Zdjęcia setek przybyszów na grecko-tureckiej granicy i przepełnionych pontonów płynących po Morzu Egejskim przypominają Europejczykom o kryzysie sprzed pięciu lat, kiedy 885 tys. osób nielegalnie przekroczyło granice Unii. Jej liderzy zapewniają, że o powtórce kryzysu z 2015 r. nie ma dzisiaj mowy. Ateny jednak na własną rękę próbują zrobić wszystko, by migranci nie postawili stopy na greckiej ziemi. Grecy obawiają się, że przybysze po zamknięciu granic przez kraje bałkańskie utkną w ich państwie. Oprócz posłania na granice służb bezpieczeństwa grecki rząd zdecydował się zawiesić na miesiąc przyjmowanie wniosków azylowych, co krytykują organizacje humanitarne. Także Komisja Europejska przygląda się sprawie, bo takie czasowe zawieszenie może być niezgodne z prawem UE.

Napięta sytuacja w Grecji to konsekwencja wypowiedzenia przez tureckiego prezydenta Recepa Erdoğana umowy zawartej pomiędzy Ankarą a Brukselą w marcu 2016 r. W czasie jej obowiązywania napływ przybyszów z tureckiego wybrzeża do UE radykalnie zmalał. W 2017 r. granicę pomiędzy Turcją a Grecją nielegalnie przekroczyło ponad 42 tys. osób. W 2018 r. Frontex odnotował 57 tys. przejść, natomiast w styczniu tego roku granicę tę przekroczyło nielegalnie 3,4 tys. osób. Liczby te jednak teraz mogą zacząć znacząco rosnąć. Turecka agencja informacyjna Anadolu podała wczoraj, że do greckich granic zmierza 136 tys. osób. Ankara nie uniemożliwia już migrantom przekraczania granicy, a wiele wskazuje na to, że ich do tego wręcz zachęca. Jak doniósł portal „Foreign Policy”, krótko po tym, jak władze w Ankarze zadeklarowały, że granica z Europą jest „otwarta”, na komunikatorach internetowych jak WhatsApp i Telegram zaczęły pączkować grupy z poradami, jak dostać się do granicy z Grecją. Władze udostępniały nawet mapy z informacjami, skąd będą odjeżdżać wynajęte autobusy. Jedna z nich wskazywała trasy przedostania się na Stary Kontynent. „Powiedzieli, że granica będzie otwarta – ale dlaczego turecki prezydent mówiłby coś takiego, skoro po greckiej stronie wciąż jest zamknięta” – pytał korespondentkę portalu jeden z migrantów. Łącznie w Turcji przebywa dzisiaj 3,7 mln syryjskich uchodźców.

Oczywiście nie jest tak, że migranci trafiają na granicę z Grecją wbrew swojej woli. Jak donosi portal „Middle East Eye”, wielu z nich chce uciec z Turcji, ponieważ nie są w stanie się tam utrzymać. Wycieczka na grecką granicę to jednak podróż tylko w jedną stronę – jeśli ktoś chciałby wrócić z powrotem np. do Stambułu, zostanie prawdopodobnie zatrzymany na jednym z posterunków policji poustawianym wzdłuż dróg dojazdowych do granicy. Kamuran, 28-letni Afgańczyk mieszkający w Turcji od pięciu lat, stwierdził w rozmowie z dziennikarzem portalu „Middle East Eye”: „Musi tu przyjechać więcej ludzi. Jeśli będą nas dziesiątki tysięcy, to co zrobią Grecy? Zabiją nas wszystkich?”

Porozumienie z Turcją to jak dotąd jedno z niewielu skutecznych posunięć w rozwiązywaniu migracyjnego kłopotu. Dlatego wycofanie się z niego przez Ankarę Europa przyjęła z niepokojem. Erdoğana skrytykował austriacki kanclerz Sebastian Kurz, który zarzucił tureckiemu prezydentowi posługiwanie się uchodźcami niczym bronią, a jego działanie nazwał atakiem na Unię Europejską i Grecję. W łagodniejszych słowach do podtrzymania umowy wzywali m.in. kanclerz Niemiec Angela Merkel i premier Holandii Mark Rutte.

Ale w porozumieniu z Ankarą również Unia Europejska złożyła obietnice, z których w większości – jak zwraca uwagę holenderska europosłanka Kati Piri – się nie wywiązała. Bruksela zobowiązała się do przekazania Turcji 6 mld euro na utrzymanie syryjskich uchodźców, rozszerzenia unii celnej z nią, wprowadzenia ruchu bezwizowego oraz otwarcia kolejnego rozdziału w negocjacjach akcesyjnych (Turcja jest krajem kandydującym do UE od 1987 r.). Żadnego z tych zobowiązań do tej pory jednak nie zrealizowano. Ankara do tej pory otrzymała połowę środków, a o dalszych zobowiązaniach finansowych nie ma mowy. – Ironiczne, że nagle wszyscy europejscy liderzy wzywają do podtrzymania umowy, podczas gdy w wieloletniej perspektywie finansowej nie zarezerwowano żadnych pieniędzy na jej kontynuowanie – podkreśliła na Twitterze Kati Piri, socjaldemokratka i b. sprawozdawczyni do spraw Turcji w Parlamencie Europejskim. To oznacza, że jeśli obecna propozycja budżetu na lata od 2021 do 2027 zostanie przyjęta, w ciągu nadchodzących siedmiu lat Unia Europejska nie będzie miała pieniędzy na wspieranie Syryjczyków przebywających w Turcji. – Czy to jest biurokratyczny błąd? Czy może celowa polityka? – pytał w odniesieniu do słów Piri szwedzki dyplomata i b. premier Carl Bildt.

Migracja i ochrona granic miały być jednym z priorytetów w kolejnej perspektywie budżetowej. W pierwotnej propozycji Komisja Europejska przeznaczyła na ten cel trzykrotnie więcej pieniędzy niż obecnie. Dosypanie kasy miało się wiązać z rozszerzeniem działalności Frontexu, który miał zyskać 10 tys. własnych funkcjonariuszy (obecnie agencja dysponuje jedynie pogranicznikami przysłanymi przez kraje członkowskie). Ale kolejne propozycje budżetu ścinały pieniądze na migrację i ochronę granic i w ostatniej, która leżała na negocjacyjnym stole, z 31 mld pozostało 21 mld euro.

W zawieszeniu pozostaje również reforma prawa azylowego, które w obecnym kształcie nakłada duże zobowiązania na pierwszy kraj pobytu uchodźcy. Komisja Europejska zaproponowała zmianę, ale do porozumienia nie mogą dojść kraje członkowskie. Otwarta pozostaje również kwestia przyjmowania uchodźców. UE w umowie z Ankarą zobowiązała się do przyjmowania uchodźców z Turcji na szeroką skalę, ale do tej pory przesiedlono jedynie 25 tys. osób. Nie ma zgody na przymusową relokację w granicach UE, a proponowana koalicja krajów przyjmujących migrantów do tej pory działa bez spektakularnych efektów.