Donald Tusk niezgodę na funkcję wicemarszałka Sejmu dla Elżbiety Witek określił jako „fundamenty”. Poszczególne frakcje zarówno w PO, jak i w ugrupowaniach koalicyjnych mają swoją wizję procesu zamykania „dobrej zmiany” i standardów przez nią wprowadzonych, ale jednym z takich fundamentów ma być też całkowita zmiana polityki europejskiej. Ta w wydaniu PiS zaważyła bowiem na fatalnej pozycji Polski w UE, ale i przyczyniła się do tego, że dotąd nie mamy możliwości korzystania z setek miliardów złotych pochodzących z Funduszu Odbudowy.

Odzyskanie pieniędzy z KPO to oczywiście jeden z pierwszych celów Tuska i wiele wskazuje, że jest możliwy do zrealizowania dość szybko. A od tego już tylko krok od uznania, że w Europie wróciliśmy do należnego nam miejsca przy wspólnym stole, że oddycha się jakoś inaczej i że Polska przeszła w kilka tygodni drogę od pariasa do prymusa. Istotnie odblokowanie KPO i potencjalnie Funduszu Spójności może przenieść nas mniej więcej do miejsca, w którym europejski mainstream był około dwóch lat wcześniej, ale lepsze to niż nic. Droga do odbudowania na trwałe pozycji w UE będzie jednak dużo dłuższa i nie warto w ramach fundamentalnych zmian wyrzucać do kosza wszystkiego, co kojarzy się z PiS.

A kojarzy się choćby przeniesienie teki ministerialnej ds. UE z resortu spraw zagranicznych bezpośrednio do kancelarii premiera. Europejski krajobraz polityczny robi się coraz bardziej skomplikowany i utrzymanie przez szefa rządu ministra ds. europejskich bezpośrednio przy swoim boku może przynieść więcej korzyści w zarządzaniu relacjami z UE niż powrót tej teki do alei Szucha. Drugim elementem, który przyniosły rządy PiS, niezależnie od tego, kto piastował funkcje premiera, szefa MSZ i ministra ds. UE, była współpraca regionalna. Trzeba przyznać, że często fasadowa, ale nie oznacza to, że sam koncept był zły. Polska wbrew wszelkim magicznym zaklęciom nie stoi dziś w jednym szeregu z takimi krajami jak Niemcy, Francja czy Włochy. Nie staniemy się pierwszoplanowym graczem w UE, jeśli nie będziemy mieli wsparcia państw regionu – kluczowego w dobie reform instytucjonalnych, prawdopodobnych zmian traktatowych i rozszerzenia „27” na większą liczbę krajów. PO w opozycji sugerowało, że PiS wspieraniem V4, Inicjatywy Trójmorza czy Bukareszteńskiej Dziewiątki próbował tworzyć alternatywę dla współpracy z UE, i dopiero pozytywny odbiór Trójmorza i B9 przez administrację amerykańską (zarówno Trumpa, jak i Bidena) pokazał, że nie zawsze kierunek działań PiS był błędny, ale błędne były realizacja i język dyplomacji.

I to w tych dwóch ostatnich obszarach powinno dojść do całkowitego resetu. Obrażanie partnerów w UE, używanie słów „Niemiec” czy „niemieckie” jako wręcz obelg, nieustanna groźba wetowania kolejnych decyzji, nieustępliwość muszą odejść do lamusa. Paternalistyczne tony, połajanki i pouczanie państw i politycznych liderów z pozycji pariasa mogą budzić co najwyżej śmiech lub politowanie. Poza stylem prowadzenia dyplomacji musi się też zmienić polska sprawczość w Brukseli. Z wyjątkiem uszczelniania systemu podatkowego i walki z rajami podatkowymi, Polska nie wniosła właściwie żadnego realnego pomysłu na usprawnienie funkcjonowania Unii. To absolutnie niedopuszczalne w jednym z największych państw kontynentu i każdy miesiąc naszej bierności odbiera Polsce nie tylko sprawczość, ale i powagę na arenie międzynarodowej.

Polityka zagraniczna PiS doprowadziła Polskę na prawie 20 lat od akcesu na margines UE. Czasami źródłem tego był sprzeciw wobec realnie niekorzystnych dla nas projektów, ale w ogromnej większości przypadków był to efekt uporu Jarosława Kaczyńskiego, dyplomatycznej sztywności i kompletnego niezrozumienia słowa „kompromis”. Słusznie wielu komentatorów i ekspertów wskazuje, że najtrudniejszym zadaniem dla nowego rządu będzie powrót do myślenia o UE w kategoriach „my”, a nie „oni”. Ale żeby do tego doszło, nowe fundamenty polityki europejskiej nie mogą być prostym odwróceniem polityki PiS – na wątpliwości eurosceptyków też będzie trzeba odpowiedzieć. ©℗