Pierwsze miesiące po wyborach w 2015 r. przyniosły pogorszenie stosunków z UE na bezprecedensową skalę. Prawo i Sprawiedliwość zabrało się za demontaż systemu sądownictwa w sposób ostentacyjny i bezkompromisowy. Bruksela musiała zareagować z podobną mocą. Najpierw zaczęła monitorować sytuację, kierując do Warszawy zalecenia w ramach procedury ustanowionej w następstwie zmian ustrojowych wprowadzanych na Węgrzech przez Viktora Orbána. Kiedy okazało się, że na naszym rządzie nie robią one większego wrażenia, odpalony został art. 7, a wreszcie skierowano skargę do trybunału w Luksemburgu.

Takiej eskalacji raczej teraz nie należy się spodziewać. Drugi rząd PiS rozpocznie pracę mniej więcej w tym samym czasie co nowa Komisja Europejska z Ursulą von der Leyen za sterami. To daje szansę na nowe otwarcie, chociaż bez przesady. Z dotychczasowych wypowiedzi nowego kierownictwa KE wynika, że PiS może spodziewać się w Brukseli dobrego i złego policjanta. Tym dobrym będzie von der Leyen, która od początku postawiła na pragmatyzm w relacjach z Warszawą. W PiS miała tak dobre notowania, że partia poparła ją w głosowaniu w europarlamencie, de facto zabezpieczając objęcie przez nią stanowiska przewodniczącej. W zamian niemiecka polityk łagodnie podeszła do sprawy praworządności. Co prawda – jak zapowiadała – będzie to priorytetem w czasie jej mandatu, ale wszystkie kraje będą traktowane po równo, dlatego praworządność będzie kontrolowana we wszystkich państwach członkowskich w ramach corocznego przeglądu. Ta zapowiedź została odebrana przez rząd Morawieckiego jako ukłon w stronę Polski. Nasz rozmówca w rządzie twierdzi zresztą, że premier znalazł z nową przewodniczącą język porozumienia. Pytanie, jak na relację z Brukselą wpłynęłaby wymiana szefa rządu, a tej w nadchodzących czterech latach wykluczyć nie można. Drugim gestem w stronę krajów naszego regionu jest zapowiedź funduszu na transformację energetyczną. Jak mówi jeden z niemieckich dyplomatów, von der Leyen jest świadoma, że bez Europy Środkowej nie będzie możliwe osiągnięcie ambitnych celów klimatycznych. Dlatego szefowa KE jest gotowa zrobić wiele, by wciągnąć Polskę i inne kraje środkowoeuropejskie na zielony pokład. Równie koncyliacyjnie o Polsce wypowiadał się zresztą architekt nowego zielonego ładu Frans Timmermans. Twarz sporu o praworządność będzie w nowej kadencji odpowiadać za sprawy klimatyczne. To on w ciągu 100 pierwszych dni urzędowania nowej KE ma opracować europejski plan walki z globalnym ociepleniem. Podczas wysłuchania w europarlamencie Holender powiedział, że Polska musi odejść od węgla, ale Unia Europejska jej w tym procesie pomoże.

Kto będzie złym policjantem? Unia nie odpuści Polsce praworządności i następca Fransa Timmermansa w zakresie rządów prawa Belg Didier Reynders wraz z Czeszką Věrą Jourovą będą kontynuować batalię o polskie sądy. Chociaż na wycofanie art. 7 nie ma większych szans, cała procedura w praktyce jest bezzębna. Jak wynika z wysłuchania Reyndersa, polityk może otworzyć kilka nowych frontów na wojnie z Polską, chociażby w sprawach wolności mediów i praw LGBT. Ale Warszawa będzie musiała szukać dróg porozumienia, bo w ostateczny etap wchodzą negocjacje nad budżetem na lata 2021–27. Jeśli gospodarkę czeka spowolnienie, tym bardziej pożądany będzie dopływ środków z UE. Dla Polski już teraz przewidziane są duże cięcia na kolejną „siedmiolatkę”. Unia chce znaleźć pieniądze na nowe cele, takie jak migracja czy bezpieczeństwo. Zrównywanie pod względem poziomu zamożności regionów bogatszych z biedniejszymi przestaje być w UE priorytetem, zwłaszcza że polskie władze sygnalizowały, że bogacącej się Polsce pieniądze europejskie nie są już tak bardzo potrzebne. Co więcej, Unia w przyszłej perspektywie budżetowej zostanie uzbrojona w potężne narzędzie umożliwiające zakręcenie strumienia środków krajom będącym na bakier z praworządnością. Wytoczenie nowych dział takich jak próba kontrolowania prywatnych mediów może PiS kosztować drogo – dosłownie.