Jedną z pierwszych analiz, już w 2012 r., przeprowadzili Robert Bond (Uniwersytet Stanu Ohio), Christopher Fariss (Uniwersytet Michigan), Jason Jones (Uniwersytet Stony Brook), Jaime Settle (College William & Mary), James Fowler (Uniwersytet Kalifornijski w San Diego) oraz Adam Kramer i Cameron Marlow (obydwaj Facebook). Wykazali, że wyświetlenie użytkownikom Facebooka w dniu wyborów do Kongresu USA w 2010 r. tylko jednej wiadomości zachęcającej do oddania głosu zwiększało prawdopodobieństwo ich udziału w głosowaniu o 0,39 proc. w stosunku do osób, które takiej informacji nie otrzymały. Co więcej, wiadomość ta oddziaływała nie tylko na użytkowników FB, lecz także, poprzez kontakty społecznościowe, na ich przyjaciół. Bond i współautorzy szacują, iż wiadomość wyświetlona przez 61 mln użytkowników Facebooka zwiększyła frekwencję podczas wyborów do Kongresu USA o 0,14 proc. (ok. 340 tys. osób).
Podobne badanie Jason Jones, Robert Bond oraz James Fowler przeprowadzili wraz z Deanem Eacklesem (Massachusetts Institute of Technology) i Eyatanem Bakshym (Facebook) dla wyborów prezydenckich w USA w 2012 r. Również w tym badaniu użytkownikom FB wysłano w dniu głosowania jedną wiadomość zachęcającą do pójścia do urn. Jones i współautorzy wskazują, że jej wyświetlenie zwiększało prawdopodobieństwo udziału w wyborach o 0,24 proc. w stosunku do osób, które nie otrzymały takiej zachęty. Także w przypadku tego badania wiadomość oddziaływała poprzez kontakty społecznościowe na przyjaciół danego użytkownika. Jones i współautorzy pokazują, że wyświetlenie wiadomości przez 15 mln użytkowników portalu zachęciło do głosowania dodatkowe ok. 270 tys. osób.
Z kolei Thomas Fujiwara i Karsten Mueller (Uniwersytet Princeton) i Carlo Schwarz (Uniwersytet Bocconiego) wykorzystali dane dotyczące użytkowników Twittera, aby zbadać oddziaływanie tego medium na wyniki wyborów prezydenckich w USA w 2016 r. i 2020 r. Fujiwara i współautorzy pokazują, iż zwiększenie udziału użytkowników TT w danym hrabstwie o 10 proc. zmniejszyło poparcie dla Donalda Trumpa o 0,2 pkt proc. – zarówno podczas wyborów w 2016 r., jak i w 2020 r. Co ciekawe, ten niekorzystny dla republikanów efekt nie wystąpił w przypadku wcześniejszych wyborów prezydenckich w USA.
Reklama
Dodatkowo efekt ten nie występuje w przypadku kandydatów Partii Republikańskiej w wyborach do Izby Reprezentantów i Senatu, zarówno w wyborach w 2016 r. i 2020 r., jak i wcześniejszych. Fujiwara i współautorzy tłumaczą to tym, iż na TT jest więcej treści dotyczących wyborów prezydenckich niż do Kongresu. Jednocześnie badacze wskazują, iż użytkownicy Twittera z większym o 25 proc. prawdopodobieństwem są gotowi poprzeć demokratów niż republikanów, zaś politycy Partii Demokratycznej są na portalu bardziej popularni niż Partii Republikańskiej.
Dane dotyczące Twittera wykorzystał też Tiziano Rotesi (Uniwersytet w Lozannie) w celu przeanalizowania frekwencji wyborczej, darowizn dla kandydatów oraz wyników w wyborach prezydenckich w USA w latach 2008, 2012 i 2016. Rotesi wskazuje, że rozpowszechnianie się Twittera nie miało istotnego wpływu na frekwencję oraz na całkowitą sumę darowizn dla kandydatów. Jednak w przypadku wyników wyborów wzrost popularności TT skutkował zmniejszeniem się liczby głosów oddanych na demokratów. Rotesi wskazuje, że efekt ten wynika z większej obecności Partii Republikańskiej na Twitterze mierzonej chociażby liczbą tweetów.
A więc media społecznościowe są w stanie oddziaływać na wyniki wyborów. Za to każdy z kandydatów, czy każda z partii, ma własne spojrzenie na to, czy ten wpływ jest negatywny, czy pozytywny. Bo jak Kali kraść krowy – to dobrze, jak Kalemu kraść krowy – to źle. ©℗