Trudno zliczyć, ile razy przed wojną i w jej trakcie prezydent Joe Biden zapewniał o tym, że żaden amerykański żołnierz nie będzie walczył w Ukrainie. Ostatni raz tweetował o tym w piątek, oceniając, że bezpośrednia konfrontacja NATO z Rosją oznacza trzecią wojnę światową. Granica przez Biały Dom jest wyznaczana bardzo jasno – na zachód od Sanu pełna kolektywna obrona, na wschód od rzeki, cóż, opcji jest mniej.
Z punktu widzenia polityki wewnętrznej w Stanach Zjednoczonych to zrozumiałe deklaracje. Amerykanie są wymęczeni dekadami wojen, nie chcą wysyłać swoich synów i córek, by walczyli w odległych krajach. Doradcy Białego Domu słusznie doszli do wniosku, że im więcej mówienia „nie będzie naszych żołnierzy w Ukrainie”, tym wyższe będą słupki poparcia. Problem w tym, że przy zaognieniu konfliktu sami Amerykanie zmienili optykę i teraz – jak pokazują sondaże – od swoich władz oczekują bardziej zdecydowanych słów i działań. Dla nas to jednak pomniejsza sprawa. Większy problem w tym, że wykluczenie wojskowej interwencji, a także sugestie, że wprowadzenie stref zakazu lotów równa się wojnie, niosą negatywne konsekwencje dla bezpieczeństwa naszego regionu.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.