Na żałobę przyjdzie czas

Ukraine's Capital City on Day Two of Russian Invasion
A fire damaged building following a blast at around 4am during Russian artillery strikes in Kyiv, Ukraine, on Friday, Feb. 25, 2022. Ukraine’s president said Moscow-led forces were continuing attacks on military and civilian targets on the second day of their invasion after the U.S. and its allies imposed new sanctions on Moscow and U.S. President Joe Biden warned of "a dangerous moment for all of Europe." Photographer: Erin Trieb/BloombergBloomberg / Erin Trieb
28 lutego 2022

Strach jest po dwóch stronach – i tych, którzy zostali na Ukrainie, i tych, którzy czekają w Polsce na każdy sygnał od bliskich.

Natalia jest między miastami Tarnopol i Równe. – Każdy ma spakowany plecak: majtki, para spodni, opatrunki, proszki od bólu, butelka wody. Tak, by chwycić i uciekać – opisuje. Ale ta ucieczka to ostateczność. Tylko gdyby walił się dom. Bo nikt z jej rodziny tego zrobić nie zamierza. – Synowa raz wyruszyła pod polską granicę, ale zawróciła. Mówiła „co ja będę w obcym kraju robiła z malutkim dzieckiem, poza tym męża i ojczyzny nie zostawię”.

Natalia ma dwóch synów. Starszy, po przeszkoleniu wojskowym, dostał broń i poszedł walczyć. Młodszy nigdy w armii nie był, ale i tak się zgłosił. Od jutra będzie robił za kierowcę karetki albo wojskowego zaopatrzenia. – Druga synowa powiedziała, że też idzie walczyć. I jak ją znam, to tak zrobi – opisuje. W domu są jeszcze jej wnuki. Roczne, cztero- i sześcioletnie.

Rozmawiamy od czwartku za pośrednictwem Whats Upa. Dwa razy przerywałyśmy, bo była „wozduszna triwoga” (alarm). Na noc schodzą do piwnic, okna przyciemnili sadzą z pieca, by dom z samolotu wyglądał na opuszczony. – Udało mi się kupić bułki, teraz je suszę, by nie spleśniały i starczyły na dłużej – opisuje. – Na razie w mojej okolicy jeszcze jedzenie jest, ale jak będzie, nie wiadomo, bo wszystkie okoliczne szkoły, sale, hale zajęte są przez ludzi uciekających od strony Kijowa. Ludzie, którzy mają rodziny w Charkowie, opowiadają, że tam głód i nawet wody pitnej brakuje.

Natalia mówi, że robią, co mogą. Organizują po wsiach jedzenie dla walczących i dostarczają do punktów zbiórek. Działają w trybie nieludzkim. – Właśnie zmarł brat mojego męża. Na zawał, z nerwów nie wytrzymał. Musimy go dziś pochować, póki nie ma ostrzału. Kupić trumnę, zrobić ceremonię. Na żałobę przyjdzie czas później – mówi. Tylko czasem płacze. Nigdy przy wnukach, bo co dzieci winne. Łzy trzeba by tłumaczyć, ale takim maluchom, jak? – Słyszałam, że Polacy mówią o nas jak o bohaterach, ale z nas żadne gieroje. W zasadzie my tak od przeszło ośmiu lat żyjemy, w takim stanie zagrożenia. Wystoimy i teraz, bo to walka o wszystko.

Pojechała tylko po dokumenty

Sveta, Mariana i Natalia pracują razem od trzech lat w jednej z warszawskich kawiarni. Sveta w zeszłym tygodniu musiała pojechać na Ukrainę, by uzupełnić dokumenty. Zanim wróciła, Rosjanie rozpoczęli atak. Została. Koleżankom z pracy w Polsce przesyła zdjęcia: widać na nich, jak dostosowuje piwnicę na schron. Mariana miała szczęście, bo została w Warszawie, ale chciałaby ściągnąć syna z trójką dzieci. Jednak wie, że go nie puszczą na granicy. Trudno jej pracować, ciągle płacze. Trzecia z nich nawet nie próbuje: matka jest lekarką, powiedziała, że chce zostać i pracować. Ojciec też chce pomagać. Ostatnio dostała wiadomość, że na ich wieś spadli spadochroniarze: złapali kilka osób, reszta pobiegła schować się w lesie.

Masza mieszka w Polsce od kilku lat, a ostatnio wyszła za mąż (też za Ukraińca), córka ma pół roku. – Denerwuję się i pewnie dlatego mała źle śpi – mówi Masza. Brat w sobotę pojechał na granicę, czeka tam na matkę, która miała się przedostać. – Kolejka 7 km, nie wiem, czy mama da radę dojść – opowiadała w piątek. W niedzielę okazało się, że mama nie przyjeżdża. Zamknięto dworzec, a nie ma chętnych do jeżdżenia na granicę.

Jej kuzynka z mężem i rocznym dzieckiem noc spędzili w piwnicy w Kijowie, następnego dnia uciekali do innego miasta.

Inessa też mieszka w Polsce, niedawno urodziła synka. Jej tata pracuje we Wrocławiu, ale mama została w rodzinnej Odessie. – Wujek też tam jest, nigdy w wojsku nie był, ale zgłosił się na ochotnika w mieście Arcyz – opisuje. – Napisał tylko do mamy, że żyje, jest niedaleko i by na siebie uważała.

Znaki za 600 rubli

Inessie trudno jest rozmawiać. – Mama cieszy się, że jestem bezpieczna, ale ostatni alarm przeciwlotniczy nad miastem ją dobił. Schowała się w spiżarni, pod schodami w naszym bloku. Przy następnym, mówiła, pójdzie z sąsiadkami do piwnicy – mówi. – Gdy udaje nam się skontaktować, pokazuję jej przez kamerkę wnuka, by wiedziała, że ma dla kogo żyć, by się nie załamywała.

Mama Inessy opisuje, że słychać wybuchy i strzały z obrzeży miasta. Bywa, że ludzie są też zdezorientowani, bo docierają do nich sprzeczne sygnały. – To rodzi lęk, dlatego próbuję z Polski mówić mamie, co się dzieje – opowiada. Jest w niej złość na Putina, ale też na tych Ukraińców, którzy dają się przekupić i za ok. 600 rubli malują znaki na domach, ułatwiając ostrzał budynków.

Mama Nataszy, która żyje w Polsce od kilkunastu lat i ma polskie obywatelstwo, ma 91 lat i mieszka w Donbasie. Też mówiła, że starych drzew się nie przesadza, ale kiedy w lutym zmarł brat Nataszy, który opiekował się ich matką, Natasza po prostu wsiadła w samolot, żeby ją przywieźć do Polski. Nie zdążyła. Wybuchła wojna. Były akurat w Charkowie, czekając na paszport dla matki, dla której była to trzecia wojna w jej życiu, ale pierwsza podróż. Noce spędziły w schronie. Potem, kiedy przyszła informacja, że nie trzeba dokumentów, ruszyły na dworzec. Do pierwszego pociągu się nie dostały. Udało się z kolejnym, w sobotę. Kierunek – Lwów. W nocy pociąg zatrzymał się w polu, by nie wjeżdżać do Kijowa. Powód? Zagrożenie nalotów. Noc spędziły w wagonie. O 6 rano ruszył dalej. Na wieczór ma być u celu. Jej matka źle się czuje, planują przespać się we Lwowie i dalej ruszyć. Jak? Nie wiadomo, bo tłumy na dworcach. Liczą, że uda się załapać może na jakiś transport, choć kolejka na granicy wydłuża się – w niedzielę była mowa o dwóch–trzech dniach czekania.

Jurij jest w Polsce, a cała jego rodzina we Lwowie. – Próbują wysłać moją siostrę z maleńkim dzieckiem do Polski, ale to niezwykle trudne, bo na dworcu jest z milion osób, nie sposób wbić się do wagonu, z wózkiem – opisuje. Ale, jak przekonuje, to jedyna racjonalna dla niej droga. Bo samotna kobieta z dzieckiem na rękach nie będzie stała w 50-kilometrowym korku do granicy. Dlatego on zostaje w Polsce przynajmniej do czasu, aż uda się mu sprowadzić siostrę do kraju. A potem? – Jak będzie bezpieczna, podejmę kolejną decyzję. Jeszcze zdążę posłać kulę lub samemu oberwać. Ale najpierw niech ona będzie tu.

Przyjedzie czy nie przyjedzie?

Na transport z Polski liczy także Wera. Siedzi spakowana, bo znajoma matki, która pracuje w Warszawie, obiecała, że po nich przyjedzie. I choć mieszka 20 km od granicy, to nie może stanąć w kolejce, bo najmłodsze z trójki małych dzieci ma niecały rok i jest żywione pozajelitowo (ma założoną stomię). Nie wiadomo, czy wpuszczą auto z Polski i czy uda się wyjechać. Jeżeli wpuszczą, to będą próbować wracać może przez Węgry, może przez Słowację.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.