Na razie Donald Trump poszukuje prawników, którzy będą jego obrońcami podczas procesu. Dotychczas potwierdzone zostały dwa nazwiska: Butch Bowers oraz Deborah Barbier, obydwoje z Karoliny Południowej i z doświadczeniem w pracy dla rządu federalnego. Bowers wcześniej był zatrudniony m.in. w Departamencie Sprawiedliwości za prezydentury George’a Busha juniora. Barbier ma za sobą półtorej dekady na stanowisku prokurator federalnej.
Prawnicy są niezbędni, ponieważ postawiony w stan impeachmentu (a więc de facto oskarżony) polityk musi mieć możliwość obrony w procesie przed izbą wyższą amerykańskiego parlamentu. Co ciekawe, Trumpa nie zgodzili się reprezentować żadni członkowie tej profesji, którzy w jego imieniu występowali przed Senatem podczas poprzedniego procesu na przełomie stycznia i lutego ub.r. Z nowymi miał skontaktować byłego prezydenta senator Lindsay Graham z Karoliny Południowej, postrzegany jako zwolennik Trumpa.
Wciąż jednak nie wiadomo, jak będzie przebiegał sam proces. Niejasne jest np., czy do Senatu będą wzywani świadkowie. Podczas ostatniego procesu przesłuchania trwały przed Izbą Reprezentantów, ale już izba wyższa (nad którą kontrolę sprawowali wówczas republikanie) doszła do wniosku, że takowych nie będzie powoływać. Wtedy chodziło o to, żeby proces jak najszybciej zakończyć. Teraz senatorów trapią wątpliwości natury prawnej, a mianowicie, czy wezwani na Kapitol byli pracownicy administracji nie odmówią odpowiedzi na pytania, powołując się na tajemnicę zawodową związaną z pracą w rządzie federalnym. W grę wchodzi więc relatywnie krótki (rok temu trwał trzy tygodnie) proces bez fajerwerków.
Generalnie z projektu pod nazwą „impeachment” zeszło nieco powietrze. Po pierwsze, nowej administracji zależy na tym, żeby Kongres jak najszybciej zajął się jej propozycjami legislacyjnymi, podczas gdy proces zabierze przeznaczony na to czas. I chociaż prezydent Joe Biden zapewnia, że procedura musi być doprowadzona do końca, to od samego początku unika wypowiadania się publicznie na ten temat. Wie, że z przyszłymi „sędziami” będzie musiał teraz współpracować przy przepychaniu swoich projektów.
Po drugie, niewielkie jest zainteresowanie osądzaniem byłego prezydenta ze strony republikanów. Przez kilka dni po szturmie na Kapitol wydawało się, że członkowie tego ugrupowania dystansują się od Trumpa. Dziennik „The New York Times” doniósł wówczas, że w prywatnych rozmowach lider partii w Senacie Mitch McConnell uważa wydarzenia, które wstrząsnęły Waszyngtonem, za dobrą okazję, aby partia odcięła się od niedawnego lokatora Białego Domu. Sam polityk ani jego współpracownicy nigdy nie potwierdzili tych doniesień, ale też im nie zaprzeczyli. McConnell ma przemożny wpływ na swoje ugrupowanie, ale jego siła bierze się również stąd, że nigdy nie wypowiada się wbrew partyjnej większości. Postanowił więc poczekać, aż ta zacznie się wykluwać w sprawie impeachmentu.
Wkrótce stało się jasne, że nawet jeśli poszczególnym republikanom nie podobał się sposób, w jaki Trump kończy swoją kadencję, to nie uważają tego za wystarczający powód do stawiania go w stan oskarżenia. W związku z tym kiedy Izba Reprezentantów głosowała za impeachmentem Trumpa, do demokratycznej większości przyłączyło się zaledwie dziesięciu kongresmenów republikańskich, w tym numer trzy w partii, kongresmenka Liz Cheney. Teraz z kolei 45 senatorów z partii uznało, że proces byłego prezydenta jest niezgodny z konstytucją. Tylko pięcioro republikanów – Susan Collins, Lisa Murkowski, Mitt Romney, Ben Sasse oraz Pat Toomey – przyłączyło się do demokratów, uznając, że procedura powinna zostać doprowadzona do końca.
To kiepsko wróży perspektywom osądzenia Trumpa. Przypomnijmy: aby uznać prezydenta za winnego, potrzebne jest dwie trzecie senatorów, czyli 67 głosów (to dwie trzecie ze stu, po zaokrągleniu w górę). Jeśli piątka rebeliantów podtrzymałaby swoje poparcie dla sprawy, to demokraci mogą liczyć na 55 głosów. Przekonanie brakujących 12 może się okazać bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe.
Po co właściwie osądzać kogoś, kto już nie mieszka w Białym Domu? Z bardzo prostej przyczyny: chociaż proces nie może się zakończyć usunięciem z urzędu, to senatorowie mogliby przyjąć wobec Trumpa inne sankcje, w tym zakaz sprawowania funkcji publicznych. Uniemożliwiłoby to prezydentowi start w przyszłych wyborach prezydenckich w 2024 r. Dodatkowo izba wyższa mogłaby również pozbawić byłą głowę państwa przysługujących jej benefitów, w tym dożywotniego uposażenia.
Stanięcie przez republikanów murem za Trumpem oznacza, że partia jeszcze przez jakiś czas będzie żyła w cieniu byłego prezydenta. Sprzyjają mu przede wszystkim szeregowi członkowie, z których wielu mocno skrytykowało swoich przedstawicieli w Waszyngtonie za to, że nie bronią głowy państwa w wystarczający sposób przed atakami demokratów. W Izbie Reprezentantów pojawiły się głosy, aby pozbawić funkcji wspomnianą już Liz Cheney za to, że poparła impeachment.
Tymczasem były prezydent zaszył się w swojej rezydencji na Florydzie, gdzie – jak doniosły amerykańskie media – planuje dalsze kroki. Wśród nich założenie własnej partii oraz powrót w następnych wyborach prezydenckich. Z punktu widzenia republikanów znacznie groźniejszy jest ten pierwszy wariant, ponieważ podzieliłby prawą stronę sceny politycznej, skutecznie minimalizując szanse konserwatystów na rządzenie.