Liczba osób, które w ostatnich dniach skrytykowały kanclerza Olafa Scholza z powodu wstrzymywania dostaw czołgów dla Ukrainy, jest długa. Zaczęło się od wywiadu amerykańskiej ambasador w Berlinie Amy Gutmann, która stwierdziła, że z zadowoleniem przyjmuje to, co Niemcy robią w ramach wsparcia dla Ukrainy, ale oczekiwania ma większe. Później w serwisach społecznościowych ambasada precyzowała, że każdy kraj może robić, co chce, ale za Odrą zostało to uznane jako kolejny pstryczek w nos kanclerza.
Parcie na zmianę polityki urzędu kanclerskiego rośnie także ze strony koalicjantów. Annalena Baerbock, liderka Zielonych i minister spraw zagranicznych w rządzie Scholza, w wywiadzie dla „Franfurter Allgemeine Zeitung” stwierdziła, że o dostawach czołgów trzeba zdecydować wspólnie w koalicji i na poziomie międzynarodowym. – W kluczowej fazie, w której obecnie znajduje się Ukraina, nie sądzę, by ta decyzja powinna być długo odkładana – stwierdziła. Oprócz coraz częstszych głosów ekspertów i dziennikarzy (od poważnego tygodnika „Der Spiegel” po tabloid „Bild”) do chóru tych, którzy domagają się od niemieckiego rządu więcej, dołączyła szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. – Jeśli Ukraińcy mówią, że potrzebują czołgów, to musimy potraktować to poważnie i im je dać – mówiła w piątek polityczka w rozmowie z „Bildem”. Od dłuższego czasu taki postulat zgłasza także opozycyjna chadecja.