Najpierw pojawiły się wątpliwości co do tego, czy głowa państwa uda się z zaplanowaną wizytą do Charkowa. Później były słowa o ludziach, którzy „nie budują relacji pomiędzy naszymi krajami”, ale je burzą i „w  wielkiej polityce, która ma międzynarodowe znaczenie, nie powinni mieć od strony ukraińskiej miejsca”. Wydaje się, że Kijów w ostatnich miesiącach rzeczywiście dał powody, by zadać pytanie o treść stosunków polsko-ukraińskich.

Abstrahując od sympatii czy antypatii do ministra Waszczykowskiego, warto pamiętać, że to nie on jest prekursorem tworzenia tajnych list osób objętych zakazem przekraczania granicy. Pierwszy na takim spisie był flirtujący z narodowcami i wspierający ich antyukraińskie akcje prezydent Przemyśla. Robert Choma dowiedział się o tym w Szeginiach, gdy nie udało mu się przekroczyć granicy w drodze do Lwowa. Decyzję w jego sprawie wydała w  grudniu 2016 r. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy, czyli centralny organ państwa, który nie mógł działać bez wiedzy i zgody najwyższych władz. Pamiętając przypadek Chomy, śmieszne wydają się niedawne żale szefa ukraińskiego IPN Wołodymyra Wjatrowycza, który przekonywał, że Polska – nie ujawniając nazwisk z listy – upodabnia się do Rosji (jak podaliśmy w DGP ma być na niej właśnie nazwisko Wjatrowycza).

Kolejnym niezrozumiałym krokiem było wydanie zakazu prac ekshumacyjnych dla polskich historyków (przez państwową instytucję, a nie bliżej nieokreślonych i działających w afekcie nacjonalistów) i odsłonięcie antypolskiego w swej wymowie memoriału bojowników Siczy Karpackiej w  miejscowości Kłymec z udziałem wicepremier ds. integracji europejskiej Iwanny Kłympusz Cyncadze, powtarzającej co chwilę, jak ważne są dla niej stosunki z Warszawą (tablica na pomniku podaje nigdy niepotwierdzone informacje o 600 osobach rozstrzelanych przez żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza, którzy są określani mianem „okupantów”).

Czarę goryczy przelały słowa doradcy szefa ukraińskiego IPN Ołeksandra Zinczenki, który relacje z Polską chciał naprawiać z udziałem dyplomatów z San Escobar. Tak nie działa państwo, które uznaje Warszawę za strategicznego partnera.

W tym sporze nie jesteśmy oczywiście bez winy. Od 201 4 r. do dziś dokonano 15 aktów wandalizmu na ukraińskich grobach i miejscach pamięci. Poza Hruszowicami należało je potępić. Jednak zgodnie z  obowiązującą poprawnością polityczną, by nie drażnić elektoratu prawicy, tak się nie stało. Wręcz przeciwnie, do głównego nurtu weszła – wegetująca do tej pory na marginesie życia politycznego i uznawana za wstydliwą – ludowa histeria antyupowska i odkrywanie „na nowo” Bandery.

W tej mało komfortowej rzeczywistości Waszczykowski gra rolę złego policjanta. Pałac Prezydencki – by nie ograniczać sobie pola manewru – reprezentuje umiar. Moment wywierania presji na Kijów jest korzystny. Zbliża się szczyt Partnerstwa Wschodniego, na którym istotny będzie głos Warszawy. Z początkiem roku Polska zajmie również niestałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, co zwiększa jej możliwości, np. w kwestii podejmowania wysiłków dyplomatycznych na rzecz rozwiązania konfliktu w Donbasie. Do tego pretensje do Kijowa ma nie tylko wyklęty przez prasę i krytykowany już na granicy przyzwoitości Waszczykowski. W  sporze z Ukrainą – na tle przegłosowanej przez ten kraj ustawy oświatowej – pozostają rządy Węgier i Rumunii, co uwiarygodnia Warszawę. Jeśli uwzględnić te wszystkie dane, działania szefa MSZ i Pałacu Prezydenckiego wyglądają o wiele bardziej racjonalnie. Cztery lata po Majdanie i po dwóch latach rządów PiS w stosunkach polsko-ukraińskich nie da się już wszystkiego uzasadnić strategicznym partnerstwem, separatyzmem Donbasu i aneksją Krymu.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna