Staczamy się na samo dno. Tam, gdzie maltretowanie, katowanie, zadawanie bólu i cierpienia jest normą samą w sobie. Ludzie nie są z natury dobrzy. My nie jesteśmy dobrzy.
Przychodził do jej pokoiku nocami. A potem siłą ściągał piżamkę i przyciskał do niej swoje ciało. Gdy krzyczała, dostawała w twarz. Gdy zaczynała płakać, była duszona. Gwałcił ją. A potem zostawiał w łóżeczku niczym wytarmoszoną lalkę. Z małej córki przerzucał się na żonę. Wybijał zęby, obijał ciało. Dla urozmaicenia wsadzał jej głowę do wersalki, wchodził na mebel i skakał po nim, dopóki żona nie przestawała się ruszać. Ten horror wydarzył się naprawdę. Gehenna matki i córki z Nowej Soli trwała latami. Wiadomo, że mężczyzna gwałcił córkę przez co najmniej sześć lat.
Reklama

Reklama
Latami trwały cierpienia kobiety z okolic Krosna Odrzańskiego. Dręczona, bita, zastraszana. Kopana i okładana pięściami. Przez własnego syna. Niejeden raz mówiła, że w końcu dziecko ją zabije. I co z tego, że rodzina miała założoną niebieską kartę? Nie chciała oskarżać syna, czasami zapewniała wręcz, że jest trochę lepiej. Podczas ostatniej awantury 28-latek skakał po matce tak długo, aż pękła jej śledziona. Kobieta zmarła.
Dziś przemoc to już nie siarczyście wymierzony policzek, popchnięcie, wyzwanie od najgorszych i wyrzucanie rzeczy osobistych przez okno. Nie. Dziś przemoc to oblewanie kwasem, podpalanie czy gwałcenie z użyciem ostrych narzędzi. Albo prowadzanie na smyczy. Tak, to ostatnie także się wydarzyło. W dużym mieście i „przyzwoitej” rodzinie. Ofiarą była 34-letnia kobieta, którą mąż, biznesmen, postanowił „wychować”. Upokarzał ją miesiącami, bo założył się z kolegami, że „nauczy swoją kobietę posłuszeństwa”. Najgorzej było, kiedy wypił, bo wtedy właśnie prowadzał ją na smyczy jak psa i w szale sprawdzał torebkę i telefon, wmawiając jej, że go zdradza. Regularnie bita, wykorzystywana siłą, poniżana nie była nawet w stanie sama uciec. Gehennę przerwała jej siostra, która pod nieobecność kata zabrała ofiarę do siebie. Kobieta z ciężkim załamaniem trafiła do szpitala psychiatrycznego.
Doktor Joanna Stojer-Polańska, prawniczka, kryminalistka, wykładowczyni na Uniwersytecie SWPS w Katowicach, podkreśla, że katowanie najbliższych, podobnie jak przestępstwa seksualne popełniane w rodzinie, wciąż w dużej mierze pozostają niezgłaszane. – Ludzie cierpią w milczeniu, bliscy kryją siniaki i skutki stosowania przemocy psychicznej. Tak naprawdę nie znamy skali tego zjawiska – podkreśla.
Giń, ścierwo
Cierpienie, jakie jesteśmy w stanie zadać nie tylko obcym, lecz także bliskim nam osobom, budzi przerażenie. Z danych policji wynika, że w ubiegłym roku ponad 91 tys. osób padło ofiarą domowej przemocy. Mniej niż w poprzednich dwóch latach, lecz jeśli porównywać do 2013 r., to o prawie 5 tys. więcej. Poza tym, jak podkreślają stowarzyszenia wspierające ofiary, to dane oficjalne, bez informacji o poszkodowanych zgłaszających się do ośrodków pozapolicyjnych. Z badań, które przeprowadziła m.in. prof. Beata Gruszczyńska z Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości, wynika, że każdego roku przemocy fizycznej lub seksualnej doświadcza od 700 tys. do 1 mln Polek, a 10 proc. kobiet w Polsce zostaje ofiarami gwałtu lub usiłowania gwałtu. Do tego każdego roku ginie ok. 150 kobiet, które są ofiarami przemocy domowej. Są katowane bez względu na porę dnia, choć nadal większość tortur ma miejsce pod osłoną mroku. Jakby po ciemku kopanie w twarz żony i podpalanie jej zapalniczką było mniej straszne. Nie ma też dnia, żeby kolejne dziecko nie trafiło do szpitala ze śladami pobicia.
Nie ma tygodnia, żeby internauci nie organizowali kolejnej akcji poszukiwania sprawcy maltretowania psa czy kota. Bez szacunku do życia, do istnienia. W Chorzowie sadysta skatował psa i wyrzucił do śmietnika. 17-letnia suczka miała tak rozległe obrażenia, że musiała zostać uśpiona. Inny pies, nazwany przez ludzi, którzy go odratowali, Bolkiem, ma zgruchotaną czaszkę. Luźne kości gniją wewnątrz. Jakby bicia i duszenia psa było mało. Kolejni sprawcy zakopują szczeniaki żywcem, tłuką siekierą, okaleczają, ciągną za samochodem.
Skąd w nas tyle agresji, bestialstwa, zwyrodnialstwa? Czy faktycznie człowiek rodzi się zły? Łukasz Barwiński, psycholog i pedagog resocjalizacyjny, biegły z zakresu psychologii sądowej, doktorant w Instytucie Psychologii UJ i specjalista Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, podkreśla, że skłonność do zachowań agresywnych to mroczny efekt dziedzictwa naszego gatunku. – Ukształtowała się jako mechanizm, który umożliwiał osiągnięcie sukcesu w znaczeniu przetrwania oraz reprodukcji. Jeśli mechanizm ten rozwijał lub kształtował się wystarczająco długo, a w tej perspektywie mówimy przecież o setkach czy tysiącach lat, to nic dziwnego, że silnie tkwi w każdym z nas – tłumaczy. – Z biegiem czasu staliśmy się społeczeństwem bardziej cywilizowanym. Wykształciliśmy sprawniejsze metody kontroli zachowań agresywnych oraz systemy karania i przeciwdziałania. To dlatego oczekujemy, że każdy z nas będzie potrafił w mniejszym lub większym stopniu, ale jednak zawsze regulować zachowania agresywne.
Inteligentni, czarujący, niebezpieczni
Rok 2010, Marta K. ma na ciele „obrażenia w postaci licznych wybroczyn, wylewów i podbiegnięć krwawych w okolicy żuchwy, podbródka, okolicy czołowo-skroniowej z obrzękiem tkanek miękkich w powiece górnej lewej”. „Zmasakrowane zwłoki nie pozostawiają złudzeń, że padła ofiarą wyjątkowego sadysty” – pisze reporter portalu NewsBook Arkadiusz Panasiuk. Podejrzanym jest Maciej T., obiecujący adwokat, z którym kobieta miała romans. To on wezwał karetkę, ale ratownicy stwierdzili, że Marta już nie żyła. Śledczym Maciej T. tłumaczył, że nie chciał zrobić jej nic złego, a podduszanie podczas stosunku miało spotęgować doznania seksualne. Tyle że jak wykazała sekcja zwłok Marty, do stosunku tej nocy nie doszło. Pochodzący z majętnej rodziny T. robił wszystko, aby udowodnić, że jest niewinny i uniknąć więzienia. Jednym z powołanych świadków był podobno znany seksuolog, który miał przekonywać sąd, że T. cierpi na dewiację seksualną. Sąd uznał jednak T. za winnego śmierci Marty K., a motyw seksualny został wykluczony. Młody, czarujący adwokat z dobrego domu na 25 lat trafił do więzienia.
Robert D. Hare, kanadyjski psycholog, twórca skali obserwacyjnej psychopatii, autor książki „Psychopaci są wśród nas”, nazwałby Macieja T. psychopatą. Hare twierdzi, że właśnie takie osoby, całkowicie pozbawione sumienia i wrażliwości na potrzeby innych, egoistycznie zdobywają to, czego pragną. I postępują tak, jak zechcą, łamiąc przyjęte w społeczeństwie zasady bez poczucia winy. Jak się przed nimi chronić? Jak ostrzega Hare, najbardziej zdradliwe jest to, że niemal wszyscy psychopaci na samym początku są czarujący. Posiadają niezwykłą moc przyciągania. „Moja znajoma nawiązała kilka lat temu romans z mężczyzną, którego poznała w kościele. Wydawał się człowiekiem o nieposzlakowanej opinii. Mówił, że studiował zarządzanie na renomowanej uczelni. Znajoma zastanawiała się nad zainwestowaniem w promowane przez niego przedsiębiorstwo. Spotkawszy tego człowieka, napomknąłem, że jesteśmy absolwentami tego samego uniwersytetu. Nie był skłonny wspominać swoich studiów i konsekwentnie zmieniał temat rozmowy. Wzbudziło to moje podejrzenia. Popytałem tu i ówdzie, i dowiedziałem się, że wcale nie studiował na mojej uczelni. Dalsze dochodzenie ujawniło, że jest oszustem poszukiwanym w kilku krajach. Ostatecznie uciekł z miasta, znajoma zaś pozostała z głębokim rozczarowaniem, rozgniewana na mnie, bo zniszczyłem jej świat fantazji” – pisze Hare, podkreślając tym samym, że ofiarą manipulującego psychopaty paść można w każdym środowisku.
Niestety, rozpoznanie jest bardzo trudne. Problem z psychopatami mają także specjaliści. Zdaniem Stojer-Polańskiej samo diagnozowanie psychopatii jest trudne, ponieważ pojęcie to odnosi się do skali zachowań, liczby pewnych cech przypisywanych temu zaburzeniu. Czyli można mieć cechy psychopatyczne (np. brak wyrzutów sumienia, brak odczuwania strachu, brak zrozumienia emocji innych), a nie być psychopatą. – Funkcjonują w życiu społecznym psychopaci, którzy nie stosują przemocy fizycznej. Zdarza się też, że ktoś postępuje brutalnie wobec bliskich, a nie jest psychopatą. Nie do końca jest też jasne, jakie są przyczyny stosowania przemocy zarówno w rodzinie, jak i wobec obcych – podkreśla. – Może wynikać to z zaburzeń psychicznych i nadużywania alkoholu, stylu wychowania, negatywnych wzorców zachowania. Ale eskalacja przemocy jest procesem, więc można jej zapobiegać. O ile w odpowiednim czasie zauważymy sygnały ostrzegawcze.
Także Łukasz Barwiński podkreśla, że pomimo wielu prób podejmowanych przez badaczy nie do końca udało się ustalić przyczyny agresji. – Przykładowa sytuacja: osoba pochodząca z dobrego domu, wychowująca się w sprzyjających warunkach, niemająca wzorców negatywnych zachowań, któregoś dnia zachowuje się agresywnie. I to w taki sposób, że narusza nie tylko normy moralne, ale także prawne. Trudno dopasować do takiej sytuacji typowe czynniki rodzące agresję. Dlatego poszukując przyczyn zachowań agresywnych, warto odwoływać się do mechanizmów związanych z emocjonalnym funkcjonowaniem człowieka oraz zdolnością do samokontroli. Same cechy, takie jak impulsywność, niestabilność i reaktywność emocjonalna, niski poziom empatii, skłonność do dominacji oraz instrumentalnego traktowania innych, niewielka wrażliwość na potrzeby innych, nic jeszcze nie znaczą. Problem pojawia się w sytuacji, kiedy dochodzi do specyficznej konfiguracji i natężenia tych cech. Właśnie wtedy możemy mieć do czynienia z antyspołecznym zaburzeniem osobowości w postaci osobowości dyssocjalnej lub psychopatii. Teoretycznie zaburzenia te występują zaledwie u kilku procent populacji. Gdyby jednak przyjrzeć się np. grupie więźniów, wskaźniki rozpowszechnienia tych zaburzeń osobowości gwałtownie wzrastają – tłumaczy.
Anioły i demony
Czy na to, co dzieje się już nie tylko za drzwiami polskich mieszkań, ale też na ulicy, w autobusie, sklepie, można mimo wszystko spojrzeć przez różowe okulary? Zdaniem Stevena Pinkera jak najbardziej. Ten znany psycholog ewolucyjny z Uniwersytetu Harvarda jest przekonany, że jeśli chodzi o przemoc, to żyjemy w bardzo dobrych czasach. Niemalże najlepszych dla naszego gatunku. Tłumaczy to zwycięstwem aniołów nad naszymi wewnętrznymi demonami. W książce „Zmierzch przemocy. Lepsza strona naszej natury” Pinker usiłuje dowieść, że przemoc na całym świecie maleje, a homo sapiens przyjmuje coraz bardziej anielską twarz. Słuchając Pinkera i mając przed oczami kolejne doniesienia o krwawych, rodzinnych jatkach, trudno nie popukać się w czoło. – Chyba aż tak bardzo nie zmieniamy się na przestrzeni dziejów – zauważa Stojer-Polańska.
Doktor Aleksandra Hulewska, psycholożka i psychoterapeutka, uczula, że analiza dziejów ludzkości pokazuje, że agresja to fenomen, który towarzyszy nam od zawsze. – Proszę sobie przypomnieć wymyślne sale tortur w średniowiecznych więzieniach albo niebywałe wprost okrucieństwa inkwizytorów. W mojej opinii ludzkość jest tak samo agresywna jak w poprzednich epokach. Zmieniły się za to narzędzia, które mogą być wykorzystywane w celu zadania bólu drugiej osobie – podkreśla. – Kiedyś były to pale, na które nabijano, stosy, na których palono. Dzisiaj, poza narzędziami agresji bezpośredniej, jak broń, mamy do dyspozycji nowe technologie – w tym internet. A to daje atakującym większy arsenał możliwości i szersze pole do kreatywności.
Z kolei zdaniem Barwińskiego gotowość do przemocy i krzywdzenia innych jest tym większa, im bardziej sprzyjające są warunki dla ujawnienia tkwiących w nas czynników ryzyka. I tak np. jeśli jakaś osoba będzie postrzegać agresję jako jedyny albo najlepszy sposób realizacji swoich potrzeb lub osiągnięcia celu, tym łatwiej takie zachowania będzie wykorzystywać. Na łatwość wyboru przemocowych strategii działania na pewno wpływa rosnące tempo naszego życia, promowanie postawy konsumpcyjnej. Wszystko to sprzyja przedkładaniu własnych potrzeb nad potrzeby innych, a w konsekwencji nieliczenia się z nimi. Stąd już tylko krok do podejmowania działań, które nawet jeśli sprawiają komuś cierpienie i są krzywdzące, to usprawiedliwiamy je własnymi, egocentrycznymi dążeniami.
Może właśnie dlatego poszukiwania przyczyn agresji, a także osobowości psychopatycznej prowadzą niekiedy do dość zaskakujących odkryć. Tak było w przypadku zespołu Davida Goldmana z amerykańskiego Krajowego Instytutu Badań nad Nadużywaniem Alkoholu i Alkoholizmem. Goldman ogłosił, że za impulsywną przemocą, zwłaszcza w przypadku mężczyzn po alkoholu, może się kryć genetyczna mutacja. Chodzi dokładnie o mutację genu HTR2B. Naukowcy wykryli go podczas badania brutalnych przestępców osadzonych w fińskich więzieniach. Szybko okazało się jednak, że mutację HTR2B, znaną jako Q20, wykryto jedynie u Finów. I tak jak fińską agresję można tłumaczyć mutacją genu, tak nadal trwa poszukiwanie przyczyn przemocy u przedstawicieli innych narodowości.
Ciemna strona
Naukowcy szukają odpowiedzi na pytanie – skąd w nas skłonność do przemocy – na różne sposoby. Ciekawą teorię kultywacji postaw prof. George’a Gerbnera cytuje dr Hulewska. Zgodnie z nią nie tyle w społeczeństwie wzrasta liczba psychopatów, ile w odbiorcach przekazów medialnych wzrasta subiektywne poczucie, że tego rodzaju osób jest w populacji więcej. Według Gerbnera częste oglądanie telewizji zmienia sposób postrzegania rzeczywistości.
W swoich studiach nad odbiorcami TV badacz interesował się dwiema grupami – osobami, które oglądają telewizję bardzo często (określił ich jako typy telewizyjne), i tymi, którzy sporadycznie korzystają z tego środka masowego przekazu (typ sporadycznego widza). Interesowały go związki między sposobem przedstawiania przemocy w telewizji (częstotliwość występowania scen przemocy w wiadomościach, serialach etc., osoby w roli sprawców i ofiar na ekranie itd.) a postawami odbiorców. Okazało się, że prawdopodobieństwo, iż zostanie się ofiarą przemocy w ciągu najbliższego tygodnia, wynosiło u odbiorców stałych 1 do 10, a u sporadycznych 1 do 100. Tymczasem faktyczne statystyki przestępstw pokazywały, że najbardziej realistyczny byłby szacunek 1 do 10 000. Dodatkowo w tamtym okresie większym zagrożeniem był wypadek samochodowy niż przemoc. U obu typów widzów strach, że staną się ofiarą napaści ulicznej, był więc proporcjonalny do czasu spędzonego przed telewizorem.
– Badania Gerbnera prowadzą do takiego wniosku: ponieważ media coraz częściej nagłaśniają przypadki agresji i przemocy, to odbiorcy – wbrew policyjnym statystykom – przeceniają częstotliwość występowania tego rodzaju zdarzeń w codziennym życiu. Mówiąc językiem psychologii społecznej – tego rodzaju zdarzenia stają się bardziej dostępne poznawczo, lepiej je pamiętamy i łatwiej je sobie przypominamy. Mamy skłonność do interpretowania świata przez kontekst, który tworzą, a w konsekwencji przeszacowujemy częstotliwość ich występowania – tłumaczy Aleksandra Hulewska.
Doktor Stojer-Polańska dodaje, że zdarza się oczywiście, iż sprawca przemocy inspiruje się postacią fikcyjną z filmu lub serialu. Jednak o ile może się wzorować co do sposobu działania, to przyczyny zachowań agresywnych są dużo bardziej złożone, zwykle uwarunkowane wieloma czynnikami. Oglądanie brutalnych treści w mediach często jest skutkiem, a nie przyczyną. Przypadki brutalnych zachowań wobec innych są często eksponowane w mediach – a to dlatego że, niestety, interesujemy się bardzo ciemną stroną człowieka, zwłaszcza jeśli dotyczy to innych, a nie nas samych.
Dziś przemoc to już nie siarczyście wymierzony policzek, popchnięcie, wyzwanie od najgorszych i wyrzucanie rzeczy przez okno. Nie. Dziś przemoc to oblewanie kwasem, podpalanie czy gwałcenie z użyciem ostrych narzędzi. Albo prowadzanie na smyczy. Tak, właśnie na smyczy. Ofiarą była 34-letnia kobieta, którą mąż, biznesmen, postanowił „wychować”. Upokarzał ją miesiącami, bo założył się z kolegami, że „nauczy swoją kobietę posłuszeństwa”