Według niego Zachód – tak jak człowiek – przechodzi kryzys wieku średniego, którego objawem jest uzmysłowienie sobie własnej śmiertelności. Jedni z nas potrafią sobie z tym poradzić, inni nie. Ci drudzy popadają np. w hipochondrię. Gotowi są w każdym niepokojącym odgłosie płynącym z organizmu dopatrywać się zapowiedzi końca. Hipochondria w skrajnej formie niszczy życie, człowiek nią dotknięty nie jest w stanie działać, bo ma wrażenie bezsensu oraz bezsilności. Grzebie się więc sam za życia. Coś takiego zdaniem Runcimana dzieje się z zachodnimi demokracjami.

One też weszły w wiek średni. Na przykład amerykańska formalnie liczy ok. 250 lat – jednak we współczesnym rozumieniu tego słowa (prawa wyborcze kobiet, uczestnictwo w procesie politycznych obywateli o innym niż biały kolorze skóry) raczej bliżej setki. W starożytnyh Atenach obywatele sprawowali rządy przez ok. 200 lat. Nie wiadomo, czy te dwa stulecia to maksymalna długość życia demokracji. Jeśli jednak potraktować ją jak owego najstarszego stulatka, to zachodnie demokracje (amerykańska i inne) są mniej więcej takimi pięćdziesięciolatkami.

Zamiast hipochondrii Runciman proponuje spokojną kontemplację własnej śmiertelności. Tak – powiada – demokracja może umrzeć. Może ją pokonać wiele chorób. Mniej lub bardziej oczywistych. Ta książka jest właśnie ich przeglądem. Istnieją klasyczne zagrożenia. Wyliczmy je (za cytowaną przez Runcimana Nancy Bormeo): wojskowy zamach stanu, urzędniczy zamach stanu, oszustwo w dniu wyborów, zamach legitymizowany (jak przewrót majowy w 1926 r. w Polsce), eskalacja kompetencyjna (kiedy rządzący ograniczają instytucje demokratyczne, ale ich nie likwidują), strategiczna manipulacja wyborcza (kiedy wybory nie są do końca uczciwe, ale trudno mówić o ich otwartym fałszowaniu). Prawdopodobieństwo zaistnienia tych scenariuszy w rozwiniętych krajach Zachodu jest różne. Z grubsza rośnie zgodnie z porządkiem, w którym zostały tu przez nas wymienione.

Dużo bardziej możliwe jest zdaniem Runcimana to, że demokracja w takich krajach jak USA umrze inaczej. „Większym zagrożeniem dla współczesnej demokracji jest dziś Mark Zuckerberg. A nie Donald Trump” – konkluduje. To wniosek płynący z dwóch części tej książki poświęconych m.in. katastrofie (np. klimatycznej) i przewrotowi technologicznemu. Założyciel Facebooka oczywiście reprezentuje ten drugi żywioł. Dla Runcimana jest figurą antydemokratycznego zagrożenia, z którym trudno będzie sobie poradzić. „Zuckerberg nie ma złych zamiarów względem instytucji demokratycznych. Demokracja w ogóle niespecjalnie go obchodzi. Jego intencje są dobre. I dlatego jest niebezpieczny. Demokracja amerykańska może przetrwać Trumpa dzięki wbudowanym weń hamulcom. Nie pomogą one jednak w neutralizacji Zuckerberga, ponieważ wymagałaby ona większej inicjatywy” – pisze. Niebezpieczeństw płynących z potęgi Facebooka (i innych technologicznych gigantów) jest mnóstwo: od zastąpienia przez nich starych mediów będących bezpiecznikami demokracji, po ogromną wiedzę, jaką koncern zdobył na temat swoich użytkowników i nie waha się jej używać dla realizacji komercyjnych celów. 

David Runciman, „Jak kończy się demokracja”, przeł. Szymon Żuchowski, Kultura Liberalna, Warszawa 2019