Z Alexem Tabarrokiem rozmawia Sebastian Stodolak
Unia Europejska chciałaby zawiesić patenty na szczepionki, aby przyspieszyć proces ich produkcji i obniżyć ceny. Prezydent USA Joe Biden popiera ten postulat. Czy uda się dzięki temu osiągnąć zakładane cele?
Cóż, sam byłem zaangażowany w pracę zespołu pod kierunkiem nagrodzonego Nagrodą Nobla ekonomisty Michaela Kremera, który doradzał rządom w sprawie polityki szczepionkowej niemal od początku kryzysu.
Reklama
Którym rządom?
Rozmawialiśmy przede wszystkim z przedstawicielami rządów amerykańskiego i brytyjskiego, ale też innych władz i organizacji, takich jak Bank Światowy.

Reklama
W porządku. Polityka zawieszania patentów jest więc dobra czy zła?
Zła. Idźmy na całość, ale nie podkopujmy znaczenia patentów. Opowiadaliśmy się za dużymi inwestycjami w potencjał produkcyjny szczepionek jeszcze na etapie badań. Chodziło o to, by mogły być wytwarzane w dużych ilościach już na etapie ich zatwierdzania lub nawet wcześniej. W ramach operacji „Warp Speed” w Stanach Zjednoczonych poczyniono spore inwestycje, które dziś przynoszą zyski. Żaden kraj nie zainwestował jednak tyle, ile zalecaliśmy. Częściowo było to przyczyną późniejszych problemów produkcyjno-dystrybucyjnych.
Jak duża była przepaść między kwotami, które zainwestowano, a tymi, które powinny były być zainwestowane?
Postulowaliśmy wydatki rzędu 150 mld dol. globalnie, tymczasem w ramach operacji „Warp Speed” USA wydały około 15 mld dol., a Brytyjczycy i Europejczycy o kilka miliardów więcej. Dokładne liczby zależą od tego, co się liczy. Rok temu powinniśmy byli znacznie więcej inwestować w cały łańcuch dostaw szczepionek. Mówienie teraz, że rozwiążemy problem niedoboru poprzez zawieszenie patentów, jest absurdalne. Problemem nie jest własność intelektualna, lecz to, że mamy zbyt małe moce produkcyjne. Większym ograniczeniem dla wytwarzania szczepionek niż patenty są dzisiaj np. specjalne plastikowe torby, których używa się w bioreaktorach. Nie mamy ich wystarczającej ilości. Zawieszenie patentów to tylko sygnalizowanie cnoty (ang. virtue signalling – wypowiedzi mające demonstrować moralną wrażliwość i poparcie dla słusznych celów bez podejmowania realnych działań na ich rzecz – red.), odwracające uwagę od zaniedbań inwestycyjnych rządów. Nie pomoże to w przyśpieszeniu produkcji.
Nikt w branży nie przewidział, że będziemy potrzebować plastikowych torebek?
Te torby zastępują bioreaktory, których budowa trwałaby jeszcze dłużej. Do produkcji szczepionek potrzeba tysięcy składników, często pozyskiwanych z całego świata, w tym takich rzeczy jak wątroba rekina. Biorąc to pod uwagę, Pfizer i Moderna bardzo dobrze poradziły sobie z prognozowaniem i budowaniem zdolności produkcyjnych od podstaw. A fundacja CEPI (Coalition for Epidemic Preparedness Innovations), czyli przedsięwzięcie finansowane przez Billa Gatesa, wyprzedziło wszystkich w tej kwestii. Niesamowita rola CEPI w przygotowaniu świata na pandemię to historia, którą ktoś musi opisać.
Czy patenty odegrały ważną rolę, gdy producenci rozważali przystąpienie do badań nad szczepionką? Czy gdyby nie one ktokolwiek zaangażowałby się w takie badania?
Zwróćmy uwagę na psa, który nie zaszczekał.
To znaczy?
Jest wiele koncernów farmaceutycznych, które nie zainwestowały w produkcję szczepionek. Mogły, ale tego nie zrobiły. Dlaczego? Bo produkcja szczepionek jest bardzo trudna, perspektywy sukcesu są niepewne, a nawet jeśli się uda, zyski są niskie. Nasz problem polega na tym, że producenci zarabiają zbyt mało pieniędzy, a nie na tym, że zarabiają zbyt dużo. Inwestor zrobiłby znacznie lepiej, wkładając w tym roku pieniądze w Dogecoina niż w Pfizera czy Modernę. Nawet jeśli te ostatnie mają uratować świat.
Czy to tylko kolejny dowód na to, że inwestorzy są irracjonalnymi chciwcami, jak to diagnozowali niektórzy lewicowi ekonomiści?
Dogecoina komentował nie będę (śmiech). Ale pamiętajmy, że firmy farmaceutyczne inwestują dzisiaj, by produkować leki za 10 i 20 lat. To dobry przykład sektora zorientowanego na długą perspektywę. Wracając do patentów szczepionkowych – mogą one zachęcać do inwestycji, ale to sytuacja zdecydowanie inna niż w przypadku wynajdywania nowych cząsteczek chemicznych, czyli zwykłych leków. W branży szczepionek to proces jest produktem, co oznacza, że sama formuła, którą można opatentować, jest jednym z najmniej ważnych aspektów. Sekretem dobrego jedzenia w Nomie nie jest przepis, lecz szef kuchni. Produkcja szczepionki wymaga transferu technologii, czasu i personelu – zwłaszcza w przypadku preparatów mRNA, które nigdy nie były produkowane na skalę przemysłową. Pamiętajmy, że szczepionki zostały zaprojektowane w ciągu kilku dni od rozszyfrowania wirusa. Część projektowa to łatwizna. To cud, że firmy Pfizer i Moderna były w stanie zwiększyć produkcję tych szczepionek. To niesamowite osiągnięcie nauki, logistyki i zarządzania, które powinno zaowocować Nagrodami Nobla i wysokobudżetowymi filmami. Dzisiaj nigdzie na świecie nie ma niedziałających fabryk mRNA. A kiedy inne zakłady zaczną się rozkręcać, własność intelektualna nie będzie stanowiła zbyt dużej bariery dla produkcji.
Swoją drogą, czy śledził pan negocjacje pomiędzy Unią Europejską a producentami szczepionek? Niektórzy eksperci twierdzą, że UE poniosła w tej kwestii klęskę. USA, Wielka Brytania, Izrael szczepią się bardzo szybko, Europa ma spore opóźnienie.
UE działała w sposób ślamazarny, tracąc czas na sprzeczki o cenę preparatu. Obliczyliśmy, że każda szczepionka to korzyści w wysokości tysiąca dolarów, a cena wynosiła przecież tylko 5–50 dol. za sztukę w zależności od producenta. Dywagowanie nad kilkoma dolarami było szaleństwem. Jednak w końcu Unia wzięła się do roboty i sytuacja wygląda teraz znacznie lepiej.
Ogromne pieniądze publiczne, interwencja państwa – jak na takie rozwiązania w pandemii patrzy wolnorynkowy ekonomista?
Inwestycje publiczne były korzystnym i silnym bodźcem dla niedostatecznie zmotywowanych producentów. Z punktu widzenia otwierania gospodarki wartość szczepionek idzie w biliony, ale producenci przechwytują tylko niewielką część całkowitych zysków z ich wytwarzania. Dlatego jest sens w tym, aby rząd oferował wysokie ceny za te preparaty albo żeby subsydiował produkcję – to ostatnie byłoby najprostszym i najszybszym rozwiązaniem.
Fundusze publiczne powinny być wykorzystywane do reagowania na każde przyszłe zagrożenie pandemią? To jest bluźnierstwo dla klasycznych liberałów.
(Śmiech) Cóż, jestem libertarianinem przez 99 lat w ciągu stulecia, ale gdy uderza pandemia lub asteroida, potrzebne są duże inwestycje rządowe. Kluczowe pozostaje jednak wykorzystanie sił rynkowych. I tak np. znaczącym elementem operacji „Warp Speed” było zniesienie regulacji. Centers for Disease Control and Prevention (amerykańska agencja rządowa ds. przeciwdziałania chorobom i zwalczania epidemii – red.) i Food and Drug Administration (amerykańska agencja ds. bezpieczeństwa leków i żywności – red.) naprawdę nas zawiodły. Tak więc z pandemii można wyciągnąć wiele libertariańskich lekcji.
Czy patenty na pewno nie są problemem dla innowacji medycznych? W historii zdarzało się, że spowalniały postęp gospodarczy. Klasycznym przykładem jest silnik Watta – technologia ta nie była ulepszana, dopóki nie wygasła ochrona patentowa. Może sam fakt, że jesteś twórcą innowacji, daje ci przewagę nad innymi, więc dodatkowe zyski z ochrony patentowej nie są potrzebne?
Ochrona patentowa faktycznie może być zbyt silna. Na przykład jeśli pozwolisz ludziom objąć patentami handel internetowy z mglistym opisem samej idei, czym ten handel jest, to wtedy mogą one spowolnić innowacje. Nie ma jednak jednej teorii, która jest prawdziwa wszędzie i dla wszystkich dóbr. Patenty mają dużo lepsze uzasadnienie w przypadku farmaceutyków, gdzie są wysokie koszty innowacji i niskie koszty imitacji, niż w przypadku oprogramowania, gdzie koszty innowacji i imitacji są zbliżone.
Patentowanie takich rzeczy, jak zakup jednym kliknięciem myszki, nie jest dobrym pomysłem, podczas gdy patentowanie nowej szczepionki jest?
Tak. Chciałbym zobaczyć bardziej elastyczny system patentowy. Rok, trzy lata dla patentów na oprogramowanie, 10 lat na coś bardziej skomplikowanego, a tylko na produkty, takie jak farmaceutyki – z bardzo dużymi kosztami badań i rozwoju – patenty na 20 lat.
Nawet ci, którzy mówią, że patenty są ważnym bodźcem do innowacji, widzą z tym problemy w branży farmaceutycznej. Jeśli możesz opatentować specyficzną formułę leku, dostajesz dodatkową premię. Jeśli premia jest wystarczająco wysoka, inni mają zachętę do inwestowania w ponowne wynalezienie twojego leku, tyle że z nieco zmodyfikowaną formułą, nie zaś w badania nad zupełnie nowymi lekami. Czy ten problem można rozwiązać?
Patenty mają często zbyt szeroki charakter. Thomas Edison został pozwany, ponieważ zarzucano mu, że naruszył wcześniejszy patent opisujący użycie elektryczności i rezystora do wytwarzania światła. Tyle że właściciel patentu nie wiedział, jakiego materiału użyć jako opornika. Edison wypróbował tysiące materiałów, zanim znalazł ten właściwy. Na szczęście sądy orzekły na jego korzyść. Jednak od lat 80. XX w. sądy częściej brały stronę właścicieli szerokich patentów i dopiero ostatnio Sąd Najwyższy USA zaczął zmieniać orzecznictwo na rozsądniejsze. Uzyskanie równowagi pomiędzy zachętami do innowacji i do dyfuzji jest jednym z najtrudniejszych obszarów w ekonomii i nie ma tu prostych reguł.
Edison nie był więc trollem patentowym, jak rysują go miłośnicy Nikoli Tesli?
Edison były sam trollowany, w każdym razie bardziej, niż trollował innych.
A skoro mowa o trollach patentowych, to firm specjalizujących się w skupie patentów jest dzisiaj dużo. Czy są one wielką przeszkodą dla innowatorów? A może powinniśmy traktować je jak spekulantów? Wykupują pozornie bezużyteczne patenty, gromadzą je, czekając, aż ktoś odkryje dla nich nowe zastosowanie, i dopiero wtedy czerpią z tego zyski? Może bycie trollem to nic złego?
Teoretycznie istnienie wyspecjalizowanych firm, którym można sprzedać patenty, to korzystna sytuacja. W praktyce jednak trolle przeszukują bazy danych w poszukiwaniu niejasnych patentów, które mogą być na ich korzyść interpretowane przez sąd zbyt szeroko. Pod warunkiem oczywiście, że firma znajdzie sędziego o odpowiednim nastawieniu.
Że go przekupi?
Chodzi o to, że troll patentowy ma – przynajmniej w USA – pewną możliwość wyboru sędziego dzięki temu, że może zadecydować, kiedy i w jakim sądzie złoży pozew.
A co, jeśli pozbędziemy się patentów i zamiast tego ustanowimy wysokie nagrody za wartościowe cele? Takie propozycje też są wysuwane.
O tak! Może nie chodzi o to, by jedno zastępować drugim, ale jestem wielkim zwolennikiem nagród. Szczególnie interesujący jest pomysł Michaela Kremera na wykup patentów. Rząd nabywa patent, a następnie przekazuje do domeny publicznej. W istocie przekształca go wtedy w nagrodę. Wielką zaletą wykupu patentów jest to, iż zachęca do innowacji i dyfuzji pomysłów jednocześnie. Odstąpienie od nich skutkowałoby zmniejszeniem inwestycji. Pamiętajmy, że nie ma darmowych obiadów. Musisz zapłacić za to, czego chcesz. Wściekam się, kiedy ludzie próbują iść na skróty, chcąc znosić patenty. Karanie innowatorów nie jest w porządku i rzadko działa.
A czy istnieją empiryczne dowody na to, że nagrody będą zachęcać do innowacji?
Mamy kilka historycznych przykładów na dobre funkcjonowanie systemu nagród, np. nagrody Longitude, które rząd brytyjski przyznawał w XVIII w. odkrywcom nowych, ulepszonych metod nawigacji. Ostatnio ustanawiano nagrody za wymyślenie nowego typu żarówki czy za rozwiązywanie problemów informatycznych, jak ulepszenie algorytmu Netflixa. To całkiem dobry pomysł, gdy standardowe procedury zawodzą i chcesz do podjęcia próby rozwiązania danego problemu skłonić jak największą grupę ludzi. Reklamując szeroko te nagrody w społeczeństwie, możesz uzyskać recepty, których nigdy nie uzyskałbyś zatrudniając ekspertów. Ale nie zapominaj, że to eksperci zwykle mają rację!
Cały czas to słyszymy. Ale w przypadku szczepionek nawet eksperci nie są w stanie przekonać części społeczeństwa, że nie powstały one w wyniku spisku. Reputacja Big Pharmy jest tak zła, że w Polsce 20 proc. osób dorosłych nie chce się szczepić.
Nastroje antyszczepionkowe są tak stare jak same szczepionki i nie mają wiele wspólnego z ich producentami.
Tak całkowicie ich rozgrzeszamy? Nicholas Nassim Taleb twierdzi, że w dzisiejszych czasach Big Pharma specjalizuje się w wymyślaniu chorób dla produkowanych przez siebie leków. Kampania marketingowa służąca przekonaniu ludzi, że mają problem i potrzebują na niego recepty, jest przecież znacznie tańsza niż odkrywanie leków na nieuleczalne, ale niezbyt powszechne choroby.
Wracamy tu do pewnej starej i trochę głupiej dyskusji. John Kenneth Galbraith twierdził, że reklama przekonuje ludzi, iż potrzebują rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebują. Cóż, jest to zarówno oczywista prawda, jak i oczywisty fałsz. Prawda jest taka, że nie potrzebuję iPhone'a, modnych ubrań czy domu z klimatyzacją. I co z tego? To ja decyduję, czy chcę tych rzeczy, czyli czy chcę zrezygnować z jednych dóbr i rozrywek na rzecz innych. Wszystkie pragnienia są uwarunkowane społecznie. Kto wie, może w przyszłości ludzie będą chcieli posiadać ogony, futro lub widzieć na podczerwień. Ludzie chcą wielu dziwnych rzeczy, takich jak muzyka Justina Biebera. Kim jestem, by mówić im, co jest naturalne lub nienaturalne? Albo czym jest uzasadnione pragnienie, a czym zbytek? Nie popełniajmy błędu myślenia, że reklama może dowolnie i natychmiast produkować nowy popyt. Nie może. Spróbuj powiedzieć przedsiębiorcy, który ma problemy ze sprzedażą, żeby się po prostu więcej reklamował, i zobacz, jak zareaguje. Żyjemy w konkurencyjnym społeczeństwie, nie ma łatwej drogi do bogactwa.
A co z kryzysem opioidowym w USA? Czy firmy farmaceutyczne nie są po części temu winne?
Ból to poważna sprawa, więc zaradzenie mu to zdecydowanie nie była sztuczna potrzeba. Ale oczywiście doszło do nadużycia. To skomplikowany problem.
Przekupywanie lekarzy, by przepisywali leki, których pacjent faktycznie nie potrzebuje, robienie interesów z rządami, które mają wysuszyć kieszenie podatnika... Nazwanie tego nadużyciem wydaje mi się delikatnym niedopowiedzeniem.
Spójrzmy na to z szerszej perspektywy. Badania Franka Lichtenberga, ale i wielu innych naukowców, wykazały, że każda nowa generacja farmaceutyków zwiększa średnią długość życia i poprawia jego jakość. Leki są bardzo tanie w porównaniu z innymi rodzajami świadczeń medycznych. Przy okazji – jedną z rzeczy, nad którą pracuje Moderna, jest użycie mRNA do wstrzykiwania do mięśnia sercowego komórek, które mają go naprawić po zawale. Zdumiewająca, dużo lepsza technologia niż techniki operacyjne. Ludzie odmawiają szczepień nie dlatego, że nie ufają koncernom. Chodzi raczej o zwykły strach przed igłami i przekonanie, że igła to poważna medycyna. Jestem wielkim zwolennikiem szczepionek donosowych i doustnych, bo o wiele chętniej sięgamy po tabletkę niż po zastrzyk, nawet jeśli efekty są takie same. Ludzie rutynowo zażywają leki, które są znacznie bardziej niebezpieczne niż szczepionki, a nie widzimy teorii spiskowych, np. na temat ibuprofenu. Nastroje antyszczepionkowe dotyczą raczej integralności cielesnej i zamaskowanego strachu przed jej naruszeniem.
Czy można przekonać ludzi do szczepień za pomocą racjonalnych argumentów? Podkreśla pan znaczenie formy, w jakiej ludzie otrzymują szczepionki – tzn. im prościej, tym lepiej. To jak z podręcznika ekonomii behawioralnej. Gubernator New Jersey obiecał darmowe piwo dla każdego, kto się zaszczepi. Co pan na to?
Od dawna twierdziłem, że do każdej karty szczepień powinno się dorzucać bilet na loterię i dzisiaj rządy faktycznie zaczynają to robić. Antyszczepionkowcy dostają co prawda dużo czasu antenowego, ale większą grupę stanowią osoby po prostu wahające się. Można je zachęcić, jeśli szczepienie będzie łatwe i wygodne. Szybkość i wygoda to np. wielka zaleta jednoskładnikowej szczepionki J&J. Jeden strzał i gotowe.
To teraz większy kaliber niż piwo: paszporty szczepionkowe. Popiera pan?
Popieram. Nie sądzę, że będą powszechnie stosowane, ale postrzegam je jako drogę do zniesienia ograniczeń i zwiększanie wolności. Ja np. chcę znowu podróżować, dlatego cieszę się, że Grecja będzie wpuszczać turystów ze szczepionkowym paszportem. Lepiej kilku niż żadnego.
A co z tymi, którzy twierdzą, że wolność powinna być domyślną opcją dla każdego, a nie przywilejem, którego dystrybucja zależy od kaprysu rządu?
Patrzę na to inaczej. Biorę za punkt wyjścia to, gdzie jesteśmy, czyli fakt, że podczas pandemii podróżowanie zostało ograniczone dla wszystkich. Podobnie jeśli chodzi o działanie szkół, restauracji, barów, koncertów, stadionów sportowych itd. Rozsądnie jest stopniowo wracać do normalności – zamknięte dla wszystkich, otwarte dla zaszczepionych, otwarte dla wszystkich.
Wracając do innowacji w lekach. Często zwraca się uwagę, że agencje regulacyjne są zbyt ostrożne przy dopuszczaniu nowych leków i procedur na rynek. Pandemia przetestowała tę tezę. Widzimy, że szczepionki są szybko testowane i zatwierdzane, a przy tym stosunkowo bezpieczne, chociaż wciąż nie znamy skutków długoterminowych. Czy pandemia będzie okazją do uelastycznienia polityki lekowej? A może czeka nas powolny powrót do regulacji i biurokracji sprzed pandemii?
Kiedy władze sanitarne zatwierdzają zły lek, lecą głowy. Wszyscy wiedzą, że popełniono błąd, a ludzie wściekają się, że ich bliski zmarł. Z kolei kiedy władze opóźniają zatwierdzenie dobrego leku, prawie nic się nie dzieje. Niewiele osób w ogóle wie, że popełniono jakiś błąd, dlatego ludzie nie złoszczą się tak bardzo, gdy umiera ich ukochana osoba, która żyłaby, gdyby lek zatwierdzono wcześniej. Ale jest jeszcze gorzej, gdy w wyniku biurokracji dopuszczenie farmaceutyku staje się tak kosztowne, że nie jest w ogóle badany i rozwijany. Pandemia sprawiła, że koszty biurokracji i opóźnień stały się bardziej oczywiste. Dziś więcej ludzi jest w stanie zobaczyć ów niewidzialny cmentarz, na którym spoczywają ofiary biurokracji. Mam nadzieję, że ta świadomość się utrzyma.
Sektor opieki zdrowotnej jest wszędzie silnie regulowany, funkcjonuje dzięki subsydiom. Pandemia to zapewne doświadczenie, które da politykom jeszcze jeden powód do obrony interwencjonistycznego status quo. Czy tak to powinno działać?
Sektor opieki zdrowotnej jest wszędzie w rozsypce, być może szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Mój wniosek jest taki, że pandemia pokazuje korzyści płynące z inwestycji w badania i rozwój, które obecnie są zbyt niski. Wolałbym raczej zainwestować 100 mld dol. w innowacje w medycynie, niż wydać tę kwotę na finansowanie obecnie wykorzystywanych metod leczenia, które przynoszą bardzo niewiele dobrego.
fot. mat. prasowe
Alex Tabarrok badacz innowacji i ekonomista, profesor na Uniwersytecie George’a Masona