40 proc. Rosjan poparłoby Trumpa, a jedynie 8 proc. wolałoby Harris.
Rosyjska propaganda w trakcie kampanii skłaniała się ku Donaldowi Trumpowi jako kandydatowi, który może ograniczyć pomoc wojskową dla Ukrainy i pójść na ustępstwa względem Kremla, jednak w Moskwie nie widać euforii związanej z wynikami wtorkowych wyborów w Stanach Zjednoczonych. Dmitrij Pieskow, rzecznik Władimira Putina, powiedział wczoraj, że „nie wie nic o planach prezydenta pogratulowania Trumpowi w związku z wyborami”, a resort dyplomacji skomentował, że nie ma wielkich złudzeń co do nowego prezydenta, ponieważ „rządząca w USA elita polityczna niezależnie od przynależności partyjnej jest wierna antyrosyjskiej linii powstrzymywania Moskwy”.
– Nie zapominajmy, że mówimy o nieprzyjaznym kraju, który wprost i pośrednio jest zaangażowany w wojnę przeciwko naszemu państwu – tłumaczył Pieskow. „Kamala jest skończona. Niech sobie dalej zaraźliwie chichocze. Cele specjalnej operacji wojskowej pozostają niezmienne i zostaną osiągnięte” – zapewnił z kolei w serwisie X wiceszef Rady Bezpieczeństwa, były prezydent Dmitrij Miedwiediew. „Amerykański liberalny establishment oraz «głębokie państwo» przelicytowały w zabawie w Boga” – dodała komentatorka państwowej agencji RIA Nowosti Irina Ałksnis. „Trzeba będzie teraz przyznać, że lepsze byłoby dyplomatyczne uregulowanie na Ukrainie i Bliskim Wschodzie, że trzeba dogadywać się z Moskwą i Teheranem, dążyć do dwupaństwowego rozwiązania w Palestynie, dyscyplinować izraelskiego i innych sojuszników” – przekonywał w tym samym serwisie publicysta Aleksandr Jakowienko.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.