Z punktu widzenia polityki wewnętrznej w Stanach Zjednoczonych to zrozumiałe deklaracje. Amerykanie są wymęczeni dekadami wojen, nie chcą wysyłać swoich synów i córek, by walczyli w odległych krajach. Doradcy Białego Domu słusznie doszli do wniosku, że im więcej mówienia „nie będzie naszych żołnierzy w Ukrainie”, tym wyższe będą słupki poparcia. Problem w tym, że przy zaognieniu konfliktu sami Amerykanie zmienili optykę i teraz – jak pokazują sondaże – od swoich władz oczekują bardziej zdecydowanych słów i działań. Dla nas to jednak pomniejsza sprawa. Większy problem w tym, że wykluczenie wojskowej interwencji, a także sugestie, że wprowadzenie stref zakazu lotów równa się wojnie, niosą negatywne konsekwencje dla bezpieczeństwa naszego regionu.
Dotychczasową retoryką Biały Dom odsłania się, pokazuje Moskwie karty, decyduje się jedynie na jej częściowe odstraszanie. Nie daje szans na utrzymanie na Kremlu strategicznej niepewności co do intencji Waszyngtonu. W praktyce w znacznej mierze daje to Władimirowi Putinowi nad Dnieprem wolną rękę. Nie przyczyni się to do stawiania mu granic, nie tylko tych militarnych, lecz także humanitarnych. Pretensje za słowa płynące z administracji słychać w Waszyngtonie coraz donioślej – od Kongresu po ośrodki analityczne, w tym też te sympatyzujące z demokratami. Wśród elit podnoszą się spekulacje, że gdyby Putin nie miał pewności w kwestii wojskowego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w Ukrainie, to jego inwazja mogłaby wyglądać inaczej.