Od tamtej pory nie ma dnia, żeby mieszkańcy kraju nie wychodzili na ulicę. Manifestacjom towarzyszą inne formy protestu, jak strajki czy celowe utrudnianie ruchu samochodowego. Birmańczycy skrzykują się na nie spontanicznie, wykorzystując do tego m.in. media społecznościowe, często podług klucza zawodowego. Na jednym z protestów odbył się więc marsz inżynierów. Na innym – właścicieli egzotycznych zwierząt. Co ciekawe, do protestów przyłączyli się także urzędnicy, czyli pracownicy aparatu państwowego, od których zależy codzienne funkcjonowanie kraju.
Dotychczas wojsko nie reagowało lub ograniczało się do rozbijania tłumów; pojedyncze ofiary można było policzyć na palcach jednej ręki. W weekend doszło jednak do zmiany taktyki i mundurowi zdecydowali otworzyć do manifestantów ogień, co życiem przypłaciło ok. 20 osób. Zatrzymano ponad tysiąc osób.
Wczoraj dodatkowe zarzuty usłyszała liderka opozycji demokratycznej Aung San Suu Kyi. Wojsko aresztowało noblistkę (razem z innymi politykami) w dniu puczu, czyli 1 lutego. Wśród zarzutów, jakie jej postawiono, jeden dotyczy nielegalnego zakupu sześciu krótkofalówek; inny rozpowszechniania alarmistycznych informacji. Następne posiedzenie sądu odbędzie się 15 marca.
Protestujący domagają się powrotu do powolnej demokratyzacji, która rozpoczęła się w ubiegłej dekadzie. W ramach tego procesu odbyły się m.in. wybory parlamentarne, które w 2015 r. wygrało ugrupowanie Aung San Suu Kyi ‒ noblistka stanęła wówczas na czele rządu. Nie dysponowała jednak pełnią władzy – nowa konstytucja Mjanmy zapewniła bowiem wojsku 25 proc. miejsc w parlamencie oraz wyjęła resorty siłowe spod cywilnej jurysdykcji.
Wydarzenia w kraju sprawiły, że na Zachodzie coraz częściej mówi się o podjęciu działań wobec Mjanmy. W grę wchodzą głównie sankcje, ale to obosieczna broń: zamiast uderzyć w elity, często powoduje problemy dla społeczeństwa. Poza tym gen. Min Aung Hlaing już został nimi obłożony za udział w wypędzeniu Rohingjów, czyli muzułmańskiej mniejszości.