Reklama
BDM Edu, Bielsko-Biała 2021 / Materiały prasowe
Czytelnicy tej kolumny powinni już Dziewita kojarzyć. Od lat z uwagą śledzę jego pisarskie poczynania. Pisarzem jest Dziewit nietypowym. Nie wywodzi się ani z medialnego, ani z żadnego literackiego establishmentu. Jego pisanie wychodzi – by tak rzec – prosto z bebechów życia. Polskiego życia. I to jest w Dziewitowym pisaniu najcenniejsze. Jego pierwsza książka traktowała o prowincjonalnych galeriach handlowych. Takich, co już w ubiegłej dekadzie rosły jak grzyby po deszczu w polskich miastach średnich i mniejszych rozmiarów. Dziewit wybrał ten temat, bo sam próbował swoich sił jako galerianin – to znaczy przedsiębiorca działający w jednej z takich placówek. Tamte (trudne) doświadczenia zebrał i opisał w „Przeliczonych” – pionierskiej analizie polskiego handlu detalicznego dokonanej – by tak rzec – z żabiej perspektywy.
„Przeliczeni” stali się naturalną trampoliną do kolejnych projektów. To znaczy do książki „Franczyza – fakty i mity”, która jest kopalnią wiedzy na temat tego modelu biznesowego w polskiej rzeczywistości kapitalistycznej. Ściśle powiązana z tą tematyką jest także przedostatnia książka Dziewita „Kiedy odchodzą”. Tu z kolei mamy – znów pionierski – reportaż o przegranych drobnej przedsiębiorczości (choć nie tylko). Przegranych do tego stopnia, że decydują się na odebranie sobie życia. Daniel Dziewit ma też na koncie prowadzenie przez kilka lat portalu będącego trochę źródłem wiedzy, a trochę miejscem pośrednictwa pracy dla przybywających do Polski w ostatnich latach Ukraińców i Ukrainek.
Piszę o tym wszystkim, by jakoś umiejscowić Dziewita na polskiej mapie wydawniczej. Ale także po to, by przygotować państwa na jego kolejny projekt książkowy. Czyli na „Homo entera” – wydaną w formacie przypominającym smartfona książeczkę (nieco ponad 160 stron). Jest to znowu gatunkowa hybryda. Trochę poradnik postępowania w sieci, a trochę esej w konwencji elegii za utraconym papierowym światem. Dziewit pisze o niebezpieczeństwach wynikających z bycia w stanie ciągłego stanu online. Momentami jest tu wręcz bliski postulatowi antycyfrowego postu. Ascezy, która niejednemu z nas (a może i większości) dobrze by się pewnie przysłużyła. Wszystko to podane jest w formie przystępnej, bez napuszenia czy nadmiernego pouczania.
Oczywiście nie ma co stawiać przed „Homo enterem” zbyt daleko sięgających ambicji. Książka – jeśli dobrze rozumiem zamysł autora – ma być przede wszystkim przydatna. Dla tych, co zechcą po nią sięgnąć, ma stanowić propozycję drogowskazu w cyfrowej codzienności. Jest też zapisem zmagań z życiem w stanie ciągłego podłączenia. Zmagającym się jest zwykły człowiek. Ale człowiek odważny na tyle, by o tych zmaganiach spróbować innym ludziom opowiedzieć. Bez lęku, że ktoś mu powie „banalne” albo „już to wszystko przecież dobrze wiemy”.