W przyszłym tygodniu przewoźnicy organizują w Radomiu spotkanie z prezesami wszystkich stowarzyszeń przewoźników. Poinformował o tym członek zarządu bialskiego stowarzyszenia przewoźników Krzysztof Maliszewski. Jak mówi, przewoźnikom została już tylko jedna możliwość - dać znać o sobie, że dzieje się im krzywda.

Transportowcy domagają się pomocy od rządu. Właściciele firm transportowych nie zgadzają się m.in. na wprowadzone przez Niemcy niekorzystne dla nich rozwiązania. Od stycznia właściciele firm przewozowych zobowiązani są płacić swoim kierowcom przejeżdżającym przez ten kraj osiem i pół euro za godzinę pracy. Poza tym - jak twierdzą - ich ciężką sytuację finansową pogłębia też brak porozumienia ze stroną rosyjską. Rosja zaostrzyła kary w przypadku stwierdzenia zastrzeżeń co do formalności związanych z pozwoleniami na przejazd. Przewoźnicy zapowiadają, że jeśli rząd nie podejmie skutecznych działań wyjadą na drogi.

Tymczasem problemem polskich przewoźników w Niemczech zajął się dziś polski rząd. Informację premier Ewie Kopacz przedstawiła minister infrastruktury i rozwoju, Maria Wasiak. W dokumencie jest opisany wpływ nowych przepisów na kondycję sektora transportu drogowego.
Sprawą zajęła się też Komisja Europejska. Jeszcze w tym tygodniu ma rozpocząć się procedura przeciwko Niemcom o naruszenie unijnego prawa w kwestii nowych przepisów dotyczących podwyższenia płacy minimalnej. - informują nieoficjalnie współpracownicy unijnej komisarz Elżbiety Bieńkowskiej.

Przepisy wywołały sprzeciw nie tylko w Polsce, bo zaprotestowały przeciwko nim także kraje bałtyckie, Rumunia i Węgry. Wszystkie państwa argumentowały, że jest to naruszenie unijnego prawa, że nie można stosować zasad dotyczących płacy minimalnej wobec kierowców podróżujących po Europie i przejeżdżających przez Niemcy. Współpracownicy polskiej komisarz mówią, że takie też jest przekonanie w Komisji Europejskiej. Dlatego pojutrze ma ona zażądać od władz w Berlinie wyjaśnień. Co więcej Bruksela będzie domagała się szybkiej odpowiedzi. Niemcy będą miały 2 tygodnie na odpowiedź, a nie 70 dni jak przewidują unijne reguły.
Teoretycznie sprawa może zakończyć się pozwem do unijnego trybunału i karami finansowymi nałożonymi na władze w Berlinie, jednak Bruksela chce dać im możliwość wycofania się z przepisów. Nie będzie więc publicznych połajanek, bo Niemcy to duży i ważny kraj w Unii. Komisja, jak można usłyszeć w kuluarach, chce załatwić sprawę szybko i po cichu.

iar wcześniejsze/moc/sk