Liderzy w Radzie Europejskiej milczeli też, gdy stało się jasne, że węgierski premier użył europejskich funduszy do budowania systemu oligarchicznego wspierającego jego rządy. Nie zabrali też głosu, kiedy rząd w Budapeszcie w propagandowej kampanii przekonywał Węgrów, że to kierujący uprzednio Komisją Europejską Jean-Claude Juncker sprowadził migrantów do Europy, rozdając im karty kredytowe. Nie był to jednak efekt osobistego uroku węgierskiego polityka czy też jego towarzyskich koneksji, bo nie tylko on mógł liczyć na wyrozumiałość kolegów. Przywódcy nie zdecydowali się też na krytykę maltańskiego premiera Josepha Muscata, i to nawet wtedy, gdy tłum przed siedzibą Rady protestował w sprawie morderstwa dziennikarki Daphne Caruany Galizii. Żaden przywódca nie podniósł też kwestii konfliktu interesów czeskiego premiera Andreja Babiša – miliardera korzystającego z europejskich dotacji.
To milczenie jest konsekwencją tego, jak do tej pory działała Rada Europejska – instytucja wyznaczająca kierunki działania UE, która decyzje podejmuje jednomyślnie. Zakładano, że od prowadzenia politycznych sporów jest Parlament Europejski, formalne procedury załatwia Komisja, a prawne rozstrzygnięcia wydaje Trybunał. Trybem i sensem działania Rady Europejskiej jest natomiast zgoda i kompromis. Dlatego do tej pory ciężar prowadzenia sporów z Budapesztem spoczywał na samej Brukseli, a przywódcy, by nie psuć dobrej atmosfery, milczeli. Największą orędowniczką takiego modelu działania jest niemiecka kanclerz Angela Merkel. Za swój kult kompromisu była też wielokrotnie krytykowana. Uważano wręcz, że jej bierność umożliwiła osuwanie się rządów prawa na Węgrzech.
Tak się składa, że był to ostatni szczyt z udziałem Merkel przed wrześniowymi wyborami w Niemczech. Po nich niemiecka kanclerz odda władzę po niemalże 16 latach rządzenia. Możliwe, że wraz z odejściem Merkel do historii przejdzie także atmosfera konsensusu wśród europejskich przywódców. Ale w napięciu i niezgodzie raczej trudno będzie o jednomyślność. Być może rozwiązanie tego problemu miał na myśli holenderski premier Mark Rutte, kiedy sugerował wyjście Węgier ze Wspólnoty. Miałyby one jednak nie tyle wyjść z UE same, lecz zostać z niej wyrzucone. Rutte podsunął bowiem myśl, by art. 50 europejskiego traktatu (w 2017 r. po raz pierwszy zastosowała go Wielka Brytania do opuszczenia Unii) reszta UE uruchomiła wobec Węgier. Na wynik „26 do 1” w tej sprawie nie ma jednak co liczyć. Polska i Słowenia miały otwarcie bronić Węgier na szczycie, a zachowawczą politykę, jeśli chodzi o prawa mniejszości seksualnych, prowadzi jeszcze co najmniej kilka państw w naszym regionie. Pokazała to przyjęta w zeszłym tygodniu deklaracja potępiająca Węgry, pod którą podpisało się łącznie 16 krajów członkowskich, głównie z Europy Zachodniej. Z naszego regionu w obronie praw LGBT stanęły jedynie Litwa, Łotwa i Estonia. Huxit jest więc mało prawdopodobną opcją. Bardziej realna jest sytuacja, w której kompromis traci polityczną wartość, a w cenie są spory i wzajemne ataki.