statystyki

Szahaj: Po czym poznać prowincję

autor: Andrzej Szahaj01.07.2016, 07:08; Aktualizacja: 01.07.2016, 08:17
Prowincjonalizm to jest pewien stan umysłu, nie zaś fakt geograficzno-socjologiczny.

Prowincjonalizm to jest pewien stan umysłu, nie zaś fakt geograficzno-socjologiczny.źródło: ShutterStock

Pojęcia „prowincja” czy „prowincjonalny” są często używane w języku publicznym. Mówi się o prowincjonalnych teatrach, prowincjonalnych uniwersytetach, prowincjonalnych politykach i prowincjonalnych gwiazdach estrady. Z reguły rozumie się przez prowincjonalne wszystkie te instytucje, które są usytuowane poza stolicą, a przez prowincjuszy ludzi, którzy poza nią działają. W języku polskim (i nie tylko) prowincja kojarzy się źle. Dlatego też pojęcie „prowincjonalny” nie brzmi dobrze. Nawet bez przywoływania definicji słownikowych wiadomo, że oznacza ono coś, co jest poza centrum, gdzieś daleko, czego jakość jest dużo niższa niż rzeczy centralnej czy stołecznej, albowiem jest to z   definicji coś ograniczone mentalnie, zacofane, oddalone od miejsca, gdzie powstają wzory myślenia i działania, nowe dominujące trendy, modne sposoby ubierania się i  jedzenia, nowatorskie style życia i   najlepsze pomysły biznesowe.

Wyliczankę owych zakładanych przewag centrum nad prowincją można by mnożyć. Nie o to jednak idzie, lecz o to, aby zrozumieć ów fenomen klasyfikacji centrum/prowincja oraz zastanowić się, na czym prowincjonalizm faktycznie polega, jeśli uznamy, że kategoria ta rozumiana tak jak powyżej w ogóle ma jakiś sens. Mam co do tego pewne wątpliwości, bo w moim przekonaniu prowincja jest wszędzie, tak jak w pewnym sensie wszędzie może być centrum. Zaraz wyjaśnię, o co chodzi.

Otóż prowincjonalizm to jest pewien stan umysłu, nie zaś fakt geograficzno-socjologiczny. Ów specyficzny stan umysłu polega na braku zainteresowania wszystkim tym, co wykracza poza pewną lokalność, i nieistotne, czy jest to lokalność małego miasteczka, czy wielkiej metropolii. W tym sensie jest się prowincjonalnym wtedy, gdy uznaje się arogancko, że świat kończy się na rogatkach mojego miasta bez względu na jego wielkość lub na granicy mojej wsi, województwa lub stanu, w którym mieszkam, a nawet kraju, którego jestem obywatelem. W   tym sensie można być niezwykle prowincjonalnym, mieszkając w tak wielkiej metropolii jak Nowy Jork, stolicy kraju, jak Warszawa czy Paryż, a nawet w kraju uchodzącym za najpotężniejszy na świecie – jak USA. Jeśli nie obchodzi mnie, co się poza nimi dzieje, jestem prowincjuszem.

Z   kolei można mieszkać w bardzo małej miejscowości i być obywatelem świata w sensie mentalnym. Jest tak wtedy, gdy prócz tego, co swoje czy bliskie, chce się znać to, co odległe i  obce (nie mówiąc już o tym, że tworzy się tam czasami rzeczy wielkie, jak Kant w Królewcu, który najdalej w swoim życiu wyprawił się do Gołdapi). Ma się wtedy szanse na bycie znacznie bogatszym intelektualnie i kulturowo niż zapatrzony w koniec swojego nosa mieszkaniec jakiegoś miejsca, które uchodzi za centralne. Zna się bowiem dobrze to, co najbliższe, lokalne, z punktu widzenia centrum prowincjonalne, a   oprócz tego zna się także to, co centralne (wszak wypada to znać, aby nie być prowincjuszem). W   tym sensie np. mieszkaniec kraju prowincjonalnego, peryferyjnego względem wielkich centrów światowych , ma szanse na bycie znacznie ciekawszym człowiekiem w sensie kompetencji kulturowej niż mieszkaniec jakiegoś kraju centralnego, dominującego. Ten pierwszy może znać to, co najlepsze, w jego własnym kraju (jego kulturze), a jednocześnie to, co najlepsze w kulturze kraju centralnego, ten ostatni zaś z   reguły zadowala się znajomością tego, co w jego oczach uchodzi za jedyne warte uwagi, czyli swojego własnego kraju i jego kultury. Stąd bierze się wrażenie prowincjonalności takich krajów jak Stany Zjednoczone, w   których mało kto chce wiedzieć, co się dzieje poza nimi, czy takich miast jak Paryż, którego mieszkańcy nie są za bardzo zainteresowani tym, czym żyje prowincja (francuska i  pozafrancuska).

Jednym z   ubocznych skutków typowego dla prowincji braku zainteresowania tym, co poza danym miejscem, jest brak wiedzy o   tym, co się tam dzieje, wynikający z   przekonania, że nic się tam nie dzieje albo że nawet jak się coś dzieje, to niewarte jest uwagi. W   przypadku wielu ludzi pracujących w różnych zawodach skutki tego braku zainteresowania tym, co pozacentralne, nie jest istotne. Co najwyżej zubaża to ich wyobraźnię, wiedzę i pozbawia ważnych i ciekawych doznań. W przypadku pewnych zawodów to grzech śmiertelny. Myślę tu przede wszystkim o politykach, dziennikarzach i naukowcach.


Pozostało jeszcze 48% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie