Reklama
Weekend w Macedonii Północnej zaczął się nerwowo. Miejscowi Albańczycy wyszli w piątek na ulice, by wyrazić oburzenie po tym, jak sąd w Skopje skazał na dożywocie Alila Demiriego oraz braci Agima i Afrima Ismailoviqów za zamordowanie w podstołecznej wsi Smiłkowci seriami z karabinu maszynowego pięciu Macedończyków w kwietniu 2012 r., podczas Wielkanocy. Sprawa, znana pod nazwą „Monstrum”, jest jednym z najsilniejszych katalizatorów niesnasek etnicznych między Albańczykami i Macedończykami. Protestujący nie akceptują decyzji sądu, twierdząc, że została wydana z przyczyn politycznych.
– Kiedy Sąd Najwyższy zadecydował o ponownym rozpatrzeniu sprawy, poprosił o odnalezienie organizatorów morderstwa, a także tych, którzy je zamówili. Czy poznaliśmy takie informacje podczas ponownego procesu? – pytał w trakcie protestu rozgoryczony Bedri Ajdari, kuzyn jednego z osądzonych. Ajdari zapowiedział walkę o budowę takiego systemu prawnego, który będzie sprawiedliwy zarówno dla Macedończyków, jak i Albańczyków.
W poprzednim, unieważnionym procesie Albańczycy byli oskarżeni nie tylko o morderstwo, lecz także terroryzm. W 2012 r. zbrodnia wywołała falę protestów i silne emocje wśród przedstawicieli obu narodów. Mimo to do dziś nieznane są motywy zabójstwa ani jego zleceniodawcy.
Sprawie zaczęto przyglądać się baczniej po tym, jak w 2015 r. obecny premier, a wtedy lider opozycji Zoran Zaew opublikował nagrania pokazujące związki jego poprzednika Nikoły Gruewskiego z mafią. Obecny szef rządu doszedł zresztą do władzy dzięki ujawnieniu afery podsłuchowej. Saszo Mijałkow, szef tajnych służb z czasów Gruewskiego, w latach 2008–2015 podsłuchiwał 20 tys. dziennikarzy, działaczy i polityków, także z szeregów własnej partii. W 2015 r. Mijałkow powiedział w rozmowie z „Die Zeit”, że oskarżeni Albańczycy są niewinni, a dowody na to znajdują się na nagraniach, którymi ma dysponować premier Zaew. Dla Sądu Najwyższego te rewelacje okazały się niewystarczające.
Traf chciał, że w tym samym tygodniu zakończył się także proces Mijałkowa. Mężczyzna został uznany za winnego nielegalnej inwigilacji obywateli, nadużycia stanowiska i korupcji. Skazano go na 12 lat więzienia. Razem z Mijałkowem wyroki usłyszało 10 innych wysokich urzędników związanych z dawnym rządem Gruewskiego. Są wśród nich oficerowie służb specjalnych i resortu spraw wewnętrznych. Dwóch skazano zaocznie, bo zawczasu udało im się uciec do Grecji. Sam ekspremier również uniknął kary, otrzymawszy azyl od sprzymierzonego z jego partią premiera Węgier Viktora Orbána.
Temperaturę relacji albańsko-macedońskich może wkrótce podnieść spis powszechny, zarządzony w styczniu przez prezydenta Stewa Pendarowskiego. W miejscowych warunkach to także sprawa budząca ogromne emocje między oboma narodami. Zgodnie z zaleceniami ONZ takie spisy powinno się organizować co 10 lat. Ostatni miał miejsce w 2002 r. i zgodnie z jego oficjalnymi rezultatami 64 proc. mieszkańców kraju stanowili Macedończycy, a 25 proc. – Albańczycy. Jak twierdzi wielu przedstawicieli tych ostatnich, rezultaty cenzusu zostały sfałszowane na korzyść słowiańskiej większości. Teraz rząd chce się dowiedzieć, ilu naprawdę ludzi mieszka w kraju dotkniętym falą emigracji ze względu na zły stan ekonomii i korupcję.
Była partia Gruewskiego, opozycyjna Wewnętrzna Macedońska Organizacja Rewolucyjna – Demokratyczna Partia Macedońskiej Jedności Narodowej, sprzeciwiała się jednak organizacji spisu. Część komentatorów uważa, że przyczyną była obawa, iż Albańczycy ze względu na wyższy przyrost naturalny stanowią więcej niż 25 proc. populacji, co zachęci ich do walki o kolejne prawa. Albańskie partie były koalicjantami wszystkich macedońskich rządów od rozpadu Jugosławii, a w 2019 r. język albański został uznany za drugi urzędowy, choć o nieco mniejszym spektrum zastosowania niż macedoński. Relacje obu narodów są jednak dalekie od ideału. W 2001 r. Albańczycy wzniecili rebelię, a w 2012 r. doszło do wielomiesięcznych zamieszek. To wówczas doszło do mordu we wsi Smiłkowci. ©℗
Atmosferę w kraju podgrzeje wkrótce planowany spis powszechny.