Informator FBI, którego zeznania miały pomóc Trumpowi wygrać wybory, okazał się kremlowskim trollem.

W czerwcu 2020 r., niespełna pół roku przed ostatnimi wyborami prezydenckimi w USA, wieloletni informator FBI Alexander Smirnov sprzedał swojemu oficerowi prowadzącemu sensacyjną pogłoskę: Joe Biden i jego syn Hunter wzięli po 5 mln dol. łapówki od ukraińskiego oligarchy, właściciela koncernu gazowego Burisma. Miało się to wydarzyć pięć lat wcześniej, kiedy obaj byli mocno zaangażowani na Wschodzie: Biden senior jako wiceprezydent odpowiadał za relacje dyplomatyczne z Kijowem, a junior pracował na lukratywnej posadzie w Burismie (którą zresztą dostał dzięki nazwisku).

Latem 2023 r. tajna notatka FBI z rewelacjami Smirnova trafiła w ręce sojuszników Trumpa. Republikańscy kongresmeni ogłosili, że mają w końcu niezbite dowody na matactwa Bidena, które otwierają drogę do jego impeachmentu. Upomnienia śledczych, że to niepotwierdzone insynuacje, zignorowali.

15 lutego 2024 r. Smirnov został aresztowany na lotnisku w Las Vegas. Prokuratura nie tylko zarzuciła mu sfabrykowanie historii o korupcji Bidenów, lecz także miała dowody na to, że puściły ją w obieg rosyjskie służby, żeby skompromitować kandydata na prezydenta USA przed wyborami. Informator, na którego tak liczyli trumpiści, okazał się trollem Kremla. A może nawet podwójnym agentem.

Konsultant specjalny

Przez prawie dwie dekady Smirnov wiódł życie, które jego sąsiedzi z zamożnego przedmieścia Los Angeles opisaliby pewnie jako spokojne i zwyczajne. Stała partnerka, skromny dom jednorodzinny i nienarzucający się sposób bycia. Trudno precyzyjnie wyłuszczyć, na czym polegały jego „unikatowe usługi konsultingowe”. Jego aktywność można by najprościej określić jako pozyskiwanie plotek i obrót nimi. Obserwował, manipulował, blagował, kombinował. Akta śledztwa nie rzucają wiele światła na operacje, które prowadził. Zawierają też jedynie szczątkowe informacje o jego życiorysie. Częściowo dlatego, że organy ścigania nie wiedzą, ile z tego, co powiedział im na swój temat Smirnov, jest w ogóle prawdą. We wniosku o tymczasowe aresztowanie specjalny prokurator David Weiss nazywa go „notorycznym konfabulantem”. Nawet informacje łatwe do zweryfikowania – o jego kontach bankowych czy biznesach w Stanach – okazywały się fałszywe.

Mimo to przez 14 lat Smirnov służył FBI za kogoś w rodzaju interpretatora postsowieckiego pejzażu władzy. Oferował wgląd w sieci powiązań i gry interesów wokół Kremla, wyławiał wrażliwe informacje na temat manewrów obcych wywiadów, zasysał pogłoski o przestępczych procederach w wielkim biznesie, odczytywał nastroje panujące wśród elit. Musiał być wyjątkowo sprawny, bo agenci federalni upoważnili go nawet do nielegalnych działań na potrzeby toczących się postępowań karnych.

Był rosyjskim agentem wpływu czy tylko nieświadomym narzędziem Kremla? A może zwykłym aferzystą, który uwierzył, że pociąga za sznurki władzy zza kulis? Jak zdołał przekonać amerykańskie organy ścigania, że dysponuje cennym dla nich know-how? I dlaczego republikańscy kongresmeni tak ochoczo uwierzyli w jego sensacje o Bidenach mimo zapewnień FBI, że nie ma dowodów na ich prawdziwość? Te pytania wciąż nie doczekały się odpowiedzi.

43-letni Smirnov urodził się prawdopodobnie w Ukrainie, ale jeszcze jako dziecko wyemigrował z rodziną do Izraela. Obywatelstwo tego kraju, które ma (obok paszportu USA), było zresztą jednym z głównych argumentów za tym, żeby zastosować wobec niego tymczasowy areszt. Sąd uznał, że w przeciwnym razie mógłby bez trudu uciec. Zwłaszcza że 6 mln dol., które zgromadził razem ze swoją partnerką na kontach bankowych, pozwoliłoby im urządzić się komfortowo w jakimś przyjaznym dla uciekinierów zakątku świata.

Źródła tej fortuny to kolejna tajemnica. Oficjalnie Smirnov był biznesmenem z branży ochroniarskiej, choć w żadnym rejestrze nie figuruje firma ani nieruchomość pod jego nazwiskiem. Na dodatek w pierwszych kilku latach pobytu w Stanach zrobił 125 tys. dol. długów na kartach kredytowych, za co ścigali go windykatorzy American Express. Aż nagle w 2020 r. na jego rachunkach bankowych zaczął się wzmożony ruch: napływały pokaźne przelewy od tajemniczych spółek venture capital z siedzibami w rajach podatkowych, a potem partiami trafiały na konto partnerki. Ale Smirnov i tak skłamie na przesłuchaniu, że ma tylko 1,5 tys. dol. w portfelu i 5 tys. dol. na książeczce czekowej.

Jego kariera wywiadowcza prawdopodobnie sięga jeszcze czasów przed osiedleniem się w USA. Amerykańskim śledczym zeznał m.in., że już w 2002 r. brał udział w werbowaniu urzędników konsularnych Rosji i innych państw, których przyłapano na szpiegostwie. Choć ciągnie się za nim długa historia bajeranctwa, to niewykluczone, że akurat ten wątek jest prawdziwy. Ze źródłami, które wtedy pozyskał, do niedawna był w stałym kontakcie. Niektóre znajomości przerodziły się w tak bliskie relacje, że procentowały zaproszeniami na imprezy urodzinowe na megajachtach. Rosyjscy oficjele i potentaci przemysłowi zdradzali mu ponoć swoje przemyślenia na temat kondycji reżimu i wyznawali cudze sekrety. Ujawniali plany wojskowe w Ukrainie, opowiadali, kto jest niezadowolony z przywództwa Putina, a nawet kreślili w pełnym aluzji języku wizję przyszłości kraju pod rządami nowego władcy.

Trwająca od 2010 r. współpraca Smirnova z FBI długo wyglądała na owocną. Informacje, których dostarczył, zostały użyte w przynajmniej kilkunastu postępowaniach karnych. Jego relacje z oficerem prowadzącym z czasem przerodziły się w zażyłość. Nazywał swojego opiekuna z FBI „kumplem” i „rodziną”, dzwonił na jego prywatny numer telefonu. Rozmawiali praktycznie codziennie, również o sprawach niezwiązanych z pracą. Wielu agentów oceniłoby pewnie, że oficer prowadzący złamał kardynalną zasadę wywiadowczą, którą w środowisku formułuje się potocznie: „Nigdy nie zakochuj się w swoim źródle”.

Dziwny układ

W grudniu 2019 r. prezydent Donald Trump został po raz pierwszy postawiony w stan impeachmentu za próbę skorumpowania nowego przywódcy Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego. Przyczynkiem do wniesienia aktu oskarżenia była rozmowa telefoniczna, którą politycy odbyli pół roku wcześniej. Kurtuazyjna pogawędka, w której prezydent USA miał jedynie złożyć swojemu odpowiednikowi gratulacje, nieoczekiwanie przerodziła się w negocjacje w sprawie transakcji wiązanej. Gdy ukraiński prezydent poruszył kwestię zwiększenia pomocy wojskowej dla jego kraju – w szczególności dostawy pocisków Javelin – z drugiej strony Atlantyku usłyszał słowa, które przeszły już do annałów antydyplomacji: „Musisz jednak wyświadczyć nam przysługę”. Miało nią być zdobycie haków na głównego rywala Trumpa w wyścigu o Biały Dom w 2020 r.

Punktem zaczepienia była lukratywna posada w ukraińskim koncernie gazowym Burisma, którą w kwietniu 2014 r. przyjął Hunter Biden. Trumpiści rozpowiadali, że jako wiceprezydent Biden senior domagał się od rządu w Kijowie dymisji prokuratora generalnego Wiktora Szokina, żeby zastopować śledztwo dotyczące przekrętów w firmie. Mówiąc wprost: użył swojego stanowiska, żeby chronić syna przed odpowiedzialnością. Szokin faktycznie został zdymisjonowany. Tyle że z zupełnie przeciwnych powodów niż te, które podawali republikanie.

Trzeba uczciwie przyznać, że trudno sobie wyobrazić sprawę, która bardziej nadawałaby się do snucia spiskowych narracji niż ukraińska fucha Bidena juniora. Z której strony spojrzeć, tam problemy – etyczne, prawne, polityczne. Gdy Hunter dołączył do Burismy, nad właścicielem koncernu Mykołą Złoczewskim, oligarchą i ministrem ekologii i surowców za rządów Janukowycza, od dłuższego czasu kłębiły się czarne chmury. Prokuratura prowadziła przeciwko niemu śledztwo w sprawie prania pieniędzy i oszustw podatkowych. Z tego powodu uciekł on zresztą z kraju. Dochodzenie dotyczące brudnych przepływów finansowych w koncernie gazowym wszczęło też brytyjskie Biuro ds. Poważnych Nadużyć Finansowych (Serious Fraud Office). Efektem było zamrożenie 23 mln dol. leżących na rachunku Złoczewskiego w londyńskim banku. Do tego ukraińska prokuratura zaczęła się interesować decyzjami, które podejmował on jako minister: krążyły podejrzenia, że nielegalnie przyznawał koncesje na wydobycie ropy i gazu swoim spółkom.

Z pomocą międzynarodowych doradców oligarcha postanowił więc podrasować reputację swojego imperium. Zrekrutował nowy management, zlecił obsługę prawną kancelarii z Nowego Jorku i wynajął założoną przez weteranów administracji Billa Clintona firmę konsultingową. Oprócz syna Bidena zaprosił do zarządu m.in. Alana Aptera, speca w dziedzinie bankowości inwestycyjnej. A także Aleksandra Kwaśniewskiego. Hunter opowiadał zresztą w wywiadach, że to on ściągnął go do Burismy, a i były prezydent Polski nie ukrywał, jak obaj dostali tam pracę. „Jeśli ktoś proponuje, abym był częścią jakiegoś projektu, to nie tylko dlatego, że jestem tak dobry, lecz również dlatego, że mam na nazwisko Kwaśniewski i byłem prezydentem Polski” – oceniał. „Bycie Bidenem nie jest złe. To dobre nazwisko” – doda.

Nowa ekipa zapowiedziała wprowadzenie ładu korporacyjnego i standardów transparentności. Aktywiści antykorupcyjni twierdzili, że wszystko to spełnia kryteria whitewashingu, jak popularnie się określa nadawanie szemranej firmie nowoczesnej fasady szanowania zasad w celu legitymizowania dochodów z podejrzanych źródeł.

Padły grube zarzuty: że wynajmując syna wiceprezydenta, właściciel Burismy próbował sobie kupić wpływ na administrację USA; że Hunter wykorzystywał urząd i nazwisko ojca, żeby się wzbogacić. Przed tym drugim trudno było Bidena juniora bronić, jeśli się weźmie pod uwagę to, że nie miał on pojęcia o energetyce – z wykształcenia jest prawnikiem, a przez dużą część swojej ścieżki zawodowej pracował w Waszyngtonie jako lobbysta. Zaledwie kilka miesięcy przed przyjęciem ukraińskiej oferty zakończył się jego krótki epizod z karierą w wojsku: wyrzucono go z rezerwy marynarki wojennej po tym, jak rutynowy test antynarkotykowy wykrył w jego organizmie kokainę.

Ukraińska posada Huntera kładzie się cieniem na prezydenckie plany ojca, nawet jeśli wpisuje się w powszechną, choć niechlubną tradycję konsumowania przez potomków prominentnych polityków fruktów władzy (wystarczy spojrzeć na synów Trumpa, Erica i Donalda Jr., którzy nawet w okresie prezydentury ojca nie przestali szukać nowych możliwości zarabiania na rodzinnej marce).

Interesy w konflikcie

Bidenom najbardziej ciążyły podejrzenia o potencjalny konflikt interesów. Od wiosny 2014 r. Joe w praktyce odpowiadał za politykę administracji USA wobec Ukrainy, która dopiero co zbierała się po fali wstrząsów: Euromajdanie, ucieczce Wiktora Janukowycza, aneksji Krymu przez Rosję, wojnie w Donbasie… Nowe, prozachodnie władze w Kijowie miały kruchą legitymację, a do tego otoczenie geopolityczne było coraz mniej stabilne. Amerykanie i Europejczycy próbowali na stałe wciągnąć Ukrainę w orbitę Zachodu, w zamian za pomoc finansową i wojskową domagając się gruntownych reform. Biden, który odgrywał w tych wysiłkach główną rolę, szczególnie naciskał na prezydenta Petra Poroszenkę, aby ten z większą determinacją podszedł do walki z wszechobecną korupcją i okiełznał potęgę oligarchów.

Formalnie nie było tu konfliktu interesów, bo Hunter jest osobą prywatną, a Biały Dom konsekwentnie powtarzał, że jego angaż w Burismie nie ma żadnego wpływu na pracę ojca. W polityce zła optyka często przykrywa jednak niuanse prawne. Było słychać głosy, że to źle wygląda i uderza w wiarygodność kampanii antykorupcyjnej wiceprezydenta.

Tym bardziej że presja nie przełożyła się na efekty: śledztwa wlokły się w nieskończoność albo były błyskawicznie umarzane. Dawni kompani Janukowycza dalej łupili państwo, a ich pęczniejące fortuny, przepuszczane przez sieć rajów podatkowych, znajdowały bezpieczną przystań na rachunkach w Luksemburgu czy w apartamentach w londyńskiej Belgravii. Ukraińcy byli coraz bardziej sfrustrowani. W Kijowie setki aktywistów protestowały przed siedzibą prezydenta, domagając się dymisji powszechnie obwinianego za nieskuteczność walki z korupcją prokuratora generalnego Wiktora Szokina. Cierpliwość zaczęły tracić też zachodnie rządy i międzynarodowe instytucje finansowe. Panowało przekonanie, że Szokin roztoczył nad oligarchami i elitami starego reżimu parasol ochronny. Amerykanie i Ukraińcy zastanawiali się wręcz, czy sprawy Burismy nie trzyma on w zawieszeniu tylko po to, żeby wymusić łapówkę. Tak twierdzili adwokaci Złoczewskiego. Z powodu odmowy współpracy przez ukraińską prokuraturę w styczniu 2015 r. sąd w Londynie nakazał nawet odmrożenie 23 mln dol., które zajęto na koncie gazowego potentata. Zamiast potrzebnych dokumentów brytyjscy śledczy dostali z Kijowa pismo, z którego wynikało, że właściciel Burismy nie popełnił żadnego przestępstwa.

Ale czara goryczy przelała się dopiero pół roku później, gdy policja aresztowała dwóch bliskich współpracowników Szokina, okrzykniętych przez prasę „diamentowymi prokuratorami”. Bohaterów afery Oleksandra Korniyetsa i Wołodymyra Szapakina oskarżano o wyłudzanie łapówek od lokalnych biznesmenów. Pierwszy był zastępcą prokuratora regionalnego w Kijowie. Drugi zaczynał swoją karierę jako kierowca Szokina, a u jego boku dochrapał się fotela dyrektora wydziału śledczego. Podczas nalotu na mieszkania Korniyetsa i Szapakina agenci znaleźli m.in. 400 tys. dol. w gotówce i 65 diamentów. Gdy Szokin dowiedział się, że jego współpracownicy byli podsłuchiwani, wypowiedział wojnę wszystkim zaangażowanym w tajną operację – zwolnił swojego zastępcę, groził sędziom i służbom specjalnym. Podejrzani prokuratorzy ostatecznie uniknęli odpowiedzialności karnej.

Amerykańscy i europejscy dyplomaci doszli w końcu do wniosku, że z Szokinem u sterów korupcja nie przestanie kwitnąć. W grudniu 2015 r., podczas wizyty w ukraińskiej stolicy, Biden miał wprost oznajmić Poroszence, że jeśli ten nie wymieni szefa prokuratury, to Kijów nie dostanie obiecywanych gwarancji kredytowych na 1 mld dol. – Powiedziałem: „Wyjeżdżamy za sześć godzin. Jeśli nie zwolnisz tego prokuratora, to nie dostaniesz pieniędzy” – wspominał to spotkanie trzy lata później na panelu Council on Foreign Relations.

W marcu 2016 r. Szokin stracił w końcu stanowisko. A wkrótce poskarżył się trumpistom, że wiceprezydent USA wymusił jego dymisję, by wyciszyć problemy syna.

Odgrzewane plotki

Punktem kontaktowym Szokina był osobisty prawnik Trumpa Rudy Giuliani. To on grał pierwsze skrzypce w lansowaniu narracji o korupcji Bidenów przed wyborami prezydenckimi w 2019 r. Powielał ją w dziesiątkach twittów, w prawicowych programach i podcastach. Otwarcie chwalił się w mediach, że leci do Kijowa, żeby „zbierać haki na Bidenów”. Przez telefon próbował nawet namówić Andrija Jeremaka, bliskiego doradcę prezydenta Ukrainy, do ogłoszenia, że tamtejsi prokuratorzy zajmują się sprawą. To przygrywka do feralnej rozmowy Trumpa z Zełenskim, która dała początek procesowi o impeachment. O ile obóz prezydenta Ukrainy wyraźnie dystansował się od Giulianiego, o tyle pomoc w zdobyciu dowodów chętnie obiecywał mu prorosyjski poseł do Rady Najwyższej i absolwent Wyższej Szkoły KGB im. Feliksa Dzierżyńskiego w Moskwie Andrij Derkacz, który od ponad dekady figurował na liście aktywnych agentów Kremla, którą prowadzi amerykański kontrwywiad. Derkacz został zresztą później formalnie obłożony przez USA sankcjami i oskarżony o sianie dezinformacji, by zaszkodzić kandydatowi demokratów.

Ale żadnych dowodów na Bidena nie było. Potwierdzili to nie tylko byli pracownicy administracji Obamy. Witalij Kasko – zastępca Szokina, który nadzorował operację przeciwko „diamentowym prokuratorom” – wspomniał w rozmowie z „Bloombergiem”, że kiedy wiceprezydent odwiedzał Ukrainę, w sprawie Burismy od dawna nic się nie działo.

Przełomu nie przyniosło śledztwo, które pod presją Trumpa wszczął w 2017 r. jego prokurator generalny William Barr. Śladów nadużyć nie znaleźli też republikańscy senatorzy, którzy prowadzili własne dochodzenie. W finalnym raporcie, opublikowanym we wrześniu 2020 r., stwierdzili oni, że ukraińska posada Huntera „stworzyła wrażenie konfliktu interesów” i postawiła doświadczonych dyplomatów „w niekomfortowej sytuacji”. Cała reszta była odgrzanym kotletem z dobrze znanych insynuacji powielających przekaz rosyjskiej kampanii dezinformacyjnej. Mimo to trumpiści przedstawili swoje ustalenia, jakby były one niezbitymi dowodami.

Nowe „dowody”

Pseudoafera z Burismą mogłaby się wypalić jako temat polityczny, ale wtedy na scenie pojawił się Smirnov. Informator FBI nie ukrywał niechęci do Bidena. Kiedy ten ogłosił start w wyścigu o prezydenturę, Smirnov zaczął podsyłać swojemu oficerowi prowadzącemu linki z rosyjskich mediów, które kolportowały fałszywe doniesienia – np. o tym, że istnieją taśmy obciążające kandydata demokratów. „Biden pójdzie do więzienia” – cieszył się w jednym z SMS-ów Smirnov. Ani słowem nie napomknął jednak, że sam rzekomo ma informacje, które mogłyby zaszkodzić politykowi. W przeszłości rzucił tylko raz w przelocie, że Biden w 2015 r., kiedy był wiceprezydentem, spotkał się ze Złoczewskim i z jego ludźmi. Podobno ci interesowali się przejęciem jakiejś amerykańskiej spółki gazowej i prosili Bidena o ułatwienie kontaktów biznesowych. Ale również wtedy Smirnov nie wspomniał FBI, żeby słyszał o przekupywaniu Bidenów. „Przypomniał” sobie o tym dopiero kilka lat później, krótko przed wyborami w USA. Opowiedział oficerowi prowadzącemu, że dyrektorzy Burismy płacili Hunterowi, „żeby poprzez swojego ojca chronił ich przed różnymi problemami”. Padły nawet konkretne kwoty – po 5 mln dol. dla obu Bidenów.

Rewelacje Smirnova rozeszły się wśród trumpistów w Kongresie, a ci donieśli o nich prawicowym mediom. FBI odmówiło jednak udostępnienia poufnej notatki z przesłuchania informatora, tłumacząc, że to surowy materiał, zawierający miękkie poszlaki i niepotwierdzone podejrzenia, a jego ujawnienie wystawiłoby źródło na niebezpieczeństwo. W odpowiedzi republikanie zagrozili pozwami dyrektorowi agencji Christopherowi Wrayowi, zarzucając mu, że zataja dowody przestępstwa, żeby chronić Bidenów. Po trwających wiele miesięcy formalnych przepychankach w końcu wydobyli tajny dokument. Opinii publicznej zareklamowali go jako materiał, który pogrąży prezydenta, a jego autora przedstawili jako „wysoce wiarygodne źródło”. Choć FBI przestrzegało przed rozpowszechnianiem notatki, w lipcu 2023 r. senator Chuck Grassley opublikował ją na swojej stronie internetowej. „Amerykanie mogą teraz przeczytać ją sami bez filtra w postaci polityków i biurokratów” – skomentował.

W grudniu zdominowana przez republikanów Izba Reprezentantów rozpoczęła dochodzenie, będące pierwszym krokiem w kierunku impeachmentu prezydenta. Szef komisji ds. wymiaru sprawiedliwości, kongresmen Jim Jordan oznajmił, że relacja informatora „to najmocniejszy dowód, jaki mamy”. Jego koleżanka Elise Stefanik, która jest dziś na liście kandydatów na wiceprezydenta u boku Trumpa, mówiła o „największej aferze korupcyjnej w polityce ostatnich 100 lat”.

Kiedy jednak śledczy wgryźli się w zeznania Smirnova, okazało się, że nic się w nich nie klei. Nie było żadnego spotkania ze Złoczewskim w 2015 r. Informator faktycznie rozmawiał z przedstawicielami Burismy, ale dwa lata później, kiedy w Białym Domu rządził już Donald Trump. Na dodatek jego rozmówcy pamiętali ten epizod całkiem inaczej niż on sam. Twierdzili, że to Smirnov nalegał na spotkanie, żeby zaoferować im swoje „usługi” i wciągnąć w nowy projekt biznesowy – kryptowaluty. Na dowód pokazali SMS-y, e-maile, dokumenty podróżne.

Na dodatek na każdym kolejnym przesłuchaniu w FBI Smirnov serwował nieco inną wersję swojej opowieści. Powtarzał oskarżenia pod adresem Bidenów, lecz dodawał więcej szczegółów, odgrzebywał „zapomniane” zdarzenia i podrzucał śledczym nowe wskazówki. Mówił np., że powinni poszukać nagrań z hotelu Premier Palace w Kijowie, w którym rzekomo bywał Hunter. Utrzymywał, że rosyjskie służby urządziły tam swoje centrum operacyjne, że w każdym pokoju jest podsłuch. Tyle że Biden junior… nigdy nie pofatygował się do Ukrainy. Spotkania zarządu Burismy, w których brał udział, odbywały się w różnych lokalizacjach na Zachodzie.

Organy ścigania doszły do wniosku, że doniesienia Smirnova są niewiarygodne, i zamknęły sprawę rzekomych łapówek dla Bidenów. Zamiast tego zaczęły się zastanawiać, czy przypadkiem nie ma podstaw, by oskarżyć informatora o składanie fałszywych zeznań. Na przesłuchaniach Smirnov serwował im coraz bardziej groteskowe wątki – jak ten, że od miesięcy jest zaangażowany w negocjacje dotyczące zakończenia wojny w Ukrainie. Aż w końcu przyznał to, co śledczy podejrzewali od dłuższego czasu: że całą historię o korupcji Bidenów podsunęły mu rosyjskie służby. Wyszło na jaw, że jest z nimi w stałym kontakcie – z ostatnim agentem widział się późną jesienią zeszłego roku. Przed aresztowaniem planował nawet wielomiesięczną podróż, podczas której miał się spotkać z przedstawicielami różnych obcych wywiadów. „[Smirnov] aktywnie kolportuje nowe kłamstwa, które mogą wpłynąć na wybory w USA” – dowodziła prokuratura we wniosku o areszt.

Oficjalnie republikanie zapewniali, że zabiegi mające na celu postawienie Bidena w stan impeachmentu nie opierały się jedynie na zeznaniach Smirnova, jednak ich prokuratorski zapał wyraźnie osłabł. Zapowiadany z pompą spektakl stał się drugorzędnym przedstawieniem z nużącymi rolami, a udawanie zainteresowania nim nie wychodziło nawet prawicowym komentatorom.

Ślady Kremla

Spiskowa historia o korupcji Bidenów to tylko najbardziej spektakularny przykład tego, jak żerując na istniejących podziałach i konfliktach, rosyjskie wpływy przenikają do politycznego mainstreamu, a nawet napędzają kampanie wyborcze. Aktywność agentów i pomocników Kremla dużo częściej – i mocniej – odciska się jednak na niższych szczeblach. W 2022 r. prokuratura wniosła akty oskarżenia przeciwko grupie Rosjan, którzy próbowali rekrutować Amerykanów do wojny propagandowej przeciwko rządowi USA. Najważniejsza postać w tym gronie to Alexander Ionow. Oficjalnie jest prawnikiem, biznesmenem i obrońcą praw człowieka. Według amerykańskiej prokuratury to współpracownik FSB i szef Antyglobalistycznego Ruchu Rosji, który sponsoruje ultranacjonalistów i separatystów z całego świata – od Hawajów i Teksasu, przez Katalonię i Irlandię, po Naddniestrze i Górski Karabach. Centrum operacyjne Ionowa w Stanach Zjednoczonych mieściło się ostatnio w 240-tysięcznym St. Petersburg na Florydzie. Agent finansował i infiltrował działający tam panafrykański Ruch Uhuru, a nawet usiłował wypromować swoich działaczy w wyborach do rady miasta w 2017 r. i w 2019 r. W Georgii Ionov pozyskał do współpracy czarnych separatystów z Black Hammer Party, w tym ich przywódcę Gaziego Kodzę (pseud. „Czarny Hitler”), który również usłyszał zarzuty; w Kalifornii pomógł zorganizować prosecesjonistyczną demonstrację przed siedzibą stanowej legislatury.

Ślady Kremla najwyraźniej odznaczają się w sieci. Zaledwie tydzień temu Departament Skarbu wpisał na listę osób usiłujących na zlecenie Moskwy zamieszać w kampanii prezydenckiej parę rosyjskich biznesmenów, którzy seryjnie tworzyli fałszywe strony internetowe upozorowane na witryny prawdziwych instytucji rządowych i mediów. Microsoft Threat Analysis Center zwraca uwagę na to, że od lata 2023 r. agenci rosyjskiej dezinformacji intensywnie wykorzystują generatywną sztuczną inteligencję, aby zalewać użytkowników na Zachodzie „nieautentycznymi, lecz coraz bardziej wyrafinowanymi treściami”. Na przykład publikują imitujące relacje medialne filmiki, które propagują narracje kwestionujące państwowość Ukrainy i obarczają winą za konflikt w Strefie Gazy Stany Zjednoczone. W raporcie, który jesienią rozesłał ponad 100 państwom amerykański wywiad, podkreśla się, że tego rodzaju działania mają osłabić wiarę obywateli w uczciwość wyborów: „Nasze informacje wskazują, że wysocy funkcjonariusze rosyjskiego rządu widzą w nich wartość i uznają za skuteczne”. ©Ⓟ