Reklama
W latach 2014–2015 Białoruś starała się zachowywać sytuacyjną neutralność wobec wojny rosyjsko-ukraińskiej. Tym razem gra w jednym zespole z Kremlem i równolegle do Rosjan prowadzi własną kampanię propagandową wymierzoną w południowego sąsiada.
Wczoraj podano szczegóły ćwiczeń, które mają potrwać od 10 do 20 lutego. Na Białoruś trafią dwa dywizjony systemów rakietowych S-400, dywizjon rakietowy Pancyr-S i 12 myśliwców Su-35. W sumie w manewrach ma wziąć udział poniżej 13 tys. żołnierzy, czyli poniżej poziomu, który zgodnie z prawem międzynarodowym wymagałby zaproszenia zagranicznych obserwatorów. Tym razem wspólnie z Białorusinami mają ćwiczyć żołnierze z Zachodniego Okręgu Wojskowego, czyli z rosyjskiej Syberii. Manewry odbędą się na pięciu poligonach i czterech lotniskach wojskowych rozrzuconych po całej Białorusi, w tym na poligonie w Brześciu niedaleko granicy z Polską i w Hoży na litewskiej granicy w pobliżu granic obu tych państw z Polską. – W sprawie przeprowadzenia ćwiczeń prezydenci Federacji Rosyjskiej i Republiki Białorusi porozumieli się jeszcze w grudniu zeszłego roku – mówił wiceminister obrony Rosji Aleksandr Fomin.
O planach manewrów Alaksandr Łukaszenka poinformował dopiero w poniedziałek, gdy pierwsi rosyjscy żołnierze byli już w drodze na manewry. Białoruski przywódca tłumaczył to zagrożeniem ze strony NATO i Ukrainy. – Ukraina kontynuuje koncentrację sił Gwardii Narodowej i radykalnych nacjonalistów. To jeszcze gorzej niż natowscy żołnierze, w dodatku w bezpośredniej bliskości granicy państwowej naszego kraju – mówił podczas poniedziałkowej narady z wojskowymi. – Pretekstem jest walka z migrantami, ale migranci nawet w strasznym śnie tam nie trafiają. I my świetnie rozumiemy, że migranci nie zamierzają iść na Ukrainę – przekonywał, dodając, że „to mają być normalne ćwiczenia dla wypracowania pewnej koncepcji w konflikcie z siłami Zachodu (Bałtowie i Polska) i Południa (Ukraina)”. W ten sposób Łukaszenka połączył sprowokowany przez siebie późną wiosną 2021 r. kryzys migracyjny z rosyjskimi pogróżkami pod adresem Ukrainy, które przybrały na sile jesienią zeszłego roku.
Władze ukraińskie zdementowały informacje, jakoby koncentrowały swoje siły na granicy z Białorusią. „Manipulacyjne oświadczenia prokremlowskich polityków i przedstawicieli państw satelickich Federacji Rosyjskiej nie odpowiadają rzeczywistości, są polityczną manipulacją i częścią wojny informacyjnej wymierzonej w Ukrainę” – napisał rzecznik Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Artem Dechtiarenko. Jednocześnie Kijów w listopadzie 2021 r. wzmocnił ochronę własnych granic w ramach operacji „Polissia” w obawie, że Łukaszenka skieruje falę bliskowschodnich migrantów na południe. Na razie jednak ukraińskie władze odnotowały tylko jedną taką próbę. 15 obcokrajowców z Bliskiego Wschodu zostało zawróconych na Białoruś z jednego z przejść granicznych, ponieważ – jak podano – nie byli w stanie wytłumaczyć celu swojej podróży na Ukrainę.
Polityka Łukaszenki zmieniła się w porównaniu do lat 2014–2015 i najgorętszej fazy wojny rosyjsko-ukraińskiej. Białoruś zaoferowała wówczas własne usługi jako miejsce dla rozmów pokojowych, nie uznała aneksji Krymu, a nawet dostarczała Ukraińcom ciężarówki i remontowała na swoim terenie wojskowe śmigłowce. Tym razem Łukaszenka, osłabiony protestami 2020 r., zachodnimi sankcjami i izolacją, jednoznacznie wspiera Władimira Putina, deklarując, że w razie eskalacji wesprze Rosję wszelkimi środkami politycznymi, gospodarczymi i dyplomatycznymi. Łukaszenka oświadczył też, że uważa anektowany w 2014 r. Krym za rosyjski. Białoruska propaganda prowadzi zaś antyukraińską kampanię porównywalną do tej z rosyjskich mediów państwowych.
„Ukraińcy biegną przed parowozem. Albo lepiej powiedzieć: przed amerykańskim pancernikiem. Może takie zadanie dostali od swoich bossów z Waszyngtonu? Oczyścić dla NATO drogę do zmasowanej wojny przeciw Rosji i Białorusi… Żeby nie było wielkiej wojny, trzeba w zarodku zdusić małą ukraińską” – rozważał niedawno na łamach państwowej „Minskiej praudy” jej komentator Wadzim Jałfimau. Dla Ukrainy pytanie, czy w razie pełnowymiarowej inwazji Rosjanie wykorzystają Białoruś, ma znaczenie strategiczne. Poza koniecznością ochrony 1974 km granicy lądowej z Rosją i 452 km z separatystycznym Naddniestrzem należałoby dodać 975 km niepewnej linii granicznej z Białorusią. Wykorzystanie terytorium sojusznika mogłoby ułatwić Rosjanom otoczenie Kijowa, choć bagniste tereny białorusko-ukraińskiego pogranicza nie należą do najłatwiejszych do pokonania przez ciężki sprzęt wojskowy, zwłaszcza w razie wiosennych roztopów. O rosyjskich planach zakładających rozwinięcie ofensywy z wykorzystaniem terytorium Białorusi pisał jesienią niemiecki „Bild”. ©℗