała chęć uczestnictwa Polski w tym projekcie.
Inną ważną decyzją podjętą przez szefów rządów państw UE było przedłużenie o pół roku sankcji nałożonych na Rosję w związku z aneksją Krymu i konfliktem na wschodniej Ukrainie. Będą obowiązywać do stycznia 2018 r. Przewidują one m.in.: zamrożenie aktywów i zakaz wjazdu do Europy dla 150 osób (w tym członków administracji Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, członków sił wojskowych i niektórych przedstawicieli władz, np. wicepremiera Dmitrija Rogozina), ograniczenia w dostępie do europejskich rynków kapitałowych dla pięciu rosyjskich firm, a także zakaz eksportu niektórych technologii związanych z wydobyciem ropy naftowej. Zniesienie sankcji jest uzależnione od wprowadzenia porozumień pokojowych z Mińska, wzywających do całkowitego zawieszenia broni na wschodzie Ukrainy.
Odłożona została decyzja dotycząca docelowej lokalizacji dwóch agencji unijnych, które obecnie mają siedziby w Londynie: Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (European Banking Authority, EBA) oraz Europejskiej Agencji ds. Leków (European Medicines Agency, EMA). Liderzy zadecydowali, że wyboru nowej lokalizacji dokonają ministrowie spraw wewnętrznych Unii na spotkaniu Rady do Spraw Ogólnych (General Affairs Council, GAC). Głosowanie na forum GAC odbędzie się 14 listopada. Państwa członkowskie mają czas do 31 lipca na złożenie oficjalnych propozycji ugoszczenia agencji u siebie. Każdy wniosek do końca września oceni Komisja Europejska na podstawie sześciu kryteriów, w tym: oferty edukacyjnej dla dzieci pracowników agencji i możliwości na lokalnym rynku pracy dla ich małżonków, dostępności komunikacyjnej, a także gwarancji, że przeniesienie zostanie zakończone wraz z dniem opuszczenia UE przez Wielką Brytanię.
W kwestii migracji szefowie rządów zobowiązali się do większego zaangażowania na rzecz zatamowania śródziemnomorskiego szlaku – chodzi m.in. o przeznaczenie większych środków na rzecz libijskiej straży granicznej. W końcowym komunikacie nie ma jednak ani słowa na temat relokacji między państwami członkowskimi migrantów już przybyłych do UE.
KOMENTARZ
Idealne geopolityczne położenie
Europa Środkowa ma wybór między Macronem a Orbanem – napisał w ostatnim wydaniu „New York Timesa” znany socjolog Iwan Krastew. Jeżeli już mamy posługiwać się takimi jednozdaniowymi stwierdzeniami, to być może należałoby powiedzieć, że Europa Środkowa ma wybór między Macronem, Trumpem a Putinem.
Dyplomatyczna rewolucja, której jesteśmy świadkami, może się potoczyć w bardzo różnych kierunkach, ale nie możemy jej zignorować. Wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych przyspieszył proces osłabiania przez Amerykę transatlantyckich więzi. Wymusza to na Europie Zachodniej przyspieszenie budowania własnej tożsamości w dziedzinie polityki bezpieczeństwa.
Towarzyszy temu coraz bardziej widoczny pomysł na pogłębioną integrację gospodarczą i społeczną Europy Zachodniej. Emmanuel Macron artykułuje to w wywiadzie udzielonym m.in. „Gazecie Wyborczej”. Przypomina o zaburzonym poczuciu bezpieczeństwa socjalnego, mówi o kryzysie klasy średniej i wskazuje emigrację z Europy Środkowej jako przyczynę brexitu. Ten powracający w debacie europejskiej motyw jest kompletnie ignorowany w Polsce. Jest on przecież zupełnie nieracjonalny – badania wyraźnie pokazują, że nasza obecność w gospodarce europejskiej pomogła jej konkurencyjności. Problem polega jednak na tym, że faktem politycznym są nie racjonalne wydarzenia, ale nieracjonalne lęki – które zresztą są rozgrywane także w Polsce.
Wejście w logikę sporu opartego na lękach może być politycznie opłacalne dla Warszawy i Paryża. Polski rząd może straszyć islamem i uchodźcami, Francuzi – polskimi pracownikami delegowanymi i tanią konkurencją. Takimi lękami łatwiej będzie Macronowi zarządzać niż walczyć z rzeczywistą konkurencją Chin czy Indii. Również polski rząd poradzi sobie z nieistniejącym islamskim zagrożeniem. Realnym jest dla nas Rosja, ale z nią poradzimy sobie, wybierając Trumpa.
I tak będziemy bezpieczni. O ile oczywiście Biały Dom nie postanowi szukać porozumienia z Moskwą czy Paryżem. Ale to przecież niemożliwe – Donald Trump jest na takie szalone zwroty zbyt stabilny i przewidywalny.