We wtorek z Półwyspu Koreańskiego dobiegł taki komunikat: „Korea Północna oraz Południowa przywróciły gorącą linię”. Co to właściwie oznacza?
To znaczy, że Pjongjang po prostu odebrał połączenie, które Koreańczycy z południa i tak wykonują dzień w dzień, dwa razy dziennie, rano i wieczorem – sprawdzając, czy druga strona może kiedyś podniesie słuchawkę.
I to wszystko?
Oskar Pietrewicz, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych / Materiały prasowe
Przez ostatnie półtora roku z Północą w ogóle nie było żadnego kontaktu, więc jest to jakiś progres. Chociaż „progres” w tej sytuacji oznacza powrót do stanu sprzed 2019 r. Chęć do odbierania telefonów w Pjongjangu osłabła po szczycie Trump – Kim w Hanoi w lutym dwa lata temu.
W pierwszej chwili zrozumiałem „przywrócenie gorącej linii” jako utworzenie nowej infrastruktury.
Nie, ona już tam jest. Takich „gorących linii” działa dokładnie 48. Każda ma inne przeznaczenie. Są więc linie dla wojskowych, służące do omawiania kwestii humanitarnych, społeczno-ekonomicznych… jest nawet faks.
Nie jestem pewien, czy teraz młodszym czytelnikom nie będziemy musieli wytłumaczyć, czym jest „faks”.
Faktycznie, ta infrastruktura jest dość archaiczna. Zresztą Koreańczycy z południa już w 2018 r. deklarowali, że mogą ją zmodernizować. Padły nawet sugestie instalacji urządzeń do wideokonferencji. To chyba jednak wciąż jest pieśń przyszłości.
Dlaczego Pjongjang teraz zdecydował się podnieść słuchawkę?
Moim zdaniem jest to związane z trzema czynnikami. Pierwszym jest pomoc humanitarna. Seul od ponad roku proponuje Północy pomoc medyczną w związku z pandemią oraz żywnościową. Teraz doszły do tego szczepionki. Dotychczas Pjongjang odrzucał tę pomoc, ale może ich kalkulacje się zmieniły.
Do pandemii i sytuacji żywnościowej w Korei Płn. przejdziemy za chwilę. Jaki jest drugi czynnik?
Sytuacja międzynarodowa. Po fiasku rozmów z USA reżim stał się jeszcze bardziej zależny od Chin.
Ta zależność jest stała – Pekin jest warunkiem przetrwania obecnej władzy w Korei Płn., ale Chińczycy udzielają wsparcia na własnych warunkach. To fatalne, jeśli chce się prowadzić samodzielną politykę zagraniczną.
Próbują więc „zdywersyfikować” politykę zagraniczną…
I kto może być najlepszym partnerem takiej dywersyfikacji? Korea Południowa oczywiście – zwłaszcza jeśli rządzi tam polityk otwarty na dialog z sąsiadem z północy. To jest próba wyjścia z izolacji – manewr, który przeprowadzili z sukcesem jeszcze w latach 90.
Czy zachętą do podniesienia słuchawki jest też polityka w Korei Południowej?
Tak. W kraju trwa rok wyborczy – w marcu Koreańczycy będą wybierać nowego prezydenta. W Pjongjangu mogą liczyć na to, że w jakiś sposób uda im się wpłynąć na ich przebieg – zwłaszcza że w tej chwili wyścig o Niebieski Dom, czyli rezydencję prezydenta Korei Płd., nie ma lidera. Nie wiadomo, czy wprowadzi się tam zwolennik twardszego kursu wobec północy, czy kontynuator polityki obecnej, nastawionej na dialog, głowy państwa. Być może więc wyciągnięcie ręki jest testem – próbą sprawdzenia, jak na powrót do rozmów zareagują wszystkie opcje polityczne.
Konserwatysta mógłby nie chcieć odkręcać kurka z pomocą, a taki polityk jak prezydent Mun Jae-in jest zawsze na to gotowy. Ogólnie więc biorąc, chyba lepszy jest taki sąsiad.
Żaden południowokoreański polityk nie zaryzykuje destabilizacji Korei Płn. To byłaby katastrofa. Mun bardzo dużo politycznie zaryzykował na dialogu z Północą. Z perspektywy czasu można nawet powiedzieć, że się na tym przejechał – od półtora roku spada na niego bowiem grad krytyki z Pjongjangu, że jest sługusem Ameryki, nieudacznikiem itd.
Dlaczego?
Sam się temu dziwię – zwłaszcza biorąc pod uwagę to, o czym wspomniałem już wcześniej. Pekin traktuje Pjongjang jak pionka na szachownicy. Kontakty z Seulem odbywają się na bardziej partnerskiej stopie. Co więcej, Koreańczycy z Północy plują na prezydenta Muna, a ten udaje, że deszcz pada.
I mimo to chce dzwonić. A czy podejmował inne próby kontaktu?
Wznowienie dialogu technicznego poprzedziły zakulisowe działania dyplomacji, a konkretnie wymiana korespondencji między liderami. Listy krążyły podobno od kwietnia, więc prezydent Mun nie kłamał, kiedy podczas niedawnej wizyty w Waszyngtonie stwierdził, że Korea Płn. cały czas jest gotowa na dialog.
Swoją drogą ciekawe, czy listy Kima i Muna są tak kwieciste jak te, które swego czasu pierwszy z nich wymieniał z Trumpem. „Nawet teraz nie mogę zapomnieć, jak trzymałem rękę Waszej Ekscelencji…”
Na podstawie tego, co zostało upublicznione, to mam wrażenie, że jest tutaj nieco więcej klasy.
Kadencja Muna dobiega końca i jak sam pan mówi, niewiele udało mu się ugrać wyciąganiem ręki. Może na ostatniej prostej chce jeszcze coś osiągnąć?
Na pewno prezydent w ostatnim roku rządów chce zaznaczyć, że konsekwentnie dążył do dialogu z Koreą Płn. Dla niego to jest ostatni dzwonek. Przysłużyła mu się również wizyta w Waszyngtonie. Teraz może wysłać sygnał: byłem w Białym Domu, rozmawiałem z Bidenem, wiem, jaki jest kierunek amerykańskiej polityki. Oferta pośrednictwa w ponownym otwarciu dialogu z USA też z punktu widzenia owej dywersyfikacji polityki zagranicznej jest dla Północy atrakcyjna.
Od jakiegoś czasu można spotkać się z doniesieniami, że na Północy są problemy z zaopatrzeniem w żywność. Jak ciężka jest sytuacja?
Trudno powiedzieć. Weryfikacja doniesień z Korei Płn. zawsze jest problematyczna, ale teraz jest jeszcze gorzej, bo w kraju praktycznie nie ma obcokrajowców – nie ma więc gdzie zasięgnąć języka. Dyplomaci, wysłannicy organizacji pomocowych, ONZ – wszyscy wyjechali. Pusta jest np. nasza ambasada. Jej personel wyjechał po tym, jak skończyły się im konserwy.
To chyba jest bardzo źle…
Na pewno nie jest tak źle jak w latach 90., bo to jest już inny kraj. Wtedy ludzie dostawali kartki i po prostu stali w kolejkach po racje żywnościowe. Dzisiaj Koreańczycy z Północy zakupy robią głównie na bazarach. Pojawiły się właśnie na skutek doświadczeń z tamtego okresu, kiedy państwo zrezygnowało z monopolu na zarządzanie gospodarką i zeszło na taki kapitalizm chodnikowy.
Kiepskie te bazary, jak konserw nie można kupić.
Wiemy skądinąd, że ceny produktów żywnościowych w Korei Płn. rosną, co wskazuje na problemy z zaopatrzeniem. Portal Daily NK prowadzi nawet takie zestawienia. Wynika z nich, że ludzie coraz chętniej kupują kukurydzę, bo stała się tańsza niż ryż. Władze w ostatnim miesiącu podjęły nawet decyzję o tym, żeby rozdysponować w społeczeństwie wojskowe rezerwy żywnościowe.
Skąd się wziął ten kryzys?
Przyczyny, dla których w Korei Płn. są problemy z produkcją żywności, nie zmieniają się od lat. To nieefektywne zarządzanie gospodarką, sankcje międzynarodowe oraz katastrofy naturalne. Głód z lat 90. był konsekwencją trzech lat nieurodzaju wywołanych powodziami i suszami. W ub.r. Koreę Płn. nawiedziły powodzie, teraz w kraju są upały, temperatury przekraczają 36 stopni.
Skoro problemy są takie same od lat, to czemu teraz doszło do pogorszenia?
Pandemia. Korea Płn. to pionier lockdownów: kraj zamknął się jeszcze w styczniu 2020 r. I do tej pory się nie otworzył. Zdestabilizowało to także ten niewielki margines swobody gospodarczej, jaką cieszą się mieszkańcy kraju. Z obawy przed transmisją wirusa zminimalizowano więc wymianę transgraniczną. Z dnia na dzień ograniczono godziny funkcjonowania bazarów – albo całkiem je zamykano. Odcinano całe miasta – chociaż należy pamiętać, że nawet kiedy sytuacja jest „normalna”, to w Korei Płn. nie można z miasta do miasta pojechać bez odpowiedniej zgody.
Podsumowując – powrót do dialogu technicznego ma wiele skomplikowanych przyczyn, w związku z czym nie możemy na razie mówić o żadnej rewolucji?
W Seulu jest sporo nieufności do Pjongjangu; sami politycy zresztą tonują znaczenie tego gestu.
Tym bardziej że ze strony Północy nie jest to żadne ustępstwo – oni po prostu będą teraz odbierać telefony. Nic więcej. Nie ma żadnej sugestii co do tego, jakie tematy strony poruszą. Absolutnie nic. Odbieramy – to co macie nam do powiedzenia, wy tam na Południu? Tak bardzo chcieliście rozmawiać – to słuchamy.
Czy dialog ma szansę się utrzymać?
Myślę, że sama chęć do podnoszenia słuchawki zostanie bardzo szybko zweryfikowana. Za dwa tygodnie zaplanowane są wspólne manewry wojskowe USA i Korei Płd. Pjongjang tradycyjnie traktuje je jako zagrożenie, chociaż od czasów Trumpa w większości nie mają już one formuły ćwiczeń polowych. Jeśli do ćwiczeń dojdzie, a Pjongjang powie, że zrywa z tego powodu łączność, to będzie jasne, że chodziło im tylko o wbicie klina w relacje Seul – Waszyngton.
Na koniec obowiązkowe pytanie o denuklearyzację Półwyspu Koreańskiego: odbieranie telefonów absolutnie nie oznacza, że poczynione zostaną kroki na tej drodze?
Absolutnie nie. Może za kilkadziesiąt lat. Ale biorąc pod uwagę obecną sytuację, jest to absolutnie nieosiągalne. Nawet nikt o tym teraz nie myśli. Przez ostatnie półtora roku przecież te kraje ze sobą w ogóle nie rozmawiały na żaden temat, a co dopiero o broni atomowej.
Rozmawiał Jakub Kapiszewski