Nie dojdzie też z pewnością do akcesji Ukrainy do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Władimirowi Putinowi skutecznie udało się przestraszyć Zachód. Rosyjski prezydent zbudował wrażenie balansowania świata na skraju III wojny światowej. I niemal wszyscy to łyknęli. Kreml nie zdobył żadnego ważnego miasta, ale uwikłał władze w Kijowie w wojnę, która rodzi setki dylematów, pytań i problemów. Od braku w stolicy lotniska po obecność obcych wojsk czy nasycenie kraju bronią i ładunkami wybuchowymi. Od zwycięstwa pomarańczowej rewolucji w 2004 r. Putinowi zależało na tym, by świat uwierzył, że Ukraina jest państwem jeśli nie upadłym, to przynajmniej upadającym. Dziś – mimo szerokiej sympatii dla bohaterstwa Ukraińców – jest blisko osiągnięcia tego celu.
Czy w takich warunkach ma sens mówienie o pokojowej misji NATO w Ukrainie? Czy budowanie takiej iluzji może stwarzać fakty i rzeczywistość polityczną, a nie pozostawać fraszką?
Reklama
Robert Krasowski w książce „Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt”, w której jeden z rozdziałów jest poświęcony ocenie polityki zagranicznej Lecha i Jarosława Kaczyńskich, pisze o „przerysowanych gestach”, w których bracia Kaczyńscy są mistrzami. Dalej przekonuje jednak, że w przypadku krajów – nazwijmy to umownie – z geopolitycznego przedpokoju, te przerysowane gesty mają sens, bo zaznaczają ich odrębność i windują oczekiwania. To z kolei sprawia, że w realnych negocjacjach i w realnej polityce kraj o relatywnie niedużym potencjale może osiągać cele znacznie powyżej swojej wagi. Dokładnie tak samo jest z propozycją wysłania do Ukrainy sił pokojowych pod flagą NATO. Nie chodzi o to, że taka misja mogłaby zaistnieć. Chodzi o przesunięcie oczekiwań do stratosfery i uzyskanie czegoś z górnej półki. Czymś takim może być np. próba wypracowania dla Ukrainy – po zawieszeniu broni – gwarancji bezpieczeństwa w formie umowy międzynarodowej, a nie deklaracji, stworzenie realnego planu odbudowy państwa i jego infrastruktury, czy nadanie statusu kandydata do UE. Umowa jest źródłem prawa międzynarodowego i nie można jej tak łatwo pogwałcić, jak np. deklaracji budapeszteńskiej z 1994 r., która za rozbrojenie atomowe Ukrainy miała zapewnić nienaruszalność granic tego państwa. W 2014 r., gdy Putin zajmował Krym i wywoływał separatyzm na Donbasie, nikt jakby o niej nie pamiętał. Dla upierdliwców, którzy o niej mówili, był tylko jeden argument – deklaracja nie jest i nie była źródłem prawa. Gwarantowanie bezpieczeństwa umową ma inną wagę. Podobnie jak plan odbudowy czy wyciągnięcie Ukrainy z szarej strefy bezpieczeństwa poprzez nadanie jej statusu państwa kandydującego do Unii Europejskiej.
Windowanie oczekiwań wobec Zachodu nie jest nowością i nie jest kijowskim wymysłem Jarosława Kaczyńskiego. Na finale prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego czymś takim była próba otwarcia szybkiej ścieżki do NATO dla Ukrainy i Gruzji oraz nakłanianie Zachodu do stworzenia dla Kijowa i Tbilisi MAP, czyli Planu Działań na rzecz Członkostwa w NATO. W czasach rządów PO przerysowanym gestem była próba przekonywania Alaksandra Łukaszenki przez szefa MSZ Radosława Sikorskiego – we współpracy z nieżyjącym już Guido Westerwelle – by wybory fałszował z umiarem i starał się pozostawać w kontakcie z Zachodem.
Od zwycięstwa w 2004 r. pomarańczowej rewolucji nikt rozsądny nie wierzył, że w przewidywalnej przyszłości Ukraina znajdzie się w Sojuszu Północnoatlantyckim. Rozmowy o MAP zakorzeniały jednak Kijów na Zachodzie. Dawały perspektywę. Budowały siatkę prozachodnich ambicji i wzmacniały euroatlantyckie elity w kraju, w którym balans sił między polityką prodolarową, prorosyjską i prozachodnią nigdy nie był jednoznaczny. Mówienie przez lata o MAP było kupowaniem czasu. Odsuwaniem na dalszą przyszłość wariantu, w którym Rosja oplecie państwo siecią zależności. Kupowanie tego czasu pozwoliło Ukrainie suwerennie dokonać wyboru cywilizacyjnego. Byliśmy świadkami tego podczas Majdanów w latach 2004 i 2014 i jesteśmy świadkami dziś.
Misja pokojowa NATO, o której mówi Kaczyński, nie była w Sojuszu konsultowana, co przyznał w odpowiedzi na pytanie DGP wicepremier i prezes PiS. Lider polskiej prawicy nie był w stanie odpowiedzieć nam, gdzie ona miałaby stacjonować i kto miałby nią dowodzić. Nie był w stanie tego powiedzieć, bo w zasadzie nie o szczegóły w tym pomyśle chodzi. Wysokie zawieszenie poprzeczki ma jednak sens. Wyprowadza Zachód z fałszywego komfortu pozostawania w oddaleniu od Rosji. Bo skoro nad Dnieprem miałby się znaleźć żołnierz hiszpański czy włoski, to sprawa przestaje być abstrakcją. Kaczyński, mówiąc nieprecyzyjnie i bez szczegółów, likwiduje strefę komfortu. Buduje fakty dokonane, które znów może pozwolą kupić trochę czasu. Pomogą na chwilę uciszyć ekscelencję Lembkego, który widzi pożar, lecz wciąż jest przekonany, że „to niemożliwe!”, bo „pożar jest w umysłach, a nie na dachach domów!” i „najlepiej dać spokój! Niech jakoś samo…”. Kaczyński jako reprezentant Europy Środkowej wie, że jakoś samo nie będzie.