statystyki

Samotne matki: Próżno ich szukać na marszach. Skupiają się, by przetrwać

autor: Paulina Nowosielska10.03.2017, 16:00; Aktualizacja: 11.03.2017, 14:28
Do domów samotnych matek trafiają często dziewczyny z bidula.

Do domów samotnych matek trafiają często dziewczyny z bidula.źródło: ShutterStock

Nie sposób stwierdzić, ile ich jest. Kobiety z dziećmi, które uciekły od kata, od patologii. Próżno ich szukać na marszach, czarnych czy białych. Skupiają się na swoim „tu i teraz”. By przeżyć, by przetrwać

Reklama


Paradoks polega na tym, że choć każda z tych historii to indywidualny dramat, wszystkie są do siebie bliźniaczo podobne. Anna ma 35 lat i za sobą dwa pobyty w domu samotnej matki. Pierwszy raz trafiła tam 10 lat temu, uciekła od człowieka, który miał ciężką rękę. – Nawet nie pił szczególnie dużo. Ot, tyle co reszta kolegów. Ale gdy wracał do domu, próbował mnie wychowywać – opowiada. Uciekła, bo nie miała na kogo liczyć. Z rodziny został jej ojciec, ale jego bała się bardziej niż męża. Koleżanki? – Same nie miały lepiej. Zresztą, co by one pomogły – mówi z rezygnacją w głosie. W domu samotnej matki spędziła blisko trzy miesiące. Złapała oddech. Jej czteroletnia wtedy córka też, nawet przestała moczyć się w nocy. Ale co dalej? Anna, bez matury, miała tylko kurs kosmetyczki, bo kiedyś chciała „robić” paznokcie. Zaczęła myśleć, że może powinna dać małżeństwu drugą szansę. Wróciła na stare śmieci. Wytrzymała długo, bo blisko pięć lat. Za drugim razem uciekali już we troje, pod osłoną nocy, gdy po kolejnej bijatyce mąż zaległ na łóżku. Ona niosła na rękach śpiącego synka, a jej córka ciągnęła wózek z całym dobytkiem. Tym razem postanowiła odejść jak najdalej, na drugi koniec Polski. Dziś nadal ma mocne postanowienie, że musi coś ze swoim życiem zrobić. Tylko co?

Sytuacja w domach samotnych matek jest wypadkową szeregu zaniedbań. Takich ośrodków jest za mało, niektóre ledwo wiążą koniec z końcem. Ale zrzucanie wszystkiego na nieludzki system i przepisy byłoby zbyt gładką wymówką. Kobiety na życiowym zakręcie upychamy często do worka z napisem: patologia. Bo najwyraźniej ludzka solidarność ma swoje granice. Brakuje chętnych, by zmienić system.

Sprany kolor nadziei

Domy samotnej matki prowadzone są przez instytucje publiczne (MOPS), zgromadzenia zakonne, organizacje pozarządowe. Z pomocy mogą korzystać osoby przebywające na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej bez względu na miejsce zameldowania. Większość domów wymaga skierowania z ośrodków pomocy społecznej, policji, sądu lub Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie. Dotyczy to szczególnie przypadków, w których kobieta ciężarna lub matka z dzieckiem starają się o długoterminowy pobyt w placówce – tyle mówią przepisy. - Coraz mniej sponsorów i ludzi dobrego serca, coraz skromniejszy budżet miasta na ten cel – podsumowuje sytuację Joanna Czerwiec, kierownik Domu Samotnej Matki w Rudzie Śląskiej.

Są tu kobiety z różnych środowisk, przede wszystkim trudnych, gdzie alkohol jest na porządku dziennym. Same też pewnie nieraz piły, zaprzepaściły kilka życiowych szans. Ale liczy się to, że chcą uciec. Próbują. I najczęściej same nie potrafią się odnaleźć. – Uczymy je życia od podstaw. Organizujemy pisma sądowe, o alimenty, o ograniczenie patologicznemu ojcu praw do dziecka, o zakaz zbliżania się kata do ofiary – wylicza Joanna Czerwiec.

Ośrodek w Rudzie jednorazowo może pomieścić 30 osób. W ciągu roku przewija się przez niego cztery razy tyle. Jest wyjątkowy, bo kobieta może w nim przebywać tak długo, jak potrzebuje. Większość placówek wprowadza limity: na trzy miesiące, pół roku. I co potem?

Bywa, że to za mało. Bywa, że kobiety same robią sobie krzywdę wpadając z deszczu pod rynnę. Uciekają od jednej patologii w jeszcze większą. Nie wyobrażają sobie życia bez mężczyzny. Wychodzą z ośrodka mówiąc, że trafiły na miłość swojego życia, że tym razem się uda i będzie w końcu dobrze. Potem wracają, z kolejnym dzieckiem na rękach.

W domach samotnej matki mówią o statystykach. Co drugą kobietę udaje się wyciągnąć z zaklętego kręgu ubóstwa i patologii, ale dla 30 proc. nie ma ratunku. W tej grupie najczęściej są kobiety z upośledzeniem fizycznym lub psychicznym, po szkołach specjalnych, całkowicie nieporadne życiowo. Bardzo łatwo je wykorzystać. Trafiają na mężczyzn, którzy robią im dzieci i dzięki temu mają zapewniony łatwy dostęp do gotówki, do 500 plus i pomocy socjalnej.

Czy są lepsze i gorsze domy? – Każde takie miejsce jest dobre, pod warunkiem, że spełnia podstawowe standardy. Jest doraźnym ratunkiem – pada dyplomatyczna odpowiedź. Te standardy to nadzór, regulamin i twarda ręka, która będzie pilnowała ich przestrzegania. Bo na kobietach w domach samotnej matki trzeba czasem coś wymóc: „Masz chore dziecko. Idź do lekarza, zajmij się nim. Zrób wokół siebie porządek, ogarnij pokój, zrób pranie, pomóż w kuchni”. – Nieraz słyszałam w odpowiedz: nie chce mi się, co mi zrobisz? Byłam wyzywana od klawiszy – mówi pani Joanna. Zaraz jednak dodaje, że takie sytuacje to margines. I opowiada o swoich dwóch powodach do dumy.


Pozostało jeszcze 66% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję
Więcej na ten temat

Reklama


Artykuły powiązane

Reklama

Komentarze (2)

  • na manify wychodzą panie lekkich obyczajów,bo(2017-03-11 15:55) Zgłoś naruszenie 32

    trudno im się pogodzić ze zmianami.......

    Odpowiedz
  • Joanna(2017-03-11 23:01) Zgłoś naruszenie 31

    W tych marszach głupie , rozpieszczone kobiety , oderwane od rzeczywistości . Nie ma też pomocy dla osób niepełnosprawnych , starszych , opiekunek chorych członków rodzin itp. Wszelkie marsze to chęć największej władzy a nie chęć pomocy komukolwiek , poza znajomymi i własną rodziną...

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie

Reklama